IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Magiczne stragany

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieMagiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 12:37

Magiczne stragany

Już w okolicznych przecznicach słychać radosny gwar tego miejsca, nawoływania, pokrzykiwania, śmiechy i rozmowy. Miejscu, które można określić całym światem w pigułce, a będącym głównym punktem kumulujących imigrantów w tym mieście. Bez wątpienia przytłacza bogactwem oferowanych produktów, ponieważ dostać można tu niemal wszystko, od egzotycznych warzyw aż po najprawdziwsze złoto. Nie trudno też spotkać tutaj czarodziejów sprzedających swoje tajemnicze wyroby, nierzadko nielegalnie.
Powrót do góry Go down
avatar


półkrwi

33

zamożny

Kompozytorka

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 12:40

Miałam osiem lat kiedy tata po raz pierwszy zabrał mnie na targ. Tak zaczyna się ta bajka. Był letni dzień, niezbyt upalny, ale ciepły na tyle, by włożyć tę piękną sukienkę w zielono-błękitną kratkę. Kochałam ją bardzo, dlatego zakładałam tylko na specjalne okazje. By jej nie zniszczyć. To było nadzwyczaj głupie podejście, bo szybko z niej wyrosłam, a założyłam może z cztery razy. Ale to nieważne w tej bajce. W tej bajce liczy się, że miałam ją na sobie, na nogach czerwone trzewiki niczym Dorotka z Krainy Oz. W tamtych czasach to był mój ulubiony film. Chciałam być Dorotką. Tak jak ona przenieść się do magicznej krainy, przeżyć kilka przygód i pokonać złą czarownicę, by wrócić do Papy. I marzyłam o piesku Toto. Papa się zgodził, nawet rozpoczęliśmy poszukiwania idealnego kandydata, kiedy zainterweniowała matka mówiąc, że ona nie chce w domu żadnego kundla, bo te śmierdzą, a na dodatek ja jestem głupią gówniarą, skończy się tak, że to ona będzie się nim zajmować. Nie zajmowała się nigdy niczym, jej obawa o odpowiedzialność za psa do tej pory wydaje mi się absurdalna, ale to nie jest ważne w tej bajce. W tej bajce miałam na sobie ulubioną sukienkę w kratę, na nogach czerwone trzewiki niczym Dorotka, włosy związane w dwa warkocze i przewiązane kokardkami. Wyglądałam ślicznie, co podkreślał każdy na targu, wręczając mi łakocie. Przez jakiś czas bawiliśmy się z tatą w naszą ulubioną grę - znajdywanie rzeczy o najdziwniejszym dźwięku, był w tamtym czasie jedyną osobą dzielącą mój dziwaczny talent. Nawet nie znaliśmy słowa synestezja. Po prostu - dla nas poniedziałki były bladoróżowe, piątki pomarańczowe, a dwójki zielone, muzyka mieniła się tysiącem barw, a rzeczy wydawały dźwięki.
Między wszystkimi trąbkami, dzwonkami, piskami, basowymi smyczkami i melodiami granymi w tonacji fismoll znalazłam to - przepiękną pozytywkę z primabaleriną. O czerwonych baletkach. Tańczyła w rytm melodii przywołującej na myśl wakacje nad klifem i lawendowy bukiet, zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Kupiec, pamiętam jak dziś, był to stary hindus, sprzedał ją nam za bezcen, mówiąc, że powinna należeć do tak ślicznej dziewczynki jak ja. Potem już nigdy więcej go nie widziałam.
Pozytywka jest ze mną do dzisiaj, nigdy się z nią nie rozstaję. Z racji tego, że jesteśmy już razem prawie dwadzieścia lat (jestem pewna, że sama ma dwa razy więcej) często psują się w niej rożne mechanizmy. Kiedy miałam szesnaście lat i poszła pierwsza sprężyna byłam załamana - ale szybko wzięłam sprawy w swoje ręce. Poszłam na targ, kupiłam inną magiczną pozytywkę i zamieniłam części. Działam tak nieprzerwanie od lat. Kiedy coś się psuje, szukam zamiennika. Zabieram części od innych, przywracając do życia moją. Zrobiłam się nawet całkiem wybredna. Nie biorę pierwszych lepszych i byle jakich, wybieram te najpiękniejsze. Być może w ten sposób pozbawiam inne małe dziewczynki pamiątki na całe życie - nie obchodzi mnie to.
Wczoraj popsuł się mechanizm otwierający. Kręcę się więc po targu poszukując zamiennika, najpiękniejszej z obecnych tu pozytywek, nie zadowolę się pierwszą lepszą.
Jestem Ida Tanasevich i zostawiam za sobą ścieżkę wykorzystanych pudełeczek pełnych primabalerin i fałszywych melodii.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

nieznana

33 lata

przeciętny

milicjant

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 12:41

Magiczne stragany przypominają mi trochę te z mojego dzieciństwa.
W Pietropawłowsku chodziłem na targ prawie codziennie – czasem z polecenia matki po niewielkie zakupy na obiad, a czasem z własnej nieprzymuszonej woli. Znajdował się w końcu blisko mojego domu, mieszkałem przy samym porcie, więc miałem do niego dwa kroki. Gwoli ścisłości, tam wszystko znajdowało się w pobliżu. Zawsze zabierałem ze sobą swojego psa, wówczas był moim najwierniejszym towarzyszem, choć budził trochę strachu w mieszkańcach ze względu na groźny wyraz facjaty i brak lewego oka. Nazywa się Piorun, ale nie bez powodu. Znalazłem go przez przypadek podczas jednej z wypraw na drugi koniec Kamczatki podczas burzy. Przygarnąłem go, nie mogłem przecież postąpić inaczej, wyleczyłem i tak trwa przy mnie do tej pary. Na targu można było znaleźć wszystko – poczynając od ciepłego, domowego pieczywa, świeżo złowionych ryb, surowego mięsa, poprzez miedziane kociołki, dziwne medykamenty od starych wiedźm, pędzone przez wieśniaków bimbry czy amulety na szczęście. Tutaj asortyment jest równie bogaty i niecodzienny, choć brakuje mi tego klimatu i uroku jak za dawnych lat. Wzrokiem spostrzegam egzotyczne, kolorowe owoce, zwierzęta w brudnych klatkach, niespotykane zioła, fiolki z eliksirami, najnowsze miotły, mnóstwo gratów i inne przedmioty, które widzę po raz pierwszy na oczy. I nie da się nie zauważyć, że mnóstwo tu imigrantów, walczących o przetrwanie wyrzutków społecznych. Lubię tutaj jednak przychodzić, trochę nawet czuję się jak u swoich, a sam targ przywołuje u mnie dość przyjemne wspomnienia, mimo że Pioruna wyjątkowo nie ma przy moim boku.
Przechadzam się żwawym krokiem między alejkami straganów. Nie zwracam raczej uwagi na nikogo – zbyt wiele tutaj obcych twarzy, sprzedawcy nieustannie nawołują, krzyczą wniebogłosy, zachęcają do kupna, a skwar i hałas powoli zdają się być nie do zniesienia. Sam dokładnie nie wiem, po co konkretnie tutaj jestem, kręcę się bez celu, zaglądając do różnych stoisk i czasem coś kupując za śmieszne pieniądze. W ręku mam już świeże pieczywo i kilka innych składników, w końcu dziś po raz pierwszy od dłuższego czasu mam zamiar zajrzeć do kuchni i użyć garnków, które pewnie już dawno temu pokryły się grubą warstwą kurzu. A poza tym myślę, że kontrola, obserwacja ulic i upewnienie się czy wszystko jest w porządku nie zaszkodzi. W dodatku gdzieś w międzyczasie mignęły mi długie, lśniące i ciemne włosy – jestem na ich punkcie cholernie przewrażliwiony, więc wzdycham ciężko, siarczyście przeklinam w duchu osobę, dzięki której tak właśnie mam, po czym wracam do swoich poszukiwań.
Powrót do góry Go down
avatar


półkrwi

33

zamożny

Kompozytorka

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 12:50

Kolejny stragan, kolejna bajka.
Była sobie księżniczka Ida. Nie mieszkała w wysokiej wieży, daleko jej było do stania w jednym miejscu. Skakała z kwiatka na kwiatek, nie zatrzymując się nigdy na dłużej niż sto dni, jakby ten jeden, dodatkowy miał zmienić cały jej świat.
Księżniczka była córką mądrego króla, który znał ją lepiej niż ktokolwiek inny. I lepiej niż ktokolwiek inny wiedział czego jej trzeba. Widział w jej oczach zmęczenie, o którym sama nie chciała nawet myśleć. Widział w jej oczach potrzeby, o których sama wolała nie mówić. Kiedyś, przy kolacji jedzonej w jednym z zadymionych pubów (uwielbiał takie) rzucił - weź kiedyś tego mojego Borisa na piwo czy do tej swojej filharmonii, dziczeje mi chłopak. I chociaż księżniczka Ida początkowo się obruszyła i stwierdziła, że ojciec jest zdecydowanie za stary na bawienie się w swatki, a na dodatek nie posiada za grosz dyskrecji, w końcu pojawiła się kiedyś przed kwaterą i poinformowała zaskoczonego Draskovica, że idzie z nią na obiad. Mieszkała wtedy z jakimś dyrygentem przechodzącym kryzys wieku średniego i chociaż było to dopiero dwadzieścia dni, już umierała z nudów.
Księżniczka wcale nie podejrzewała, że obiad okaże się wielkim sukcesem - tym bardziej, że Boris raczej nie przepadał za sztuką i nie widział żadnej z modnych ostatnimi czasy wystaw.
Ale poszła z nim na kolejny. A potem na piwo. Wcale nie dlatego, że kazał jej mądry król ojciec.
Po prostu chciała.
Potem zamieszkali razem w pięknym zamku, który nie był tylko jego, ani tylko jej. W którym była kuchnia i wszystkie garnki. W którym półki powoli zaczęły uginać się od wszystkich książek, które na przestrzeni lat kupowała i zostawiała w przypadkowych domach - teraz wreszcie znalazły swoje miejsce. Co najważniejsze, zamek otaczał piękny ogród w postaci balkonu.
W tej bajce żyli sobie długo i szczęśliwie, a mądry król patrzył na to wszystko i z aprobatą kiwał głową, sam sobie gratulując genialnego planu.
Ale życie to nie bajka.
Mądry król został zabity. I wszystko się rozpadło.
Staram się o tym nie myśleć - ale czasami uderza to we mnie, jak teraz, kiedy na jednym z przypadkowych stoisk znajduje wazon. Ten Wazon, wazon idealny, długo takiego szukałam. Doskonale pasowałby do tego okrągłego stołu, który pewnego dnia przytachałam z antykwariatu. Żartowałam - będzie stał na środku, a ty będziesz mi przynosił do niego kwiaty. Scena staje mi przed oczyma i coś uciska w piersi, nie będę o tym myśleć. Obrazy z przeszłego życia. Dałam się porwać wyobrażeniom o przyszłości, dałam się zwieść, że można mieć jakieś plany, dałam się kupić tym wszystkim drobiazgom nadającym atmosferę wnętrzom, tworzącym domy ze zwykłych mieszkań. Dałam się porwać czarnym oczom, jeszcze ciemniejszym włosom i temu spojrzeniu zbitego psiaka, to nie skończyło się dobrze.
Powinnam być mądrzejsza. Pamiętać - że to co posiadasz, posiada ciebie. A to nigdy nie kończy się dobrze.
Z prychnięciem odchodzę od stoiska, wchodzę w kolejne uliczki, lawiruję pomiędzy kolejnymi stolikami obładowanymi szmelcem, już nawet nie mam ochoty szukać pozytywki. Po prostu stąd wyjść, uciec od tego tłumu ludzi, zaczął działać mi na nerwy. Coraz bardziej nerwowo przeciskam się pomiędzy ludźmi i nagle staję z księciem Borisem twarzą w twarz.
Ułamek sekundy. Zamiera wszystko.
W ułamek sekundy zalewa mnie fala uczuć. Tęsknota. Za tobą, za domem, za Piorunem, ogrodem, za tymi okropnymi daniami, które namiętnie gotowałam mówiąc, że uczę się gotować. Radość. Że żyjesz i nic ci nie jest. Wzruszenie. Na twój widok. I twoich włosów. Znowu zarosłeś, mój drogi Borisie, beze mnie w ogóle nie pamiętasz o fryzjerze. Wezmę twoją rękę, wrócimy do domu, posadzę cię na stołku w łazience i podetnę twoje loki. Na ułamek sekundy twarz mi łagodnieje. Prawie się uśmiecham.
Uderzenie serca, huk w mojej głowie.
Spada na mnie zimne opamiętanie, ludzie przeciskają się przez nas, ktoś uderza mnie w ramię i wtedy wraca mi rozsądek. Nie. Nie mogę. Odwracam się więc prędko i staram zniknąć między ludźmi, wmieszać się w tłum, odejść.
To był ułamek sekundy, pewnie nie zauważyłeś.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

nieznana

33 lata

przeciętny

milicjant

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 12:51

Nigdy nie byłem żadnym wyglancowanym księciem. Oni zawsze byli ostro popieprzeni, nadęci i wydawało im się, że mogą mieć każdą kobietą w mgnieniu oka. W dodatku zawsze chodzili w za ciasnych ubraniach, ledwo trzymali szablę w dłoni i pewnie nawet nie potrafiliby naprawić kranu w kryzysowej sytuacji. Cóż, dobrze pamiętam ten dzień, w którym Ida przyszła do naszej kwatery i z impetem obwieściła mi, że zabieram ją po południu na obiad. Nie wiedziałem jak zareagować, więc wybuchnąłem gromkim, choć chyba trochę nerwowym śmiechem – zaraz po tym Ivan szturchnął mnie dość mocno w ramię i dał mi jasno do zrozumienia, że ona mówi zupełnie poważnie. Mina mi trochę zrzedła, wolę nie przypominać sobie wyrazu i koloru swojej twarzy, ale potaknąłem wtedy głową potulnie jak baranek. W końcu co innego miałem wówczas zrobić? Później pomyślałem, że może Dragomir Tanasevich, mój mentor i przybrany ojciec, o którym lubiłem myśleć w taki sposób, ma mi coś istotnego do przekazywania. Poszliśmy do Carskiej Restauracji, choć to akurat nie był mój wybór. Nie przygotowywałem się też jakoś specjalnie do tego spotkania – zapomniałem się ogolić, nie ujarzmiłem włosów, założyłem na siebie wymiętoloną, czarną koszulę i wyglądałem po prostu zwyczajnie i przeciętnie. Jak mi było głupio, kiedy zobaczyłem Idę w pięknej, eleganckiej sukni! Poczułem się jak totalny frajer, który właśnie przegrał życie na loterii. I jakie było moje zdziwienie, gdy w trakcie spotkania okazało się, że tak naprawdę nie ma dla mnie żadnej wiadomości od Dragomira. No, w ogóle bym nie pomyślał, że mogło chodzić o coś innego.
Później umówiliśmy się na kolejny obiad – w znacznie lepsze miejsce, w którym czułem się już nieco swobodniej i bardziej komfortowo. A potem na piwo. Muszę być jednak kompletnym popaprańcem, by zabierać kobietę do jednego z najniebezpieczniejszych i zupełnie niezachęcających miejsc w całym Petersburgu, ale naprawdę nie wiedziałem, gdzie ją zabrać, gdy odezwała się po raz trzeci. A potem wszystko potoczyło się z górki. Nawet nie wiem, w którym momencie w moim niedużym i skromnie urządzonym mieszkaniu pojawiły się jej rzeczy. Najpierw mały plecaczek i kilka kosmetyków, później musiałem odstąpić część swojej szafy na jej nowe ubrania. Przytargała stół z antykwariatu bez mojej pomocy, kupiła kilka obrazów ponoć znanych artystów, z mojego balkonu zrobiła swój mały ogród, a ja zamontowałem półki na książki, których z czasem zaczęło pojawiać się coraz więcej. Byliśmy razem. Tak, to właściwe określenie. Byliśmy razem przez dość długi okres. Aż pół roku temu zniknęła bez słowa. Przepadła jak kamień w wodę. Szukałem jej! Wszędzie. Zginął Dragomir, przepadła Ida i Ruslan – mój brat. Nie mam pojęcia, czy zginęła, czy zostawiła mnie, bo zrobiłem coś źle. Może byłem po prostu nudny. Nie interesowałem się sztuką, nie miałem pojęcia o muzyce, a z książek pozostawionych na półce przeczytałem tylko jedną – i to z trudem.
Teraz jej rzeczy pokryły się kurzem. W dodatku nie ma mi kto już gotować, a na balkon nie wychodziłem od paru miesięcy, więc wszystko zarosło. W mieszkaniu jestem tylko ja i Piorun. Tylko on nigdy mnie nie zostawił – trwa przy mnie już od kilkunastu lat. Nie chcę już myśleć o tym, co było. Zajmuję się więc dalej swoimi poszukiwaniami, pchając się w głąb jednej z targowych alejek. Mam już prawie wszystko, ale gdzieś między tym wszystkim znowu mijają mi te długie, lśniące i czarne włosy. Zupełnie jakby chciały przypomnieć o tym wszystkim. Nagle jakiś typ potrącił mnie mocno, przez co poleciałem na tłum z impetem.
Powrót do góry Go down
avatar


półkrwi

33

zamożny

Kompozytorka

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 13:00

Na samym początku wcale nie uważałam go za żadnego księcia z bajki - raczej pasterza z bezludnej wyspy, który wyglądem upodobnił się do swoich (czarnych) owiec. Nagle wypuszczono go do ludzi, a ten nie ma pojęcia jak się zachować. Ta jego czarna, wymięta koszula i lekko przetarte spodnie, no naprawdę, w głowie zanotowałam sobie, że tata mi wisi ogromną przysługę. Nie wiem, które z nas było bardziej zaskoczone kiedy okazało się, że pomimo jego dzikości rozmawia się nam całkiem nieźle. Dużo się wtedy śmiałam, chociaż myślę, że połowa rzeczy które mówił - bądź robił - wcale nie miała być żartobliwa.
Nigdy nie spotkałam nikogo podobnie prostolinijnego.
Można mi zarzucić ogromną hipokryzję, ale poczułabym się urażona na wieść, że podejrzewa moje znudzenie. Owszem, wiele nas różni. Przynosiłam do domu te wszystkie książki, nie zaglądał do nich z ciekawością, wieczorami czytałam je sama. Raczej nie przepadał za muzyką awangardową początku wieku, Stravinsky nie przypadł mu do gustu. Na wernisaże też chodziłam sama, nie przeszkadzało mi to. Czasem, tak niewinnie i nieszkodliwie, wdawałam się w przyjemne rozmowy z artystami czy innymi, przystojnymi panami, ale zawsze wracałam do domu, prosto do domu, nie szwendałam się po uliczkach jak dziki kot. Dałam się udomowić.
Dla tego ogródka. Dla obiadków. Dla śmiechu. Dla tego, że bez słowa mył naczynia po obiedzie, bo ja nienawidziłam tego robić. Dla rozmów, o wszystkim. Dla filmów, na które chodziliśmy do kina. Dla - wielu rzeczy. Z dzikiego kota - domowa kotka, łasząca się do kolan.
Byłam szczęśliwa. Nie będę kłamać.
Ale teraz to jest zupełnie nieistotne.
Z mocnym postanowieniem nieodwracania się brnę przed siebie - ale jak to bywa z mocnymi postanowieniami, obracam się słysząc zamieszanie za plecami. Widzę obraz - Boris leci w tłum. Niby nic w tym dziwnego, nic nadzwyczajnego, przy takiej ilości ludzi to całkiem częste, wiecznie cię ktoś popycha. Ale moja głowa natychmiastowo podsuwa inny obraz. Podobnie spadającego ojca, ugodzonego klątwą, niebezpiecznie zbliżającego się do ziemi, o gasnących oczach. Jedno z wielu wyobrażeń na temat tego jak zginął. Może wyglądało to właśnie tak, może też poleciał w tłum?
Nie wiem, zobaczyłam tylko zimne ciało.
Dlatego odeszłam, zostawiłam ogród i książki - bo przecież miałeś o niego dbać. Przecież byliście razem.
To twoja wina.
Niestety, wciąż mi zależy. Na tobie. A kiedy człowiekowi zależy działa pochopnie. Instynktownie. Wtedy właśnie popełnia się błędy. To co posiadasz, co posiada ciebie, na czym ci zależy staje się twoją słabą stroną. Punktem, w który należy uderzyć. Nie myślisz, nie planujesz. Nie kalkulujesz, tracisz głowę - to nie jest mój styl działania, ja muszę mieć wszystko uporządkowane, zaplanowane krok po kroku, nie tracić zimnej krwi.
A w tym momencie nawet nie myślę, moje ciało działa samo, nie waha się nawet przez sekundę. Nie analizuje. Lecisz na tłum, a dla mnie to jest oczywiste, że ktoś cię zaatakował, ugodził zaklęciem, chce wykończyć. To genialny plan, w tłumie ciężko oddać, ciężko znaleźć sprawcę.
Jak w transie odpycham ludzi z drogi - kiedy zdaję sobie sprawę, że wcale nic ci nie grozi jest już za późno, już cię podtrzymuję i nie pozwalam upaść.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

nieznana

33 lata

przeciętny

milicjant

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 13:02

Tak, tak o mnie właśnie w niektórych kręgach mówią. Czarna owca z Kamczatki. To trochę prześmiewcze, ale tak już się przyjęło i nie wadzi mi to jakoś za bardzo. Z czasem przyzwyczaiłem się do tej łatki, w końcu musi być w niej chociaż trochę prawdy. Nie ukrywam, zawsze czułem, że trochę odstaję od rodziny, nie potrafiłem się dogadać ani ze starszym bratem, ani z ojcem – jedynie matka zawsze stała po mojej stronie bez względu na to, co zrobiłem, przez co tak naprawdę do dziś jestem jej wdzięczny. Nie rozumiałem tej niechęci do mojej strony, nie wydawało mi się, abym kiedykolwiek zrobił coś złego. Wielokrotnie próbowałem to wyjaśnić, ale zawsze słyszałem tylko zbywające: „Boris, dorośnij, wydaje ci się, robisz niepotrzebnie problemy!”, więc po pewnym czasie po prostu przestałem pytać. A potem niespodziewanie mój starszy brat zniknął i teraz wspaniałomyślny ojciec obwinia mnie o całe zło tego świata. Bo co złego to ja.
Nigdy nie byłem specjalnie skomplikowanym człowiekiem, tak samo jak nie uważałem się za kogoś wyjątkowo żartobliwego – choć zawsze się ze mnie śmiałaś pod nosem. Nie przeszkadzało mi to, zresztą jak wiele rzeczy, gdyby tak było to powiedziałbym o tym prosto w twarz. Różniło nas wiele, więcej niż myślałem, ale dogadywaliśmy się. Zdarzało nam się kłócić w słabsze dni, to przecież zupełnie normalne w każdym związku i zdrowej relacji. Czasem nie odpowiadały mi obrazy, które przynosiłaś do naszego mieszkania – i mimo że nie miałem zielonego pojęcia to potrafiłem powiedzieć co mi się podoba, a co nie. Nie lubiłem Stravinskiego, wyłączałem go od razu, byłem jednak skłonny znieść smęty Prokofjewa, o ile tak się właśnie nazywał – nie mam pamięci do imion, jeśli mam być szczery. W dodatku nigdy nie narzekałem na jedzenie, nawet gdy było lekko spalone i twardawe. Nie przeszkadzały mi rozgotowane jajka, przesolone ziemniaki, przypieczona pieczeń z reniferów, której sam uczyłem cię robić. Nikt nigdy wcześniej tak o mnie nie dbał, mimo że przez moje życie przewinęło się kilka kobiet. A to wtedy było dla mnie cholernie ważne, wiesz? Żadna jednak z nich nie zdecydowała się zostać ze mną na dłużej – i to nie tak, że ja je zostawiałem, chyba nie miałbym odwagi tego zrobić. Tak, tak, Boris Drasković, milicjant, który nie zawahałby się zabić, lecz miałby problem, aby od kogoś odejść… Lubiłem jeszcze nasze rozmowy, nawet jeśli tak naprawdę nie miałem najmniejszego pojęcia, o czym w danym momencie do mnie mówisz.
Niespodziewanie i z impetem poleciałem na tłum ludzi, co mnie trochę zdenerwowało i zaskoczyło. Nagle jednak ktoś mnie podtrzymuje i trzyma w pasie, a przed oczyma migają mi kosmyki czarnych włosów, tych, które widziałem wcześniej. Jestem trochę zdezorientowany, więc dopiero po chwili udaje mi się ogarnąć, co się dzieje. I nagle widzę twoją zmartwioną twarz – twarz, która nieustannie śniła mi się po nocach. Czuję jak wszystko się we mnie gotuje, jak krew pulsuje mi w żyłach, jak w oczach pojawiają się iskierki wyrzutów. To. Ty. Ida. Co ty tutaj robisz, Tanasevich. Powiedz mi, o co tutaj chodzi. Łapię cię gwałtownie za rękę, ściskam mocno, przecież zaraz mi uciekniesz. Nie pozwolę na to, nie wypuszczę cię drugi raz. Masz mi się wytłumaczyć – tu i teraz. I lepiej, żebyś miała dobrą wymówkę. Nie wiedziałem przez kilka miesięcy co się z tobą dzieje, a ty pojawiasz się tak zwyczajnie i łapiesz mnie w pasie!
Powrót do góry Go down
avatar


półkrwi

33

zamożny

Kompozytorka

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 13:06

Pasuje mi to powiedzenie, czarna owca z Kamczatki, szczególnie kiedy nosi na głowie tę swoją czarną szopę. Szczególnie zabawnie wygląda kiedy bierze prysznic. Początkowo włosy, zamiast moknąć, puszą się i woda spływa po bokach jak po wodospadzie. Potem nagle uginają się pod naporem wody i spadają mu na twarz, zasłaniając cały świat. To uroczy widok, potrząsał włosami jak mały piesek, chlapiąc całą łazienkę. Kiedyś mnie to irytowało.
Z perspektywy czasu patrzę na to z sentymentem.
Z boku wyglądaliśmy jak bardzo dobrana para, obydwoje młodzi i piękni, chociaż rzeczywiście, ja zawsze byłam tą lepiej ubraną. Nie jestem typem człowieka, który kontroluje i zmienia wszystko u partnera - nawet jeśli miałam tylko jednego. Wraz ze starymi meblami czy stosem książek nie pojawiły się nowe, lepsze ubrania, rady dotyczące tego jak ma żyć, lektury, które musi przeczytać, by stać się człowiekiem sukcesu czy kosmetyki, jakich ma zacząć używać, by skóra przez długi czas wyglądała młodo i świeżo. Jasne, zdarzyło mi się mu kupić sweter czy koszulę, ale to raczej na zasadzie - o, spodoba mu się albo dobrze by w niej wyglądał, a nie - musi od dzisiaj tak wyglądać. Jednak ludzie, którzy znali nas, raczej z osobna niż razem, definitywnie pukali się w głowę. Pozornie wszystko nas różniło. Zainteresowania, temperamenty... Ale na dobrą sprawę w tym szaleństwie tkwiła metoda. Kiedy się kłóciliśmy zdarzało się, że rzucałam talerzami, szybko mi przechodziło. Nie przeszkadzało mi też to, że na każdym kroku nie utwierdza mnie w przekonaniu o swojej wielkiej, dozgonnej miłości. Czułabym się wtedy osaczona, jak w klatce, to nie dla mnie. Są kobiety, które muszą być utwierdzane w przekonaniu o stałości uczuć partnera - ja tylko żartowałam o kwiatach w wazonie. Znacznie bardziej ceniłam sobie te nieliczne wyznania, może też dlatego, że sama nie przepadam za zbytnią afektacją. Obnoszenie się z tym co w środku, to nie mój styl. Myślę, że jestem mało wylewna.
Naprawdę lubiłam nasz dom. I lubiłam cię karmić. Przynosić rupiecie. Siedzieć z tobą w ogrodzie.
Ale wyobraź sobie moment, w którym ktoś pokazuje ci moje zimne, zastygnięte w bezruchu i przerażeniu ciało, dałbyś radę po tym wstać z kolan? Ja wolę nawet o tym nie myśleć, wystarczy, że po śmierci ojca nie mogłam wstać z łóżka przez dwa miesiące. Kiedy wreszcie się podniosłam - niewiele zostało we mnie z Idy. Wróciłam do dawnych zwyczajów, bo one dają mi swobodę działania. A działanie jest proste - niczego nie mieć. Nikogo nie stracić. Na pewno nie przez ciebie.
Patrzę ci w oczy, teraz rozumiesz? Nie potrafię zapomnieć, ale nie potrafię też wybaczyć. Za dużo emocji jak na jedną głowę. Patrzę na ciebie i serce mi pęka, ale mimo to próbuję wyrwać rękę. Zacisnąłeś mocno, zostaną ślady. Dobrze wiesz jak łatwo na mojej skórze o bruzdy i siniaki.
- To boli - mówię po chwili, poddając się. Widzę w twoich oczach złość. Widzę wyrzut. Dlaczego? Gdzie byłaś? Co tutaj robisz? Chyba żadna z odpowiedzi nie przypadnie ci do gustu.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

nieznana

33 lata

przeciętny

milicjant

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 13:11

Z boku zawsze wszystko wygląda inaczej. To zależy od perspektywy. A ludzie nieustannie mówili, że powinienem znaleźć sobie kogoś innego, słyszałem wciąż, że Ida tylko mnie wykorzysta i zostawi przy pierwszej lepszej okazji.  Nie słuchałem się nikogo, bo po co, było mi przecież dobrze, więc nie czułem żadnej potrzeby, aby cokolwiek zmieniać. Nigdy też nie byłem osobą, która słuchała kogokolwiek, zawsze wszystko robiłem po swojemu, więc i tym razem trzymałem się swojego zdania. Byliśmy jak woda i ogień, ale właśnie to szaleństwo miało w sobie coś, co mi się w nas piekielnie podobało. I nagle zniknęłaś, jak gdyby nigdy nic. Z początku stwierdziłem, że może miałaś coś pilnego do załatwienia. Minęły dwa dni. Spokój. Tydzień. Żadnego listu. Trzy tygodnie. To już, kurwa, przesada. Zdemolowałem wtedy cały salon. A niedawno stuknęło pół roku. Nie siedziałem bezczynnie przez ten czas – czekałem na jakikolwiek odzew z twojej strony, szukałem cię jak pojebany, nawet miałem kilka tropów, ale każdy z czasem gdzieś się urywał. Więc zostałem sam. Po raz kolejny. Frajer Boris. Nie wiedziałem, czy uciekłaś, czy zginęłaś jak twój ojciec, ale musiałem wyrzucić cię z pamięci. Nie bawię się w żadne pielęgnowanie bólu, a to było jedyne rozwiązanie. I tak właśnie zrobiłem. Jakoś poszło, nie było mi łatwo, tak naprawdę za każdym razem nie jest, gdy ktoś bliski odchodzi, rana zawsze zostaje w sercu. Nie sądziłem jednak, że tak szybko znowu zacznie boleć i o sobie przypomni. Kto by pomyślał, że spotkam cię właśnie tutaj – na pieprzonym targu! Zaczęłaś prowadzić nowe życie? Tak beze mnie? Mogłaś mnie chociaż poinformować o końcu naszej relacji. Ale mam wrażenie, że dla ciebie to chyba nawet w tym momencie jest za dużo.
- Ma boleć – mówię twardym głosem, ani na moment nie rozluźniając uścisku. Niech boli tak, jak bolało mnie, niech zostanie ślad, który zawsze będzie o mnie przypominał. Nie obchodzi mnie to; czy ciebie też to obchodziło, kiedy ode mnie odeszłaś? Wiem, że muszę działać ekspresowo, jestem w znacznie lepszej pozycji, więc szybkim ruchem wyciągam różdżkę, by zaraz jej użyć. Przykro mi, Ida. Muszę to zrobić. Nie mam w tym przypadku innego wyjścia. – Kantroltesne – wypowiadam czym prędzej jedno z najprzydatniejszych zaklęć, momentalnie łapiąc cię w powietrzu. Chcę wiedzieć. Wszystko. Co. Jak. I dlaczego! Dawno się tak wkurwiłem, nie pamiętam, by ostatnio coś aż tak wyprowadziło mnie z równowagi. No i proszę, stało się! Patrzę w twoje oczy i przekładam sparaliżowane ciało przez swoje ramię, nie przejmując się zdziwionymi minami ludzi. – Spokojnie, jestem milicjantem. Ta pani jest aresztowana – wyjaśniam ciekawskim gapiom, po czym idę kawałek za targ i teleportuję się prosto do mieszkania.

Boris i Ida z tematu
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lip 24 2016, 13:11

The member 'Boris Drasković' has done the following action : Kostki


'k6' : 6
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Magiczne stragany   Nie Lis 27 2016, 20:21

Z każdym kolejnym sezonem przedświątecznym fascynuje mnie jak coraz bardziej kolorowe stają się nudne i szare ulice postkomunistycznej Rosji. Jakby chciały nadrobić wszystkie stracone lata papierowych dekoracji, ubierając się większą ilość bombek, dzwoneczków i światełek.
Brakuje mi trochę tych papierowych dekoracji. Jak łańcuchów z kolorowych pierścieni. Najładniejsze były te dwustronne - po tym poznawało się też nadejście czasu świątecznego. W domu pojawiały się stosy kolorowych kartek papieru i nożyczki, potrafiłam całymi godzinami wycinać i formować coraz to dłuższe i dłuższe łańcuchy.
Co z tego, że z poprzedniego roku zostało pudło całkiem niezłych?
Ciekawe czy dzisiaj ktoś je wyciąga? Czy kurzą się tylko w jednym z wielu pudeł na strychu. Obok idiotycznej, różowej sukienki z bufiastymi rękawami. Strojem indianki włożonym w wieku sześciu lat na przebierane przyjęcie w domu kultury. Nie pamiętałam o nim przez tyle lat - dopiero kilka dni temu, widząc podobne przebranie na wystawie jednego ze sklepów uświadomiłam sobie, że miałam taki sam. Uszyty przez ówczesną gosposię - pamiętam, że strasznie byłam z niego dumna.
Ile takich pudeł wypełnionych wspomnieniami można znaleźć na każdym strychu? To pewnie uniwersalne miejsce magazynowania pamiątek - i tych do tej pory mi nie brakowało. Nie sądziłam, że osadzając się w jednym miejscu i czasie okaże się, że by wychodować jakieś korzenie potrzeba do tego przeszłości.
Przynajmniej kupiłam ostatnio rękawiczki wyglądające nieomal na babciną robotę. Gryzą trochę w dłonie, ale przynajmniej są bardzo ciepłe.
Ciepły szalik też powinnam kupić.
Przyglądam się wystawie solniczek, czekając cierpliwie - chociaż jestem prawie pewna, że seans na który kupiłam bilety zaczął się już chwilę temu. Nie jest mi strasznie szkoda, film miał trwać ponad dwie godziny, a muszę szczerze przyznać, że dziewięćdziesiąt minut to moja granica wytrwałości jeśli chodzi o kinematografię. Przy książce mogę spędzić w bezruchu cały wieczór - ruchome obrazy po prostu mnie nużą.
Ale to podobno robią ludzie w wolnym czasie. Chodzą razem do kina. I do teatru. Oraz na wieczorki degustacyjne wina, tego jednak nie chcę próbować, bo brzmi bardzo nudnie.
Poza tym czym różni się degustacja wina od zwykłego jego picia?
Może to dziwne, że ze swoją awersją do posiadania powinnam unikać podobne miejsca szerokim łukiem - a ja naprawdę lubię przechadzać się pośród tych wszystkich szpargałów. Wyszukiwać rzeczy z historią. Niczego nie kupuję - jeszcze nie. Tylko układam w głowie listy.
Chciałabym mieć w swoim domu taki zestaw porcelany, gdzie jedna filiżanka jest nieco uszczerbiona. Pewnie upuściło ją psotliwe dziecko. Albo nobliwa, starsza pani, której zrobiło się słabo na wieść o wyczynach niesfornego wnuczka.
Chciałabym mieć taki kredens, z wiśniowego drewna, ze śladem po odciśniętej filiżance. Pewnie nieuważnemu mężowi dostało się potem po uszach za brak podkładki.
Myślę, że chciałabym mieć te historie blisko siebie - potem czuje się jak złodziej, kradnący cudze wspomnienia, bo nie mam własnych.
Poprawiam stójkę swojej kurtki i chowam ręce głęboko w kieszeni. Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do mrozów - zazwyczaj o tej porze roku uciekałam w jakieś ciepłe miejsca, okazjonalnie wpadając do Petersburga by zdenerwować Annę czy Vita opowieściami. To już moja druga zima tutaj, powinno być lepiej niż rok temu, przynajmniej tak się oszukuję.
Jak lubię ciszę i szarość, i deszcz, nawet pluchę, tak nie lubię zimna. Tego długiego, przeszywającego, syberyjskiego zimna.
Przestępuję z nogi na nogę w rytm wygrywany przez pobliską katarynkę, może od tego zrobi mi się trochę cieplej. Przechodzę od stoiska do stoiska, przyglądając się stosom bezużytecznych sentymentów. I nie wiem czy to prawda, czy tylko moje wyobrażenie, ale zdaje mi się, że czuję świąteczne pierniki.
A to dopiero początek grudnia.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Magiczne stragany   

Powrót do góry Go down
 
Magiczne stragany
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: