IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Klatka schodowa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieKlatka schodowa   Pon Kwi 11 2016, 16:20

Klatka schodowa

Szerokie i kamienne stopnie z ażurową balustradą. Oświetlane przez świetliki i wąskie okna, w których znajdują się witraże przedstawiające mityczne stworzenia, stanowiące jedyną dekorację. Granit, z którego wykonane są schody, jest znaczony pęknięciami.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Odrodzenie

PisanieRe: Klatka schodowa   Sro Cze 15 2016, 21:52

Papierowe wiadomości, słowa papierowe, do rozdarcia, do zapomnienia, do przeklęcia, do znienawidzenia, do smutku i płaczu, papierowe herezje, papierowe klątwy zaklęte w kilku niestarannie nakreślonych wyrazach, w literach koślawych. Ostatnio – dzisiaj – żadne nie przynoszą wieści dobrych, burzą jedynie porządek, zwiastują utrapienie i noce nieprzespane, pełne niespokojnych uderzeń serca. A jednak nie chcę, by kiedykolwiek się skończyły. Przecież jutro już ktoś na pewno otrzyma list pełen słów ciepłych, ochronną otoczką osadzających się na popękanym sercu, reperując je po cichu, zasklepiając każdą ryskę, każdą niedoskonałość, powstrzymując falami napływający smutek. To jednak jeszcze nie dzisiaj. Dzisiaj jeszcze jeden świstek papieru przynieść musiał zmartwienie, musiał przerwać zabawę i tak zbyt szybko skończoną, pełną niespodzianek niedobrych. Z przeprosinami co chwila cisnącymi się na usta, przepycham się przez tłum uczniów, przez to zamieszanie, troszkę niepewna, jak moje nagłe zniknięcie zostanie odebrane. To przecież nie ja, nie ja odpowiadam za te kartki wszystkie, za wiadomości przebrzydłe, przez myśl nie przeszłoby mi kazanie komukolwiek kajdany zrywać. Każdy ma swoją głowę, każdy wie, co dla niego dobre, nie powinnam kierować życiem innych, kiepski byłby ze mnie przewodnik, sama go przecież potrzebuję, tak często lubię się gubić wszędzie. Sama sobie drogowskazy zasłaniam, przestawiam, ścieżki plączę specjalnie, umyślnie zapominam, który zakręt prowadzi we właściwe miejsce i przepraszam, przepraszam gorąco za każdą zwłokę, za oczekiwanie zbyt długie, za wymęczone staniem nogi, za oczy zmęczone wypatrywaniem mnie.
Spieszę się jednak do ciebie, Tunder, spieszę jak tylko mogę, nie oglądam za siebie, wianek przyciskając do piersi, by oświetlał mi ciemną drogę, bym sama się nie przewróciła, by nic mnie nie zatrzymało nieoczekiwanego, bo przecież ty, gdziekolwiek teraz jesteś, cierpieć musisz strasznie. I serce mi się łamie na myśl, że może nie będę potrafiła cię znaleźć. Więc gdy tylko przekraczam próg zamku, nawołuję cię. Nie szczędzę sobie płuc, nie szczędzę sił, których już nie mam prawie wcale. Schody po kilka stopni przeskakuję, zaglądam w każdy zaułek, otwieram każde drzwi, licząc że za kolejnymi już cię znajdę, że nie masz złamania otwartego, że zdołałaś sama sobie jakoś pomóc, że, że, że… Wargi mam już do krwi chyba pogryzione, gdy wreszcie cię znajduję.
Tunder, Tunder, Tunder!
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Klatka schodowa   Sro Cze 15 2016, 22:51

Mogłaś napisać do brata, Milana, do Cyzi lub Aliszki, do kogoś, kogo lepiej znałaś, kto ciebie lepiej znał, a mimo wszystko wybrałaś Basię. Dlaczego? Nie chciałaś się reszcie tłumaczyć ze złamanej nogi i poparzonej dłoni? A może nie interesowało cię, co na to wszystko powie Basia, bo możesz ją zbyć czymkolwiek i odwdzięczyć się kiedyś za pomoc, bez konieczności wnikania w temat? Przecież nie znacie się dobrze, mogłabyś uciąć jakimś nie chcę o tym rozmawiać i powinna była to uszanować. W przeciwieństwie do reszty ferajny, która najpewniej chciałaby dowiedzieć się szczegółów. Tak, Basia zatem była racjonalnym rozwiązaniem.
Czy ten dzień mógł potoczyć się jeszcze gorzej? Tak. I to wszystko był ciąg przyczynowo-skutkowy, bo gdyby nie włożyła dłoni do ognia nie siedziałaby teraz, opierając się o ażurową barierkę, nie mogąc skupić się zupełnie na estetyce zaistniałej sytuacji, na tych świetlikach i wpadających przez okna promieniach światła księżycowego, kiedy przewróciła się właśnie, bo musiała, musiała spojrzeć na piekącą, oparzoną dłoń. Wystarczyło potknięcie, to zaskakujące, że upadłszy na ziemię i korzenie, będąc przygniecioną 80 kilogramami, jedyny trzask, jaki się wydobył pochodził z gałęzi a jej samej nic, nic nie było, w czasie gdy teraz na głos nawet zaklęła, bo spadając, w pierwszym odruchu wyciągnęła przed siebie ręce. Wyobrażacie sobie ten ból lewej dłoni? Nie była pewna czy to na tym, a nie na stopie skupiła się właśnie. Niemniej jednak poruszanie się z takim urazem nie wchodziło w grę i czuła już w kościach (ha, ha, w kościach) że kilka z nich, pogruchotanych, nie jest na swoim miejscu w stopie, dla odmiany prawej, żeby się ta lewa strona nie czuła tak poszkodowana. Bogowie. Cała złość gasnąca już powoli i wyrzuty sumienia względem Łaurysza ustąpiły miejsca goryczy, kiedy pomyślała, że to karma natychmiastowa i jej własna kara była niedostateczna. Uniosła wolną dłoń, kiedy w pobliżu zobaczyła (i zdecydowanie usłyszała, choć sama nie miała zamiaru odpowiadać) Basię. No już, Basiu, nie denerwuj się tak, bo jej głupio będzie, że podjęła decyzję o wsparciu się tobą, a nie kimś, kogo lepiej znała. No proszę cię.
- Ale ja nie wiem czy to złamanie, czy stłuczenie tylko. - Od razu się tłumaczy, chociaż o nic nawet nie zapytała, słusznie zresztą, w końcu nie jest pewna, to równie dobrze może być tylko jej wyobraźnia, która płata okrutne figle.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Odrodzenie

PisanieRe: Klatka schodowa   Czw Cze 16 2016, 19:28

Tatuś zawsze powtarzał mi, że jakichkolwiek urazów nie należy bagatelizować, że wszystko, nawet ukąszenie komara, może być groźne, bo my, ludzie, jesteśmy tak szalenie niedoskonali, tak malutcy w obliczu niepojętej siły natury, że przewagę nad nami ma i powinniśmy się jej bać, bo jeszcze czas przyjdzie, że nas zmiażdży. Choć chciał nas w ten sposób tylko nastraszyć, ja wierzę, że w każdej z tych opowieści zaklęte zostało ziarno prawdy. W każdej jest, choćby były bzdurami wyssanymi z palca, fantazyjnym dodatkiem na całej stercie niepoważnych opowiastek – gdzieś pomiędzy wierszami, w przerwach na zaczerpnięcie oddechu, w przeciągłym mrugnięciu zakamuflowane są okruszki prawdy, jak porozrzucane wszędzie elementy puzzli. Każdy zbieram, przeglądam, staram się znaleźć mu miejsce w nienazwanej układance. Nie lekceważę więc tundrowej wiadomości, nie mogłabym. Gdy wszyscy zdają się przednio bawić, kiedy nikomu do głowy nie przyjdzie, że gdzieś obok komuś dziać może się krzywda, ja stoję na straży nieszczęścia, nie wpuszczając za jego bramy nikogo, nikt nie zasługuje, by się tam znaleźć.
Kucam przy tobie, oczy wielkie mając ze strachu. Nie pytam czy mogę, wkładam ci na głowę wianek ukradziony. Blade światło pląsa na marmurowych stopniach, wtapia się w kamienne ściany, niknie w twoich włosach, cienie rzucając na twoją twarz, ciężko mi więc stwierdzić, jak wyglądasz, chociaż patrzeć próbuję pod rożnymi kątami. Na chwilę chyba zapominam, po co tu jestem, po co mnie wezwałaś i prawie mi wstyd z tego powodu.
- Jedno i drugie wymaga interwencji medyka – wyrokuję wreszcie, zerkając na nogę Tundry. Nie wyglądała źle. Wyobraźnia w trakcie drogi podsuwała mi naprawdę straszne obrazy – w konfrontacji z rzeczywistością prawie chce mi się śmiać, że tak dałam się jej podejść. Przecież to niemożliwe, by w Koldovstoretz komuś stała się niewyobrażalna krzywda, za jedyną uznać można przeniesienie do Bełtów, reszta to bajka. – To czyjaś sprawka? Coś jeszcze ci się stało? – pytam jeszcze, dla zaspokojenia ciekawości głównie, na drugim planie znajduje się dopiero tundrowe bezpieczeństwo. – Chcesz w ogóle iść do medyków?
To chyba podstawowe, bo może, może nie chciałaby? Może dlatego wiadomość wysłała do kogokolwiek, by uniknąć nieprzyjemnych pytań ze strony szkolnego personelu. To zrozumiałe, choć sama pewnie zrobiłabym zupełnie inaczej, czołgając się do dormitorium o własnych nie siłach, pozwalając nodze gnić tygodniami pod szkolną pościelą, pod nosami współlokatorek, pod boską opatrznością.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Klatka schodowa   Czw Cze 16 2016, 22:12

Basi tatuś powtarzał, a Tunder tatuś nigdy nie powtarzał. Zresztą nikt jej nie powtarzał, temu nie najlepiej radziłam sobie teraz z pierwszą pomocą. Tunder czy ty wiesz, jaki jest stosunek uciśnięć klatki do wdechów podczas resuscytacji? Nie wiesz. 16:2? Ciekawe, kto będzie miał tego pecha i w momencie zagrożenia życia ty znajdziesz się na jego horyzoncie. Z drugiej strony będziesz mogła zadośćuczynić po śmierci biedaka i zaprowadzić go za rękę niemalże pod samą bramę niebios, czy gdzie tam będzie chciał. I poinformować rodzinę. Spełnić ostatnią wolę już zmarłego. Basiu, w takiej sytuacji byś sobie poradziła? Jak tam twoja psychika? Silna na metapoziomie? Czego ty się tak boisz? Tundry? Tego, co jej w głowie siedzi? Czy tej nogi złamanej? Czy tej sytuacji tutaj, wszystkie na raz, jej, nogi, cieni, wianka, światła, oddechu może i przyspieszonego bicia serca, bo cały organizm jej i twój reagują na to, co się stało, chociaż Tunder boi się mniej. A nawet nie boi się wcale.
Stara się nie wywrócić oczami, bo, oczywiście, że wymaga interwencji medyka, przecież o ile z dłonią sobie poradzi, to nie uśmiechało jej się chodzić ze złamaną nogą bez jakiejkolwiek próby naprawienia tego psotnego potknięcia. Zresztą, zachowanie tego dla siebie byłoby dość bolesne, a chyba aż tak nie chciała się ukarać. Było jeszcze wiele miejsc, w które musiała pójść bez większych przeszkód. Na pytanie czy coś jej się stało unosi bez słowa poparzoną dłoń, na wysokość twarzy, ale to tylko drobiazg przecież. Chciała zachować ją dla siebie, w końcu to jej, jej oparzenie, ale u medyków i tak wyszłoby na jaw, że nie tylko pęknięta kość śródstopnia jej dolega.
- Tak, tylko bez szumu. - I bez sensacji. Tunder liczyła, że w skrzydle szpitalnym będzie teraz na dyżurze jedna osoba i tyle, żadnych praktykantów-niespodzianek, żadnych lekarzy na zastępstwo, wystarczy jej jedna osoba, która zgrabnie opakuje jej stopę w bandaże i gips, da ohydne lekarstwo i powie, że za parę dni wszystko będzie w porządku. Powie jej też, że absolutnie nie musi nocować w skrzydle szpitalnym i wyleżeć tego gipsu, bo tego by nie chciała. Wtedy musiałaby się zmierzyć ze wstydem, a i tak czuła, jak sięga jej do oczu, pojawiając się pod postacią palących, różowych plam na policzkach, gdy tylko pomyśli o tym co zaszło między nią, a Tarsiukiem. Szczerze liczyła, że się nie udławił. I zaczęła niepokoić się, że zostawiła go tam samego. Tunder, ty głupia egoistko, przecież nie sprawdziłaś nawet, czy gnój wciąż tam jest. A co, jeśli był? Musisz wracać.
- Co z dożynkami? - Spójrzcie, jaka nagle ożywiona, a można by pomyśleć, że jeszcze parę sekund temu była znużona do granic i wcale nie przejęta sytuacją, która dotyczyła jej, jakby nie było, dosyć bezpośrednio.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Odrodzenie

PisanieRe: Klatka schodowa   Sob Cze 18 2016, 20:34

Dużo historii o tobie krąży, Tunder. Wiele słyszałam, wiele spisałam, schowałam do kuferka, by nikt już o nich nie wspominał, bo nie były dobre, nie pasowały mi do ciebie, takiej białej, tak czystej. Duszę też masz tak jasną, jak włosy, jak skórę? Podniebienie równie białe? A serce? Serce, tak myślę, możesz mieć z kryształu górskiego. Niewzruszone i piękne. Mocne, mogące schować w sobie tyle okropieństw i już ich nie wypuścić na światło dzienne, zachomikować, nie pokazywać nawet sobie samej.
- Chciałabym je kiedyś zobaczyć. – Za późno orientuję się, że myśli wypowiadam na głos. Zakłopotanie maskuję uśmiechem. Wiesz przecież, że to nic takiego.
Tobie takie rzeczy też się czasem zdarzają. Kiedy śpisz. Słyszałam sama. Widziałam. Nieraz zdarza mi się siadać przy twoim łóżku i obserwować, jak zmagasz się z niespokojnym snem; jak klatka piersiowa unosi ci się w spazmatycznych oddechach; jak łzy torują sobie drogę po policzkach. Czekam, aż wyschną, raz tylko jedną ci skradłam, prawie cię przy tym budząc. Już więcej nie pozwoliłam sobie na tak śmiałe gesty. Zezwalam sobie i tak na zbyt wiele, nie wiem, jak zareagowałabyś na moją obecność. Nie ciekawi mnie to, może troszeczkę, bardziej jednak boję się, że nie będziesz już mogła potem więcej oka zmrużyć. Niektóre z dziewcząt panicznie obawiają się tak bezpruderyjnego naruszania prywatności. Nie rozumiem tego. Nie różnimy się do siebie niczym. Strefą intymną, nienaruszalną, jest dla mnie umysł. Trudno mi sobie wyobrazić, bym bez czyjegokolwiek pozwolenia zajrzała do środka. To jak rozbicie jajka – nieodwracalne i łamiące.
Łamiące niemal tak samo, jak ta dłoń poparzona. Boję się ją chwycić, nie wiem, jak bardzo cię boli, nie chcę, by bolało bardziej. Kiwam więc gorliwie głową, zapewniając tym samym, że żadnego szumu nie będzie. Przejdziemy się tam cichutko. Mogłabym spróbować cię wylewitować, tak pewnie byłoby wygodniej, ale niekoniecznie bezpieczniej. Moje zaklęcia mają to do siebie, że nie działają długo. Mogłabym więc przypadkiem cię upuścić, nabiłabyś sobie kilka kolejnych siniaków, przy moim szczęściu pewnie jeszcze coś byś sobie złamała albo z tą nogą zrobiła większą krzywdę. Na pewno byłoby przy tym sporo hałasu niepotrzebnego i wstydu, i pytań. Za znęcanie się nad szkolnymi kolegami zamknęliby mnie jeszcze w Sali Wstydu, a później wydalili ze szkoły.
- Oprzyj się na mnie, tak jak ci wygodnie – proponuję, stając po twojej prawej stronie i pomagając ci się podnieść. Nie chcę mówić o Dożynkach, czujesz to chyba w przeciągającym się milczeniu, w nerwowo oblizywanych wargach. Nie zawsze umiem dobrze kłamać, a tobie nie chcę mówić nieprawdy. Umiesz odgadywać milczenie, Tunder?
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Klatka schodowa   Sob Cze 18 2016, 23:32

A co mówią ludzie? Może nawet nie chciała wiedzieć jakie historie o niej krążyły i dlaczego. Chociaż mogła sobie wyobrazić dlaczego, przecież nie raz, nie dwa siedziała z pozoru sama na jakiejś ławce, pod ścianą, w pustej klasie, rozmawiając z kimś, kogo nie było. Ba, nierzadko śmiejąc się tak, jak nie potrafiła śmiać się do żywych. A nocami? Kiedy udało jej się zasnąć męczyły ją koszmary, wypełzające w postaci niewyraźnych słów i westchnięć z jej ust. Kiedy nie spała czasem siedziała sparaliżowana w jednej pozycji przez kilka godzin, innym razem pisząc nocne listy. Listy, których już wysłać nie mogła, przecież była tego świadoma, nie po dzisiejszym cyrku na dożynkach, a przecież tyle jeszcze wierszy miała w zanadrzu, tyle wyznań intymnych, tyle papieru lawendowego i czekających ją długich nocy. Na samą myśl robi jej się zimno i obco, bo nawet, jeśli nie odpisywał, to zawsze był. Wiedziała przecież, że go budzi, świadomość tego, że choć przez chwilę w tą ciemną noc, w tym samym momencie oczy ma otwarte, a oddech spokojny pokrzepiała ją.
Marszczy brwi, kiedy słyszy, co Basia mówi i nie rozumie. To nie ma sensu. Co chciałaby zobaczyć? Dożynki? Przecież przed chwilą z nich wróciła, to nielogiczne. Co tam się stało? Niczego więcej nie mówi, a Tunder czuje przecież, że nie chce, oczywiście, że rozumie tę ciszę, ale tym razem to Barbara nie zrozumiała. Nie zrozumiała, że Tunder wcale nie o dożynki pytała, ale o Łaurysza.
- Barbara. – Upomina ją tym swoim tonem karcącej opiekunki, który czasem się pojawia w jej wypowiedziach, przed którego brzmieniem warto schować się za wielkim liściem albo najlepiej gdzieś, gdzie Tunder nas nie znajdzie. Z jej pomocą wstaje i zaciska zęby trochę za mocno, kiedy skaleczona noga zmienia pozycję. Nie przepada za tym, niezbędnym kontaktem fizycznym na które chyba skazani są ludzie obarczeni kalectwem. Przecież nie będzie podskakiwać. Oprze się, jaki ma wybór. Zanim dojdą do skrzydła chyba zemdleje z bólu. Ale to nie jest ważne, bo byłaby w stanie zawrócić tam do Dąbrowy, z tą nogą chyba złamaną, gdyby tylko się okazało, że trzeba.
Czeka, aż jednak Basia przełamie tę barierę milczenia i chyba w końcu stwierdza, że wszystko jej już jedno, bo co ma do stracenia.
- Co z Łauryszem? – Pyta więc bezpośrednio zerkając na dziewczynę z ukosa, czując narastający niepokój w żołądku, w przełyku, w klatce piersiowej. Za dużo tego jest. Tych emocji, które nią targają, zderzających się z bodźcami, z palącym bólem w lewej dłoni i zupełnie innym gorącem w stopie. Tam ból jest uciskający, do tego stopnia niewygodny, że odczuwa go nawet w uszach. A może to tylko ciśnienie. Zaraz na pewno nafaszerują ją środkami i zmierzą wszystko, co trzeba. Byleby tylko nie wyleczyli jej ręki, przecież to jej kara, tak się naznaczyła.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Odrodzenie

PisanieRe: Klatka schodowa   Nie Cze 19 2016, 17:51

Nie lubię, gdy zwraca się do mnie pełnym imieniem. Ktokolwiek. To nie wina Tunder, to nie wina tatusia, to nie wina braci nawet, ani nauczycieli, że skóra cierpnie mi na karku, że włoski na rękach stają na baczność, a dreszcze wnikają w głąb ciała, przeszywając przeraźliwym zimnem każdy wewnętrzny organ. Barbara brzmi obco. Barbara znaczy obca. Barbarzyńca. Za każdym razem usta mi drażni, wargi rozcina, język w supeł plącze. Nie lubię, jak brzmi. Ostro, jak obelga, a nie chcę nikogo obrażać, nie chcę być obrażana, nie chcę się obrażać. Staram się puścić to mimo uszu, myśli wypełnić dźwiękiem naszych kroków odbijających się głuchym echem od wciąż opustoszałych murów. W zamku nie uświadczymy teraz wielu żywych dusz, martwych pewnie też, ale to nie moja działka, ty lepiej się na nich znasz. Widzisz ich czasem? Ciągle? Ktoś teraz nam towarzyszy? Pewnie tak. To nie jest przyjemne uczucie – wiedzieć, że nieustannie jest się obserwowanym, że cokolwiek się robi, zawsze można liczyć na obecność chociaż jednego świadka. Zbrodnie nie mogą więc nigdy być doskonałe. Samotność wystarczająco samotna. Wbrew pozorom to nie jest myśl pokrzepiająca.
- Umm – mamroczę wreszcie, zdmuchując z twarzy kosmyk włosów drażniący mnie w nos. – Milanowi nie podoba się to, że tyle z nim przebywasz – mówię nie to, co chcesz usłyszeć, a co jednak wydaje mi się dość istotne. – Nie miej mu tego za złe, martwi się o ciebie. O to, że może zrobić ci krzywdę. Ale ja w to nie wierzę. Sam chyba też się o ciebie martwił, gdy tak zniknęłaś bez słowa. I słusznie – dodaję twardo, zerkając znacząco na twoją nogę. – Dlaczego go zostawiłaś?
Dlaczego go zdenerwowałaś? Dlaczego on ciebie zdenerwował? Czy to przez niego tę dłoń masz oparzoną? On ci to zrobił? Chyba nie powinnam o to pytać, to nie moja sprawa przecież. Każde z nas ma jakieś sekrety, w tym wieku powinniśmy mieć ich całkiem sporo, to sprawia, że człowiek jest ciekawszy. Że można obierać go jak agrest, z tej skórki grubej, by dostać się do słodkiego miąższu tajemnicy. Mogę tylko zgadywać, jak smakuje twoja, nie wiem nawet przecież, jaki smak mają moje. Może gorzkie są, jak wszystkie rozczarowania, które upycham pod sercem, by było wyżej, by nie widziało, co jest pod nim, by swoim ciężarem zgniatało każde niepowodzenie, nie zostawiając po nim śladu, by przed siebie patrzyło, jak teraz, nie kłopocząc się tym, co było. Twoje też powinno robić to samo. Zostaw już za sobą te dożynki. Nie odpowiadaj mi, zostaw to w próżni, niech zginie bez wieści. To chyba najlepsze z możliwych rozwiązań. Prawda?
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Klatka schodowa   Nie Cze 19 2016, 20:39

Milanowi się nie podoba, ale co Milan ma do powiedzenia i dlaczego? Może to nieładne, że jej myśli idą teraz takim nieuprzejmym torem, że Milanowi nic do tego, chociaż może jednak trochę. W końcu był jednym z tych niewielu osób, którzy liczyli się z jej zdaniem, ona też powinna, zwłaszcza teraz. Gdyby jej coś wywieszczył na pewno by już o tym wiedziała. Nie istotne. Nie ważne. Łaurysz miałby zrobić jej krzywdę? Absurd, przecież ma się świetnie, a przy nim zwłaszcza. Prawda? Prawda.
- Jadł kolację. – Odpowiada tylko, nie zamierzając dodawać niczego więcej. Tak właśnie. Poszła bo jadł kolację i nie chciała mu przeszkadzać. Nieprawda? Prawda. Czy to ważne? Nie. Przecież Basi to też nie sprawa. Za pomoc teraz odwdzięczy jej się w jakiś inny sposób, zupełnie nie zahaczający o to, co się teraz dzieje. Wrzuci to w odmęty pamięci, będzie miała na uwadze, ale nie przed oczami, przecież ona też by jej pomogła i przybiegła, gdyby dostała od niej podobną wiadomość. I też by się martwiła i była ciekawa, ale przecież by nie pytała. To takie umowne. Nie mogłaby nawet w myślach się pogniewać, za używanie jej pełnego imienia, bo od Tunder nawet zdrobnienia nie ma. Myślisz Basiu, że twoje imię brzmi twardo? Posłuchaj, jak brzmi jej. I co oznacza. Wróżkę. A wróżki powinny być lekkie, delikatne, dobre, pozytywne i wesołe. Zgadnij ile z tych cech ona posiada, a ile tylko pozornie ich ma. W tym momencie chyba ani jednak, zbyt gorzka, jak cytryna, jak limonka, kwaśna jednocześnie, owoc, którego nikt nie lubi jeść bez dodatku cukru. Z nią chyba jest tak samo? Prawdę powiedziawszy kto zniósłby Tunder bez tego dodatku słodyczy, którym jest otoczona każdego dnia, kumulując w głowie myśli i nie pozwalając im wypłynąć, aby tylko stwarzać pozory, aby tylko było dobrze. Czy tego owocu właśnie chciałabyś skosztować? A może zbyt krytyczna jest względem siebie. Może to tylko taki okres, etap przejściowy, może to wszystko się uspokoi i znowu wróci do siebie, kiedy cały ten bród i gnój da jej spokój, kiedy będzie mogła spokojnie odrabiać zadania domowe i wstydzić się przed Cyzią, że zniszczyła swoją roślinkę, kiedy będzie mogła rozmyślać o czasie, a Gonzo znowu będzie trzymał ją za rękę. I chociaż, poza dzisiejszym wybrykiem, nie stało się nic znaczącego, czuła, że ten pozornie błogi etap ma już za sobą. Szły więc tak w milczeniu, szły, ba, kulały się, ramię w ramię, każda w swoich pogrążona myślach, każda w swoich smakach, w płaszczyznach, które nawet się nie przenikały, bo obie znały się zbyt słabo, by móc wyczuć wzajemnie swoje strumienie myślowe.
- Dziękuję, że przyszłaś. – Odezwała się w końcu, kiedy już zbliżały się do skrzydła szpitalnego, kiedy już widziała padającą przez uchylone drzwi na ziemię smugę zimnego światła. Zaraz ją to światło, ta sala pochłonie i uwięzi. Ciekawe na jak długo tam zostanie, osłonięta jedynie białym parawanem, tak naprawdę czując się wystawioną na widok publiczny. Okropne. Na samą myśl dłonie pociły jej się ze zdenerwowania i gniewu. Niech tę nogę załatwią szybko, niech to będzie parę dni i po sprawie i wróci skulona i okryta wstydem, ze spuszczoną głową do dormitorium.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Odrodzenie

PisanieRe: Klatka schodowa   Pon Cze 20 2016, 20:08

Aha. Kiwam głową, raczej mechanicznie niż w wyrazie faktycznego zrozumienia tego, co mi mówisz. Bo nie rozumiem ani trochę. Wylewasz na mnie czarkę z ciemnym płynem lepiącym się od niejasności, zasłania mi wszystko, co do tej pory znałam. Prawie się potykam z tobą, tak ciężko mi się zrobiło od twoich słów – nie ma w nich ani grama prawdy. Może troszeczkę – naprawdę jadł, to była kolacja. Ale sama też jadłaś, widziałam przecież. Razem jedliście, nie raz zresztą. Nie raz jeszcze jeść będziecie, w bardziej wygodnych warunkach, bez świadków, bez hałasu, beze mnie przeszkadzającej wam. Może to z mojej winy go opuściłaś? Czasem nie potrafię wyczuć sytuacji. Pojawiam się w miejscach, w których nie powinno mnie być, zjawiam się zawsze nie w czas, chcąc zaskarbić sobie odrobinę cudzej uwagi, pragnąc zamieszać kotłującą się atmosferę, doprowadzić do wrzenia, do fajerwerków, które tak lubię. I nie zdaję sobie sprawy – wcale, to moja największa wada – że nie wszystkim może się to podobać, że nie każdy lubi słuchać wybuchów, że niektórzy nie przepadają za blaskiem kolorowych światełek. Prawie jest mi przykro, że opuściłaś dożynki, nie najadłszy się wystarczająco. Zabrałaś na drogę choć kilka ciasteczek? Widziałam, jak się nimi zajadałaś. Teraz, w medycznym, na pewno ci się przydadzą, byś szybciej do pełni sił wróciła.
Przygryzam wargę. Mocno. Chcę krew poczuć spływającą mi na język. Nie będę mogła zasnąć, wyrzuty zjedzą mnie od środka, strawią wszystko. Kiedy będziesz chciała mnie znaleźć, natkniesz się tylko na wydmuszkę. Może umieszczą mnie później w josefinium.
Mogłabyś być milsza, mogłabyś być milsza, mogłabyś być milsza. Ja? Czy ty, Tunder? Nie wiem, nie wiem, nie wiem, myśli zlewają mi się w jedno, jedną osobę z nas robię, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie teraz, jakby mogło pomóc w rozwikłaniu krążących w powietrzu zagadek. W zrozumieniu twojego działania, relacji twojej z nim, niewstającego nigdy słońca w twoim sercu. Bo chyba ciemno tam zawsze jest i zimno, i samotnie tak bardzo? Naprawdę chciałabym zobaczyć, jak wygląda, jak wielkie tajemnice w nim skrywasz, choćby miały mnie całą pochłonąć, gdy tylko na nie zerknę. Jesteś trochę jak ta mityczna Arka Przymierza. Widziałam kiedyś film o niej, z tym archeologiem, w którym wszyscy się kochali – ja zresztą też, fantastyczny ma kapelusz. Ale jesteś jak ta Arka właśnie, nietykalna, niebezpieczna, niezbadana. Zostań taka, proszę.
Uśmiecham się słabo. W świetle bijącym od wianka moja twarz wygląda pewnie, jakby wykrzywiały ją grymasy nieznośnego bólu. Może troszkę tak jest, ponieważ twoja obecność szczypie mnie niezrozumiale w serce, pod żołądkiem drążąc tunel przez całe moje ciało.
- Wróć szybko do zdrowia – odpowiadam zamiast klasycznego: dziękuję, zostawiając cię w rękach fachowej opieki medycznej. Przecież to drobiazg, jutro mogę o tym nie pamiętać. Może tak byłoby lepiej?

Barbara i Tündér z tematu
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Klatka schodowa   

Powrót do góry Go down
 
Klatka schodowa
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: