IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Podziemna Arena Walk

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisaniePodziemna Arena Walk   Nie Lip 17 2016, 11:44

Podziemna arena walk

Magiczna Serbia słynie między innymi z podziemnego świata i czarnorynkowego biznesu Dynastii Bregović. Arena walk znajduje się w piwnicach klubu Jar będącego granicą pomiędzy światem mugoli a czarodziejami. Sam klub niczym się nie wyróżnia; wygląda tak samo zwyczajnie jak cała masa innych, podobnych mu przybytków. Jeśli ktoś chce się dostać do podziemnej areny walk musi u barmana zapytać o Jaskiera. To on decyduje czy dana osoba uzyska wstęp do nielegalnego świata. To on decyduje jaką kwotę musisz zapłacić, aby się tam znaleźć. Mogą to być pieniądze. Mogą być również cenne przedmioty, a nawet przysługa. Stawki są różne, a Jaskier… Nieprzewidywalny. W podziemnej arenie walk wszystko jest możliwe. Niedozwolone chwyty czy eliksiry dopingujące. Jest tu tylko jedna zasada: walczący są zdani tylko na siebie. Tylko i wyłącznie. Ty możesz mu pomóc jedynie go dopingując. Jeśli postawisz na któregoś z pięściarzy, możesz czasem wygrać jakąś kwotę. Pamiętaj jednak, że Jaskier Cię zapamięta. Jeśli wejdziesz do tego świata, to możesz pozostać w nim już na zawsze.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

błękitna

33 lata

bogaty

właścicielka Czarnego Łabędzia (ros. чёрный лебедь)

PisanieRe: Podziemna Arena Walk   Wto Lip 19 2016, 01:48

Viera Eva zawsze była wyobcowana. Nigdy nie odczuwała potrzeby przebywania w czyimkolwiek towarzystwie. Nawet rodzina, choć najbliższa jej sercu, odczuwała to wyalienowanie. Podczas większych spotkań stała na uboczu obserwując to, co się wokół niej dzieje i słuchając, by potem zadziwić wszystkich przy stole znajomością aktualnych wydarzeń. Wiele osób myliło jej potrzebę samotności z niechęcią względem ludzi. Eva większość osób uważała za głupców; istoty nie potrafiące podjąć chociażby próby zrozumienia ważnych i ideowych kwestii. Według niej lwia część - zarówno czarodziei, jak i mugoli - po prostu poddawała się swojemu losowi; bez żadnego oporu dając się prowadzić jak owca na strzyżenie. Ciemna masa ludzi idąca w przyszłość bez żadnego pomyślunku, bez żadnej perspektywy. Czy Vierę to smuciło? Złościło? A może irytowało? Kiedyś tak. Kiedyś potrafiła spojrzeć się zirytowanym spojrzeniem i otwarcie wyrazić swoje zdanie, lecz dzisiaj... Teraz już nie było to dla niej tak istotne. Nie widziała sensu. Ani nawet nie odczuwała potrzeby zmiany. Takich, jak ona było niewielu; równie dobrze mogłaby się porwać z motyką na słońce.
Przystanęła. Z rękami w głębokich kieszeniach swego swetra przystanęła i uniosła głowę, by spojrzeć na księżyc częściowo zasłonięty chmurami. Na róże odcienie koloru nieba wokół niego. Stąd nie słyszała gwaru z Jara; nie słyszała nawet jakichkolwiek odgłosów z wnętrza budynku. A nawet jeśli, to wyciszyła się na tyle, by nie zauważyć osoby, która by do niej podeszła albo i coś powiedziała. Członkowie rodziny znali to spojrzenie zamyślenia, te chwilowe "przystanki" kiedy to chciała się nad czymś zastanowić. Najprawdopodobniej była w Dynastii największą czarną owcą. Z charakteru w niczym nie przypominała Bregović. Absolutnie w niczym.
Po dłuższej chwili wreszcie spuściła głowę, spojrzała na klub i ruszyła przed siebie. Gdy otworzyła drzwi nikt nie zwrócił na nią szczególnej uwagi, nikt nie zawiesił na niej swojego spojrzenia... A przynajmniej reakcje obecnych nie wskazywały na to, by poznali w niej Bregović. Trudno, by od razu poznali, skoro nie było jej w domu od ponad sześciu lat.
Jaskier pamiętał.
W czarnych szpilkach od Zakharenko. W spodniach z materiału i lnianej koszuli w kolorze bordo. Z łańcuszkiem na szyi, od swego brata, Igora. W ciemnym makijażu. We włosach luźno rozpuszczonych. To na pewno zwracało uwagę, a jeśli ktokolwiek zapamiętał Vierę, to w tym momencie mógł ją sobie przypomnieć; zawsze była elegantką. Pewnie siebie przeszła przez salę nawet nie oglądając się na barmana i ladę, w stronę Jaskiera, któremu nawet nie musiała wręczać zapłaty wejścia.
Chwilę później była już na dole, w cieniu obserwując to, co działo się na ringu. I poza nim.
Powrót do góry Go down
avatar


Belgrad, Jugosławia. W roku szkolnym Akademia Koldovstoretz

błękitna

28 lat

przeciętny

Nauczyciel zaklęć praktycznych

PisanieRe: Podziemna Arena Walk   Czw Wrz 01 2016, 10:31

Nauczyciel też człowiek. Zasługiwał na odrobinę odpoczynku. Najlepiej gdzieś daleko od miejsca pracy. Jak najdalej od tabunów rozkrzyczanych dzieciaków, spoglądających wyniośle na otoczenie portretów oraz nudnych pedagogicznych narad. Dragan mimowolnie wzdrygnął się. Przypomniała się mu gromadka trzynastolatków, którzy koniecznie chcieli żeby nauczył ich zaklęcia preobrazka. W ogóle nie przyjmowali do wiadomości, że było to zaklęcie wyższego poziomu. Odmawiali również wyjaśnień w jakich celach zamierzali się nim posłużyć. Nieważne. Wolał nie wiedzieć. Nauczyć, może i przy swoim serbskim zacięciu zdołałby wyuczyć tych delikwentów. Z tymże później napotykałby na korytarzu zajączki, wiewiórki i inne małe zwierzątka, zaś dyrektorka urządziłaby mu nieziemską awanturę. Usłyszałby, że psuje młodzież, brakuje mu odpowiedzialności i doprowadził do sytuacji, w której szkolni chuligani zmieniają swoich kolegów w futrzaste, czworonożne stworzenia. Uch, nie warto podpadać szanownej szefowej i reszcie nauczycielskiego grona.
Nastolatki niekiedy potrafiły przyprawić o większy ból głowy niż zatwardziali kryminaliści. Co było nie lada osiągnięciem. Jako były milicjant coś o tym wiedział. Bogowie widać czuwali, bo do tej pory nie zabił żadnego irytującego małolata ani nie wpędził w życiową traumę. Tak. Zawdzięczał to bogom albo własnemu talentowi do uczenia i wychowywania dzieci. Bardziej stawiał na talent. Niesprawiedliwe żeby każdą zasługę i dobrą rzecz przypisywać jednie działaniu niebios. Śmiertelnikowi chyba wolno pochwalić siebie samego. Od czasu do czasu.
Docenianie własnych umiejętności poprawiało nastrój. Podobnie jak udział w walce. Szklanica porządnego alkoholu. Wizyta w rodzinnych stronach.
Dlatego odwiedzał teraz rodzinne strony. Stary, kochany Belgrad. Wyniosłe magiczne społeczeństwo Rosji mogło sobie zatrzymać Petersburg. Nazywać Perłą Wschodniej Europy. Dragan i tak przekładał podniszczone budynki i małe kawiarenki Belgradu nad dumne rezydencje i wyrachowane rozrywki mieszkańców Petersburga. To serbskie miasto na swój sposób było niezwykłe. Nie każdy potrafił dostrzec tą niezwykłość. Nie każdy był w stanie ją docenić. Co nie odbierało miastu uroku.
Pojawił się w rodowej twierdzy, gdzie serdecznie przywitał się z krewniakami. Od razu poczuł się wśród nich jak w domu. Wśród członków rodziny nie musiał zważać na słownictwo. Ani udawać kogoś kim nie był. Wśród swoich był tym kim był. Bregovićem.
Członkowie rodziny przyjęli ze spokojem jego decyzję o zmianie kariery zawodowej. Chociaż wyczuwał od nich pewną konsternację. Nauczyciel, doprawdy? - zdawały się mówić zaskoczone i rozbawione spojrzenia kuzynów. Ale nie na stałe? Oczywiście, że nie zawsze. Nie zamierzał spędzić reszty życia za nauczycielskim biurkiem. Przyjął tą posadę z sobie tylko znanych powodów. Żałował, że nie może objaśnić reszcie rodziny dlaczego zdecydował się na pracę w Akademii. To była jego jedyna gorzka zadra towarzysząca rodzinnemu spotkaniu.
Późnym wieczorem wybrał się na spacer uliczkami miasta. Umiał o siebie zadbać. Chuligani i bandyci nie wzbudzali w nim obaw. To jego się bano.
Przechadzka po utartych szlakach utwierdziła go w przekonaniu, że od jego wyjazdu niewiele się zmieniło. Jak zwykle punkt siódma piętnaście spod przystanku odjeżdżał wysłużony pojazd nazywany przez mugoli tramwajem i sapiąc z wysiłku kierował się w kierunku Śródmieścia. W oknach pobliskich kamienic zapalały się światła. Przemykające za zasłonami zarysy sylwetek zajmowały się jakimiś swoimi wieczornymi rytuałami. Zasiadały przy stole do kolacji, oglądały wspólnie telewizję, szykowały się do snu, bądź wędrowano z kąta w kąt w poszukiwaniu jakiegokolwiek zajęcia. Życie w kamienicy toczyło się własnym torem. Podobnie, jak życie na ulicy. O, na przykład ci siedzący na wąskiej ławeczce mężczyźni. Co rusz któryś pociągał z butelki. Niezbyt chlubny przykład, ale zawsze przykład, stwierdził Dragan, wymijając pijaczków.
Robiło się coraz chłodniej i ciemniej. Ciekawe, kiedy władze zdecydują się niedziałające latarnie. Chyba czekali aż wysiądzie całe oświetlenie ulicy, żeby zrobić przegląd nie jednej, nie dwóch, nie pięciu, a wszystkich latarni. Sprytnie.
Dragan przeszedł przez nieoświetlony zaułek i przystanął przed doskonale sobie znanym lokalem. Idealne miejsce na zakończenie sentymentalnej wycieczki. Śmiało wszedł do środka. Przywitał go gwar głosów, zapach tytoniu i szczęk szkła. Klub Jar również nie zmienił się ani o jotę. Oficjalnie przychodziło się tutaj, żeby wypić coś mocniejszego i miło spędzić czas. Nieoficjalnie, przychodziło się na walki. Ceną za wstęp były pieniądze. Czasami drobna, pozornie niewinna przysługa.
W tych stronach nazwisko Bregović było doskonale znane. Wśród przyjaciół wzbudzało szacunek, wśród wrogów lęk. Jaskier nie marudził, nie narzucał się ze swoimi cenami za wstęp do podziemia. W Belgradzie niewielu chciało mieć w słynnym serbskim rodzie wroga. Dragan zszedł po schodach. Prosto w objęcia zupełnie innego świata. O którym zwykli, do bólu porządni obywatele nawet nie śnili.
Pomimo, że arena znajdowała się w podziemiach, powietrze było ciepło, lepkie. Nagrzane ciepłotą setek ciał tłoczących się przy arenie. Dziką energią napływającą z samej areny. Od pojedynkowiczów. Widzowie zagrzewali swoich faworytów do walki. Głośno dyskutowali o wadach i zaletach walczących. Wykłócali się i zawierali zakłady. Dragan przedzierał się przez ten podekscytowany tłum, planując dotrzeć bliżej areny. Przeczucie podpowiadało mu, że dzisiejszy pojedynek wart był obejrzenia. Zręcznie lawirował pomiędzy jednym, a drugim szeregiem widzów. Zręcznie, ale nie wystarczająco zręcznie. Wymijając krępego czarodzieja, potrącił młodą kobietę, która niefortunnie stanęła mu na drodze. Zaraz chwycił ją za ramię i przytrzymał, pomagając jej utrzymać równowagę. Już przymierzał się do przeprosin, gdy... Rozpoznał ją.
- Viera? Skąd żeś się tu wzięła?!
W zdumieniu przyglądał się kuzynce. Pytanie mogło wydawać się nieco dziwne. Viera miała w sobie krew Bregoviców. Przebywanie w miejscu, gdzie toczyła się walka, było czymś zupełnie naturalnym dla kogoś o takim pochodzeniu. Bregoviców ciągnęło do walki i awantur. Jednakże Viera, jak to ujął dziadek, wyróżniała się na tle rodziny. Bardziej skryta. Spokojniejsza od swoich kuzynów. Nie tak narwana, jak większość Bregoviców. Dlatego nie spodziewał się spotkać jej przy podziemnej arenie.
Zaskoczenie ustąpiło w końcu miejsca szczeremu uśmiechowi. Ucieszyło go spotkanie z kuzyneczką. Dawno się nie widzieli. W prawdzie dotarły do niego wieści, że przejęła po swoim bracie restaurację i skupiła na prowadzeniu interesów, ale co innego słuchać o niej plotek, a co innego porozmawiać z nią w cztery oczy. Delikatnie uściśnął ją za ramię.
Viera, Viera.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

błękitna

33 lata

bogaty

właścicielka Czarnego Łabędzia (ros. чёрный лебедь)

PisanieRe: Podziemna Arena Walk   Pon Wrz 26 2016, 15:03

Gdyby Viera miała zostać nauczycielką najpewniej byłaby to obrona przed czarną magią, której niestety w Koldovstoretz nie było. Balet… Owszem, każdy kto ją znał z czasów szkolnych, pomyślałby sobie, że pewnie zostałaby nauczycielką baletu. Eva jednak nigdy nie była dobrą tancerką. Wśród swoich rówieśniczek pulsowała się dość przeciętnie, nie wspominając już o tym, że ani trochę nie dorównywała najlepszym baletnicom. Kochała jednak ten taniec na tyle, że zdecydowała się mieć w nim swój udział jako inwestor. Może nie umiała tańczyć, ale wiedziała czym dobry taniec jest. I takiego oczekiwała od baletnic. Dzieci zaś… Nigdy nie miała do nich cierpliwości. Nigdy nie umiała się z nimi obchodzić. Kiedy jakiś maluch do niej podchodził uradowany, z jakąś zabawą, ona nie wiedziała co robić. Ten zaś, nie uzyskując od niej zainteresowania, gdzieś odchodził, czasem dopiero po dłuższych próbach. Nawet nie wyobrażała sobie, by mogła kiedyś mieć męża i rodzinę. To do niej… Po prostu nie pasowało. Miała trzydzieści trzy lata i już przyzwyczaiła się do swojej samotności. Do tego stopnia, że nie umiałaby się z niej wyrwać. Dragan zaś nie powinien się przejmować dziećmi; one w końcu zapomną, a on przecież wie, że ma rację. Żaden nauczyciel nie powinien w ogóle dać sobie wejść na głowę. Jej kuzyn zresztą miał więcej cierpliwości, uczucia i talentu do dzieci; do zajmowania się nimi i rozumienia ich. Nie stanowiło to o jego słabości, wręcz przeciwnie. Prędzej to Vierę możnaby posądzać o niechęć do przedłużenia błękitnej linii krwi. Czy o brak jakichkolwiek uczuć. Po prostu… Nie była jedną z tych kobiet, które chciały się wiązać, które myślały o przyszłości z kimś u swojego boku. Dragan chyba wiedział o tym najlepiej z całej rodziny.
Belgrad od zawsze uchodził dla niej za dom. Za jedyne miejsce, do którego zawsze mogłaby wrócić, bez względu na okoliczności. Miejsce, w którym się wychowała. Serbia była na swój sposób piękna, choć mało kto potrafił je dostrzec. I tak większość zachodniego świata widziała jedynie Rosję oraz Jugosławię i zapewne nie potrafiłaby wymienić państw po jej rozpadzie. Być może to i lepiej. Przynajmniej nie przyciągali wzroku świata tak bardzo jak Niemcy czy Polska. I Viera mogła spokojnie wrócić do domu będąc pewną, że nie zastanie ją jakiś przewrót. Bo chociaż sprawy świata mugolskiego nie miały wpływu na świat magiczny to jednak w wielu kwestiach oba uniwersa się ze sobą ścierały. Niewielu czarodziejów to dostrzegało ignorując tak wiele ważnych spraw.
Tylko Igor tak naprawdę wiedział jak bardzo szanowała i kochała swoją rodzinę. Była dla niej wszystkim, choć żyła raczej w jej cieniu niż w centrum wydarzeń. Nie oznaczało to jednak, że o niczym nie wie. Wbrew pozorom wiedziała bardzo dużo. Viera spotykała się z ogólnym niezrozumieniem własnej osoby, charakteru, sposobu bycia. Zdawała się być tak skomplikowana, a jednocześnie krucha i bezbronna. Miała w sobie siłę, odwagę i honor Bregovićów; lojalność, nieustępliwość i nieprzewidywalność Aristovów. Wszystko przez to, że brakowało jej tej typowej dla serbskiej rodziny wybuchowości i temperamentu. Podczas gdy inni darli ze sobą koty, ona mogła ze spokojem przyjąć krzyki i nic z tym nie zrobić, odpowiadając dopiero po opadnięciu emocji. Trudno było ją zrozumieć. Przewidzieć co akurat zrobi.
Życie i czas… To były tematy rzeki. Eva miała w zwyczaju wyłączać się z otoczenia - zupełnie jakby błądziła gdzieś myślami - obserwować ludzi i dochodzić do własnych wniosków. Dzisiaj jednak miała dość sentymentalny nastrój. Mijających ludzi traktowała obojętnie. Wręcz jakby nie istnieli. Czy bano się Viery tak, jak Dragana? Traktowano ją bardziej jak trędowatą niż niebezpieczną. Przynajmniej Ci, którzy ją znali. Chyba nie uchodziła za mogącą zagrozić komukolwiek w jakiś sposób. Zajęła się Restauracją po swoim bracie i robiła to bez żadnych skandali. Przynajmniej na razie. Nie zależało jej na rozgłaszaniu sprawy ani Igora ani Czarnego Łabędzia.
Elegancko ubrana kobieta, z biżuterią wartą zapewne tysiące rubinów z pewnością nie pozostawała obojętna dla tutejszych bandytów. Nie było jej tu od lat. A mimo to, droga do Jaru odbyła się bez żadnych niespodzianek. Sama Viera się nie bała. Nie takich rzeczy.
Stała chłonąc wszystkie emocje jakimi emanowali ludzie; zarówno walczący, jak i widzowie. W powietrzu dało się czuć kilka wzmocnionych emocji. Gdyby magia była na tym oparta… Cóż, kierowanie emocjami tłumu dawałoby niewyobrażalną przewagę nad przeciwnikiem. Chociażby gniew. Wystarczyłoby go tylko odpowiednio ukierunkować. Ona nie opanowała jeszcze legilimencji na tyle, by umieć kierować emocjami innej osoby, choć w bezpośrednim kontakcie z całą pewnością mało kto miał z nią szanse. Była kobietą. Kto potrafiłby odgrywać emocje lepiej niż ona?
Miała zamknięte oczy kiedy Dragan ją potrącił, a potem przytrzymał. To było wręcz do przewidzenia. W takim miejscu, jeśli się nie widziało… Szybko można było poczuć się małym robaczkiem. Ale nie Viera Eva. Podziemna arena Walk była dla niej czymś więcej niż tylko podziemiem. W jakimś sensie wypełniała pustkę tego, czego brakowało jej z Bregović. Tutaj w pełni czuła się córką swojego ojca.
Pozwoliła mu się przytrzymać, chociaż poradziłaby sobie sama. Dopiero gdy spojrzała na twarz mężczyzny, przez chwilę zdawała się go nie rozpoznawać. Ale ona pamiętała. Uśmiechnęła się lekko w odpowiedzi na jego pytanie. Tak szczerze, niewinnie, ale i z radością. Spotkania z rodziną, nieważne w jakich chwilach, zawsze dawały jej radość. Mając na sobie dziesięciocentymetrowe szpilki tak niewiele różniła się wzrostem od Dragana, że aż mogła mu spojrzeć w oczy. Zawsze lubiła oczy swego kuzyna.
- Pomyślałam, że wpadnę. Przyjrzę się temu miejscu, poczuję je. Nie spodziewałam się zobaczyć kogoś z rodziny. - Jar był miejscem członków serbskiej Dynastii, ale przecież nie zawsze ktoś z Bregović się tu znajdował. - Szalenie miło Cię zobaczyć, Draganie. - Odwzajemniła jego uścisk swoimi długimi, nieco bladymi palcami. Dawno nie widziała się z kimkolwiek ze swoich stron… Nie mówiąc już o tym, że w Belgradzie była wręcz przelotem; zupełnie jakby wpadła i uciekła. Nawet nie miała szansy zamienić z kimkolwiek więcej słów.
Właśnie ją dostała i nie zamierzała puszczać.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Podziemna Arena Walk   

Powrót do góry Go down
 
Podziemna Arena Walk
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: