IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Błonia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieBłonia   Sob Lip 16 2016, 14:00

Błonia

Błonia to nieduży i pagórzasty teren, na którym znajdzie się miejsce dla każdego. Kilkadziesiąt lat temu niewielka część lasu została wykarczowana. Dziś uczniowie z niespożytą dawką energii podczas zimy organizują wielkie bitwy śnieżne, latem zaś odpoczywając i słuchając spokojnego szumu wiatru, urządzają pikniki. Brak zdradzieckich kamieni oraz wystających gałęzi sprawia, że studenci często spacerują trawnikiem, przyglądając się niebu i rówieśnikom.
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Pią Sie 12 2016, 22:58

Tańczę cichutko. Nie pozostawiam śladów. Wtapiam się w wiatr i we mgłę, i w zawiłe loty ptaków, których skrzydła górują nade mną, jakby wabione dzwoneczkiem. Dzwoneczkiem na mojej szyi. Małym, wydającym urocze i niezbyt zgrabne brzmienie. Zawsze kiedy je słyszę, wydaje mi się, że gdyby było materialne, byłoby słodkie i do zjedzenia. I wyglądałoby prawie tak niezgrabnie jak brzmi, i jak ja wyglądam teraz. Kiedy tańczę cichutko. Kiedy nie pozostawiam śladów.
Berta z dzwoneczkiem na szyi.
Z łańcuszkiem układającym się w pojedynczą falę na obojczyku. Poruszającym się spokojnie i płynnie, kiedy oddycham. Z włosami w niego wplątanymi. Włosami na gołych ramionach.
Tańczę cichutko, stawiając drobne kroki po ścieżce, którą zasypują liście. Wiruję płynnie, blond kosmyki obejmują moją talię, kiedy zataczam beztrosko trzecie koło. Unoszę dłonie do słońca. A kiedy tak patrzę i zderzam się z promieniami, które ozłacają moją bladą cerę i nieznośnie roztargane włosy, i kiedy tak ogrzewają moje ciało, uświadamiam sobie, że miłość do nich- która tak wyrywa się z mojej piersi w westchnieniach, które stały się ciężkie od narzuconego tempa- bardzo boli. I chociaż moje brązowe oczy rozbłysły jasno, musiałam odwrócić wzrok. Skuliłam się, chowając głowę w ramionach i zaciskając mocno powieki. Starałam się pozbyć uciążliwego uczucia spowodowanego patrzeniem prosto w słońce. Wiem, że kiedy znów spojrzę przed siebie, świetlisty duch będzie jeszcze wszędzie widoczny. Tak ciężko się z nim rozstać.
Zwłaszcza, kiedy myśl o nim sprawia, że nie czuję zimna. W kwiecistej sukience z odkrytymi ramionami. W ciężkich, skórzanych butach.
Z dzwoneczkiem na szyi.
Oglądam się za siebie. Daleko zaszłam. I chociaż patrzę na gęsią skórkę okrywającą moje ciało, i czuję, że powinnam wracać, pędzę dalej. Nogi rwą się do przodu w podskokach. Dzisiaj pokochały tańczyć.
Dzień ten pełen jest miłości.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Pon Sie 15 2016, 00:04

Tylko się przewietrzę, tylko trochę się dotlenię. Kłamstwo ubrane w piękne słowa, w troskę o własne zdrowie, o wiedzę, która lepiej będzie wchodziła, gdy mózg zakosztuje nieco więcej świeżego powietrza, kiedy krew zacznie szybciej przepływać przez żyły. Pod pachą wepchnięte ma niewielkie, płaskie zawiniątko, owinięte w paskudny, pomarańczowy papier z florystycznymi motywami, który często widywał w najtańszych, zapuszczonych orszańskich kwiaciarniach, a którym swojego czasu ciotka wypełniała brakujące strony w książkach, byleby w bibliotece na pierwszy rzut oka nie zorientowano się, że zostały powyrywane. Zawartość grzechoce niezachęcająco; już wie, co znajdzie w środku, zapach czekolady przenika przez zabezpieczające go papierowe warstwy, przez całą drogę przyprawiając Łaurysza o mdłości. Nawet podmuchy chłodnego, przesiąkniętego wilgocią i gnijącymi liśćmi powietrza na niewiele się zdają.
(to tylko twoje uprzedzenia, zagraj z nimi.
wygraj.)
Najgorsze to się przemóc. Potem jest już lepiej, kolejne czekoladki znikają szybciej niż powinny, jakby kilkuletni niedobór słodyczy chciał zostać zaspokojony tak prędko, jak tylko można. Teraz niedobrze zaczyna mu być od ich nadmiaru. Intensywnie słodki posmak wciąż drażni podniebienie, a owocowe nuty nadzienia błądzą jeszcze między zębami. Mimo to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie ma zimna, nie ma targającego szatami wiatru, nie ma zbyt jasnych promieni słońca, będącego już na tyle nisko, by zawsze, niezależnie od pory dnia, oślepiać przebywających na polu ludzi. Słodycz leniwie rozlewa się arteriami żył, przyjemnie krępując mięśnie, zagłuszając zbyt głośne myśli, podpowiadając szemrzącym jesiennymi liśćmi głosem, którędy podążać, za czym się oglądać, czego wypatrywać, odciążając głowę od tego jednego, nieprzerwanie trwającego zadania. Widzisz, hej ty tam!, widzisz jak cały świat zaczął być lżejszy? Czujesz zdjęty z ramion ciężar? Na pewno, pozwalasz przecież, by i one cieszyły się resztką słońca, ostatniego pewnie tak przyjemnego na następnych kilka miesięcy.
Podbiega do Berty, wabiony dźwiękami dzwoneczka; podążając za nią w milczeniu ślepo, jak za flecistą z Hameln. Mogłaby go wywieść w pole, porzucić w leśnych ostępach, oddać rusałkom w darze – na pewno rade byłyby skosztować wilkołaczej krwi – nie sprzeciwiłby się niczemu. Nie widzi w tym niczego złego.
- Mogłabyś swoim pięknem zawstydzić gwiazdy.
(ależ z ciebie romantyk.)
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Pon Sie 15 2016, 10:53

Ktoś zakłóca spokój.
Spokój, w którego łaski wkupiłam się tańcem i dzwoneczkiem. Ciepłym zapachem frezji- delikatnych perfum, które gładko osiadły i wtopiły się w skórę. Moim własnym zapachem, zmieszanym z wiatrem i słońcem, i lecącymi nad nami skrzydłami. Wyczuwalnym zapachem kaszmiru, który pozostał gdzieś, wchłonięty przez dłonie, kiedy kąpałam Mefistofelesa.
I wonią wilgotnych, gnijących liści, która pędzi za mną, obudzona biegnącymi po niej stopami.
Ktoś zakłóca spokój, podbiega i patrzy dużymi oczami- których mogłabym się wystraszyć, gdyby nie fakt, że ich groźną naturę otacza przyjemna, gładka buzia. Słyszę jego słowa i przez chwilę patrzę, wytrącona z rytmu, w bezruchu. I wybucham śmiechem. Dziecięcym, pociesznym, głośnym śmiechem.
-Okej, jasne- mówię przez rozbawione żartem usta, których nie sposób uchronić od uśmiechu. Zabawne. Spuszczam wzrok. Chcę, żeby włosy opadały mi teraz na twarz, ramiona- i żebym czuła się pod ich kurtyną bezpieczna. -Miło było cię spotkać...-ciągnę i zastanawiam się, czy znam tego chłopca, teraz tak upiornie wpatrzonego we mnie. I chociaż po głowie chodzą miliony imion, żadnego nie potrafię dopasować, chociaż wydaje mi się, że to właściwe mam na końcu języka. Odwracam się asekuracyjnie i rzucam jeszcze spojrzenie na czekoladę w kącikach jego ust. Urocze stworzenie.
I wtedy przybiega pies. Czarny pudel w kolorowej obroży. Mój pies, który wcześniej pogonił gdzieś za szmerem i ciągle pozostawał kawałek ode mnie, czasami nawet poza zasięgiem wzroku. Trzymanie się nogi nigdy nie było jego mocną stroną. Podbiegł w podskokach, z mokrym podwoziem i pyskiem całym w ziemi. Spiorunowałam go wzrokiem. Zapach kaszmiru wczorajszej kąpieli uciekł gdzieś, teraz czuć było od niego tylko błotnistą woń mokrego psa. Zabiję. Zabiję! Niczego nie mogą już zmienić czerwone rumieńce na mojej zezłoszczonej twarzy.
Oddam psa w dobre ręce.
Przybiega w podskokach, z jęzorem na brodzie i merda ogonem, jakby chciał odwrócić tym uwagę od tego, jak wygląda. Zaraz jednak spogląda na chłopaka i szczeka, chowając się jednocześnie za mną. Bohater! Ale mimo złości wymieszanej z zażenowaniem i rezygnacją, czuję, że coś jest nie tak.
-...ale powinnam wracać. Wiesz, daleko zaszłam od domu -kończę myśl, speszona całą tą sytuacją, trochę wystraszona słowami usłyszanymi od człowieka, który zjawia się tak nagle i patrzy wygłodniałym wzrokiem, jaki znam- jaki towarzyszy Mefowi zawsze, kiedy szykuję śniadanie.


Ostatnio zmieniony przez Berta Sikvdili dnia Czw Wrz 15 2016, 22:24, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Pon Sie 15 2016, 21:12

O bogowie, widzieliście kiedykolwiek tak urocze, tak rozkoszne stworzenie? Miejcie go w swojej opiece, bo zaiste wygłodniały ma wzrok, spojrzeniem prześlizgując się od jednego bertowego ramienia po drugie, próbując spamiętać ułożenie każdego kosmyka jasnych włosów, powiewających na wietrze niczym sztandary chwały i jego upadku. Gdyby tylko zdawał sobie sprawę z tego, jak niekomfortowo musi się przy nim czuć, w jak ogromne zakłopotanie ją wprawia, o ile stresu już zdążył przyprawić, ukorzyłby się zaraz, gorąco prosząc o przebaczenie. Lecz nie słyszy jej szybszego bicia serca (a może jednak? może masz nadzieję, że również twoje nieokiełznane uczucia odwzajemnia? ha! która by chciała!), bo jego własne dudni mu w piersi głośno i natarczywie, niczym więziony w klatce ptak wciąż silnymi skrzydłami chaotycznie domagając się wolności. Wszystko wokół również cichnie, uprzejmie stając się zaledwie delikatnym tłem rozgrywającej się sceny: jakby przyroda wyczuwała podniosłość trwającej chwili i całą sobą pragnęła jej sprzyjać. Cały świat mu wszakże kibicuje, inaczej nie zesłałby na ziemię samej bogini.
Nawet gdy pojawia się jej obrońca, zaciekle chcąc walczyć o bezpieczeństwo i honor swej pani, Łaurysz nie zraża się niczym, krok za krokiem podchodząc coraz bliżej, coraz bardziej górując nad znacznie mniejszą rozmówczynią. Wciąż uśmiechając się, zupełnie jak nie on, z oczami, w których dotychczas nigdy tak wiele uwielbienia nie dało się dostrzec, z dłońmi wolno wysuwającymi się do przodu, w których postukują głucho psie przysmaki – pozostałości po durnym żarcie Twardowskiego, gdy na jednych z zeszłotygodniowych zajęć każdy wyraźnie mógł usłyszeć konsekwencje braku spożytego rano śniadania.
- Co za wspaniałe psisko! – Zwierzęciem zachwyca się stosunkowo krótko, próbując – bez rezultatu – wkupić się w jego łaski podsuwanymi smakołykami. – To twoje, prawda? Tylko ty mogłabyś tak fantastycznie zadbać o zwierzęta. Musisz być ulubienicą Simargła, tyle boskiego daru w tobie drzemie! – Zachwytów nie ma końca, końca mogłaby nie mieć również dróżka, którą wolno maszerują – ona starając się znaleźć jak najdalej niego, on nie myśląc odstawać od niej choćby o krok. – Na mordę Czarnoboga, nie jest ci chyba zimno, aniele? – Nuta strachu, wyraźnie słyszalna w jego głosie, zaraz nakazuje mu rozpiąć szatę i, nie czekając na przyzwolenie, narzucić ją Bercie na przemarznięte, naznaczone gęsią skórką ramiona.
(ten sam strach każe ci także przemilczeć własne imię? nie usłuchać głośno wyartykułowanej prośby o odprowadzenie pod szkolne bramy?)
(obojeście daleko od domu.)
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Sro Sie 17 2016, 14:37

Daleko jestem od miejsc i ludzi, przy których wiem, że wszystko jest w porządku.
Bo teraz mam lekkie wątpliwości. Gdyby ktoś mógł poklepać mnie po ramieniu albo chociaż spojrzeć uspokajająco. Ale jestem tylko ja, nieswojo nerwowy Mefistofeles i On. Człowiek z wilczym apetytem, którego zachowanie blokuje swobodę.
Zastanawiam się, gdzie przebywa teraz Soso i czy jestem zbyt daleko, żeby mógł usłyszeć moją wołającą o wsparcie melodię, którą rzucam cicho na wiatr, mając nadzieje, że gdzieś tam jest i słyszy. Ptaki uparcie krążą w miejscu, przysiadając co chwilę na drodze, jakby bawiły się w ganianego z naszymi posuwającymi się naprzód krokami. Nie wyglądają na chętnych do przekazania wiadomości. Patrzą mi prosto w oczy i kraczą szyderczo.
Radź sobie sama.
Spoglądam z nieskrywanym zaskoczeniem, kiedy Mef zgarnia pierwszy w swoim życiu komplement wypowiedziany tak zachwyconym tonem. Wyciągam rękę wzdłuż nogi i pstrykam dwukrotnie, a czarny pysk znajduje się zaraz przy niej, więc głaszczę go, omijając wilgotne jeszcze błoto. Zastanawiam się, co wspaniałego może być w stworzeniu, które rujnuje moją cierpliwość i święty spokój. Uśmiecham się jednak i dziękuję. Wyciągam rękę w stronę smakołyków i chwytam jeden, jednak patrzę na chłopaka, zanim zabiorę go z dłoni. Dużej dłoni, w której moje drobne, zmarznięte palce mogłyby schować się prawie całe, gdybym dobrze je ułożyła.
-Może ja spróbuję?- pytam i jeśli nie spotykam sprzeciwu, częstuję pudla, który spogląda i niepewnie obwąchuje przysmak, który zaraz zdaje się połknąć w całości. Chcę, aby Laurysz spróbował raz jeszcze, on jednak zasypuje mnie kolejną manierą, której nie jestem pewna, czy rozumiem do końca. -Huh?- z powątpiewaniem spoglądam to na psa, to na chłopaka i zaczynam mieć małe wątpliwości co do trzeźwości wypowiadanych przez niego słów.
-Wszystko z Tobą w porządku? Dobrze się czujesz?- pytam i przykładam dłoń do jego czoła, potem do policzka, jednak nie wydaje mi się, żeby miał gorączkę. Odsuwam się więc znowu, tak wydaje mi się bezpieczniej, chociaż widzę, że na niewiele się to zdaje. W zamian za dotyk zimnych dłoni dostaję przykrycie. Narzucone, pod którego nagłym ciężarem i niespodziewanym dotykiem uginam się lekko. Teraz czuję, że obecność Laurysza została przypieczętowana. Wzdycham więc, godząc się z losem, którego kiepskie poczucie humoru zawsze wplątuje mnie w dziwne sytuacje.
-W porządku...- mamroczę pod nosem. -Wiesz, mógłbyś mówić do mnie Berta, zamiast... jakkolwiek inaczej- łagodnie ustalam granicę, spoglądając na niego tylko przelotnie i zastanawiam się, dlaczego droga powrotna wydaje się dłuższa.
Gdybyśmy byli na szkolnym korytarzu, pewnie rozbawiłby mnie- tak nieporadny i gwałtowny jest w swoim zachowaniu. Polubiłabym go i czerpałabym z jego wyobraźni- widzę, że otacza go ogromna. Może akurat szłabym z kimś znajomym. On przyłączyłby się do nas i śmielibyśmy się z jego wielkich oczu, które tak chłonęły wszystko i lśniły- kiedy patrzyły na mnie takim ogromem uczuć i podekscytowaniem, kiedy nie wiem czy mnie uwodzi, czy próbuje zabić.


Ostatnio zmieniony przez Berta Sikvdili dnia Czw Wrz 15 2016, 22:23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Pią Sie 19 2016, 17:59

Zbyt gorliwie kiwa głową na jej propozycję, w drobną, chłodną dłoń wsuwając jeszcze kilka kruchych przekąsek więcej, byleby miała więcej zabawy, by przekazała temu futrzakowi, że wcale nie musi się go obawiać, by sama przestała się tak dystansować. Jasne włosy rozsypują mu się po twarzy, kilka kosmyków wpada do oczu, szczypiąc je nieprzyjemnie i przysłaniając tak pożądany widok, więc w dość gwałtownym geście, jakby oganiał się od natrętnych owadów latem buczących hipnotycznie przy uchu, odgarnia je ramieniem. Może powinien je wreszcie ściąć – odrobinę podciąć – by już więcej tak nie przeszkadzały. Może gdyby poprosił Bertę, w akcie nieopuszczającego ją miłosierdzia na jeden wieczór stałaby się fryzjerką? Łaskawie skracając jego męki, przy metalicznym dźwięku nożyczek i akompaniującemu mu trzaskowi drew w kominku, zaprowadziłaby nowy porządek, po wszystkim otrzymując kilka nowych tytułów: Wyzwolicielki, Zbawczyni…
(doprawdy, daruj sobie.)
(tik-tak, tik-tak,
czas ucieka.)
Pozostałe w pudełku czekoladki, schowane w wewnętrznej kieszeni bluzy, nie doczekają powrotu w zamkowe mury. Gorąc bijący z serca, którym tak szalenie chciałby podzielić się z tym objawieniem, roztopi je szybciej niż zdąży cokolwiek więcej z nimi zrobić. Nie tam powinna sprawdzać mu gorączkę; jesienny, wieczorny chłód wystarczająco maskuje to, co dzieje się wewnątrz. Gdyby więcej miał odwagi; gdyby tak nie przytłoczył go jej dotyk – zupełnie inny od tego, którym obdarowuje go Tundra (o niej mógłbyś pomyśleć, ku niej się zwrócić z każdą prośbą, spełniłaby je wszystkie, gnojku.), zbyt bojaźliwy, pozbawiony ciepła emocji – kazałby filigranową dłoń przyłożyć do piersi, palcami zbadać język, solennie przyrzekając nie kłapania zębami. Dla jej bezpieczeństwa wyzbyłby się księżycowej klątwy, jakkolwiek miałoby to być bolesne, jak długo miałoby to zająć i ile sił oraz środków pochłonąć. Poza bertowym szczęściem nic więcej nie miałoby znaczenia. Jak teraz nie ma znaczenia to, że wciąż jeszcze nie jest w stanie zrozumieć; że tak oszałamia ją to, co zesłali im bogowie; że podmuchy wiatru wkradają się między nitki ubrania, chłoszcząc chowające się pod nimi ciało.
(wystarczy wmówić sobie, że targają tobą dreszcze podmiecenia? śmieszny jesteś.)
- Nigdy nie było ze mną lepiej! – zapewnia ją gorliwie, choć sam nie jest pewny własnych słów. Bo czy na pewno tak upojny stan uznać można za „w porządku”? Czy, gdy zniknie mu z oczu, kryjąc się w bezpiecznych ścianach dziewczęcych komnat, nie będzie usychał za nią z tęsknoty, a serce nie pęknie mu z żalu na tę krótką, lecz bolesną rozłąkę? Jednak ile radości znów weń się wleje, kiedy rankiem ujrzy jej twarz okoloną złotą aureolą włosów, gdzie pojedyncze, niesforne kosmyki po burzliwej nocy nie zdążyły wrócić na swoje miejsca. – Tak, tak, dobrze, tak jest, Berto! – Wypowiadając jej imię ma wrażenie, jakby jeszcze bardziej przybliżył się do tej boskiej istoty, choć w odbywanym przez nic marszu wciąż i wciąż stara się podążać o krok, dwa przed nim, jak rusałka mącąc mu w głowie, prowadząc na polanę, by zatańczyć na śmierć. Dla niej umierać mógłby przez wieczność. – Wybacz ten brak ogłady z mojej strony, zbyt oszołomiony jestem twoimi wdziękami, by spytać, jak pragniesz być nazwaną i samemu co się przedstawić. Łaurysz Tarsiuk, do twojej dyspozycji.
Podobno zdradzenie swojego imienia to dobrowolne oddanie się w ręce drugiego człowieka. Berta może więc poszczycić się nowym sługą.
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Sob Sie 20 2016, 16:08

Czuję, że zimno ustępuje. Nakrycie, które opadło na moje ramiona- z początku niechciane- stało się przyjemne. Łaskotało, przemieniało gęsią skórkę w ciepłe dreszcze, które przywracały moim ramionom gładkość. Jedną ręką przytrzymałam szatę, drugą chwyciłam za włosy i wyciągnęłam je spod niej, aby zaraz zwinąć w rulonik i gładko opuścić. Były zmierzwione na wietrze, poplątały się- nieznaczenie, jednak wystarczająco, aby utracić miękkość i sypkość. Nie lubię ich takich, chociaż wiem, że teraz dobrze wyglądają- kiedy światło przebija się bez trudu przez odstające z mojej głowy, pojedyncze włoski, które skromnie oderwały się od reszty.
Jest mi ciepło. Dopiero teraz poznaję różnicę i cieszę się- naprawdę się cieszę- że Laurysz zdobył się na gest. Zaciskam mocniej materiał, jednocześnie czując, że napięcie opada. Teraz mogę bez strachu- przynajmniej tak mi się wydaje- spojrzeć na chłopaka, bladego na tle ciemnej zieleni trawnika. I patrząc na niego zauważam kosmyki wpadające mu do oczu, i to, że gestem, którym je odgania, bardzo przypomina mi Beso. Uśmiecham się więc mimowolnie. Kąciki ust uciekają ku górze, a ja nie potrafię ich złapać i powstrzymać- powiedzieć, że wystarczy na dzisiaj. A wraz z tym skojarzeniem przychodzi troska, która każe mi martwić się o niego- chociaż przez ten czas, kiedy spacerujemy razem w stronę szkoły. Dopóki nie rozstaniemy się na korytarzu, gdzie oddam mu nakrycie, podziękuję i w pośpiechu ruszę do pokoju.
Martwię się więc, że teraz jemu doskwiera chłód. I bardzo nie chcę. Szukam więc, błądzę wzrokiem po każdym skrawku odkrytego ciała i dopiero teraz uświadamiam sobie, jak wysoki jest i jak bardzo mi to nie przeszkadza.
Być może robię to trochę nachalnie, być może to zauważa, ale nie peszy mnie to. Czuję, że skoro On zachowuje się dziwnie, mi też tak wolno. Razem z tą myślą przełamuję kolejną barierę, którą stworzyłam między nami, kiedy pojawił się tak i podbiegł nieoczekiwanie.
-LauRYZ- powtarzam i słyszę, że mam problem z wymową tego tak, jak brzmieć powinno. -Oh, cholera- komentuję i zdaję się pogodnieć, kiedy próbuję raz jeszcze. I chichoczę, kiedy język plącze się i wypowiada to imię z akcentem zupełnie niepodobnym do właściwego. Chociaż wedle reguł magii znajomość imienia zapewnia władzę nad tym, który je nosi, zupełnie oddaję hołd wolności, kiedy je wypowiadam.
Chcę zebrać słowa i skomentować jego pochlebstwa, jednak gubię i myśli, i język, kiedy próbuję otworzyć buzię, aby wydać jakikolwiek dźwięk. Nie traktuję tego zbyt poważnie, ale wciąż krępuje mnie sposób, w jaki dobiera i wypowiada wyrazy.


Ostatnio zmieniony przez Berta Sikvdili dnia Czw Wrz 15 2016, 22:23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Sob Sie 20 2016, 21:15

(a może jednak ci się poszczęści? może zdobyłbyś się na trochę więcej odwagi.)
(pokaż, że jesteś samcem alfa.)
Może i by mógł, może i powinien zawłaszczyć sobie ten uśmiech, którym obdarza go z tak rozczulającą niepewnością czającą się jeszcze w kącikach oczu, gdy spojrzenia, choć bardzo się stara – to widać! – nie jest jeszcze w stanie utrzymać na łauryszowej sylwetce wystarczająco długo, raz czy dwa uciekając nim nieco niżej, trochę w bok, byle nie krzyżować wzroku na niestosownie rozwlekły kawałek czasu. Może i mu się należy, za tę szatę, za towarzystwo, za każde wypowiedziane słowo i nakazywanie sercu bić szybciej i szybciej, tworząc melodię prawdziwej miłości – takiej, której nie otrzyma od nikogo więcej, bo nikt przecież nie będzie jej kochać tak bardzo, jak on. Nikt nie zrobi dla niej więcej, nikt bardziej się nie poświęci, nikomu bardziej nie będzie zależało, nikt nie wybierze się dla niej na kraniec świata, by przynieść jej promienie zachodzącego słońca zaklęte w kryształowych kroplach siedmiu oceanów. Za ten i każdy następny bertowy uśmiech. Od dziś po kres swoich dni. Wywalczenie właśnie zdobytej pozycji bez uciekania się do zastraszania i głupiego gadania okazuje się dużo przyjemniejsze niż kiedykolwiek by się spodziewał; smak zwycięstwa ma o wiele lepszy smak, nieprzesiąknięty goryczą i słonymi łzami. Anioł, Berta to prawdziwy anioł.
(a z ciebie jest pizda, nie mężczyzna.)
Bawi go, w ten najbardziej przyziemny sposób, jakby usłyszał właśnie świetny żart, jak nieporadnie wypowiada jego imię, jak stara się, by zabrzmiało tak, jak wypowiedział je on. W dwóch długich susach znajduje się przed nią, kolejne kroki stawiając tyłem, nawet nie oglądając się za siebie, na drogę, cóż w końcu może czaić się w trawach, jak wielkie kamienie musiałyby leżeć na ścieżce, by nie potrafił wystarczająco wysoko unieść tych patykowatych nóg. Natura jest mu łaskawa, od zawsze, na zawsze. Oddany jej – w tej chwili już nie tak bardzo, wciąż jednak wystarczająco, by wkupić się w jej łaski – bez lęku może kroczyć przed Bertą, badać dla niej powoli zaczynającą niknąć w wieczornym mroku dróżkę, zaś przede wszystkim zwyczajnie nie spuszczać jej z oka, spijać z jej twarzy każde słowo, zapamiętywać, jak układa wargi przy wypowiadaniu każdej z liter jego imienia, jak marszczy brwi, gdy znów nie wychodzi to tak, jak powinno brzmieć.
- Łau-rysz – podpowiada uprzejmie, sylaby wypowiadając ostrożnie, wyraźnie, by wszystko usłyszała, by zapamiętała, jak dźwięczą na końcu języka, drgając jeszcze chwilę na wargach, nim ostatecznie porwie je wiatr przeszłości. – To trochę jak szczeknięcie – dodaje jeszcze, gdy wzrokiem ślizga się po dziewczęcych nogach, przy których wiernie maszeruje pies.
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Nie Sie 28 2016, 16:44

I gdybym tylko wiedziała, jak piękne są twoje myśli, i jak bardzo serce moje wzdycha do takiej miłości, którą teraz czujesz, a której nigdy bym się nie spodziewała. Wydawała się tak bajkowa i nierealna.
Gdybym tylko wiedziała, mają twarz rozpaliłby rumieniec, a oczy zabłysłyby szczęściem- takim, którego jeszcze nigdy nie doznałam i obawiam się, że nigdy nie doznam.
Gdybym tylko wiedziała, mogłabym wreszcie stanąć na ziemi pewnie, nie musiałabym biec, podskakiwać i tańczyć, próbując odlecieć. Mogłabym stanąć na ziemi pewnie, tak jak nigdy mi się nie zdarzyło. Poczułabym jej bicie serca, tętniące życie, wodę przepływającą czysto, rosnące korzenie i sypkość, i wilgotność. I mogłabym oddychać tym samym powietrzem co inni.
Gdybym tylko wiedziała, mogłabym przestać płakać ze smutku, który w sobie mam, a którego źródła nie potrafię zrozumieć.
Mogłabym poczuć się zdrowa i nie bałabym się gorączki.
Gdybym tylko wiedziała... co mogłoby to zmienić? Czy moglibyśmy tak darzyć się uczuciem, beztrosko-jak teraz? Pełna jestem obaw, że nie potrafiłabym pokochać tak bardzo.
To takie bajkowe i nierealne- kochać.
I, czy gdybym teraz dotknęła Łauryszowej twarzy, nie zostawiłabym blizn? Moja ręka, czy jest wystarczająco czysta i delikatna, żeby dotknąć jego bladego policzka? Pełna jestem obaw, że tak patrząc na mnie, tworzy na mój temat wyobrażenia, którym nie jestem w stanie sprostać.
Tak bardzo się boję, że go rozczaruję.
A nawet go nie znam.
To uczucie przyszło tak nagle. Mój oddech przyśpiesza, a klatka piersiowa porusza się ciężko, z trudem łapiąc powietrze. Czuję, że wpadam w panikę. Chcę szybko znaleźć się w moim pokoju. Zamkniętym, pachnącym drewnem.
Szkoła już niedaleko. Spokojnie.
Na siłę wywołuję wspomnienia. Kiedy padał silny deszcz, a ja siedziałam na drzewie i bardzo bałam się zejść. Ptaki skakały po gałęziach, trzepotały skrzydłami, a mi kolory mieniły się w oczach. Widziałam długie rzędy winorośli, które prowadziły do domu, który zniknął gdzieś w strugach deszczu i tylko czasami przebłyskiwały żółte światła. Miałam wrażenie, że cofa się, ucieka przede mną- a kiedy przestanie padać, obudzę się tak daleko od niego, że nie będę w stanie wrócić. Nie mogłam złapać oddechu- jak zawsze, kiedy wpadam w panikę. Wtedy poczułam zimne, mokre palce, które ułożyły się spokojnie na moim ramieniu, zaraz przesuwając na szyję, a potem na tył głowy, aby złapać ją pewnie. Otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz Soso, z której deszcz zmywał kurz i teraz tworzył smugi, jakby ciemne łzy. Z jego długich włosów ściekały krople.
Kap, kap. Jedna po drugiej.
Był tak blisko, że czułam na sobie jego oddech. Uśmiechnął się- a spokój, jaki zobaczyłam w jego oczach, uderzył mnie z siłą tak oszałamiającą, że już niczego się nie bałam. Nie chciałam już nawet wracać do domu. Siedzieliśmy i patrzyliśmy na deszcz, który teraz wydał mi się ciepły. Czasami, kiedy wytężyłam słuch wystarczająco dobrze, słyszałam, jak śpiewa.
Smutną balladę o miłości, która wybrała się na koniec świata, by przynieść promienie zachodzącego słońca zaklęte w kryształowych kroplach siedmiu oceanów.
Pozwalam, aby mrugnięcia były dłuższe, abym przez tę chwilkę, kiedy powieki opadają, mogła wyobrazić sobie jeszcze raz tę chwilę, ten wzrok, który nawet teraz dodaje mi pewności, że nic na tym świecie nie jest w stanie mnie skrzywdzić.
-Szczeknięcie?- pytam i wydaje mi się to niedorzeczne do tego stopnia, że znów zaczynam się śmiać i z tym uśmiechem zawieszam wzrok na chłopaku. -Łau-rysz- powtarzam z pełnym skupieniem na twarzy. Odczekuję chwilę, jednak nie mogę długo powstrzymywać uczucia, które wypełnia mnie, kiedy uświadamiam sobie, że wypowiedziałam to dobrze.
-Łau-rysz, tak? Udało mi się?!- podskakuję jak dziecko i splatam dłonie, przykładając je do piersi. I chociaż to tylko poprawne wypowiedzenie imienia, czuję dumę.
Jak dziecko.
-Dziwne masz imię bardzo -stwierdzam, wciąż uśmiechnięta -Podoba mi się. Gdzie na świecie tak nazywają dzieci?
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Sro Wrz 07 2016, 14:08

Gdybyś wiedziała, Berto, co prowokuje te myśli łauryszowe, serce by ci pękło z żalu, że nie ma w nich ani krztyny prawdy. Gdybyś zdawała sobie sprawę z tego, że już rankiem pewnie nawet nie będzie cię kojarzył, nie przypomni sobie twojego imienia ani twoich prób wypowiedzenia poprawnie tego należącego do niego, zapłakałabyś bardziej niż kiedykolwiek. Gdybyś wiedziała, Berto, poszczułabyś go swoim psem, zostawiła samego na tej drodze i, ile tchu w piersi, popędziła samotnie w stronę Akademii, nawet nie oglądając się za siebie, bo on nie jest wart choćby przelotnego spojrzenia twoich oczu przepełnionych miłością czystszą niż jakakolwiek, ustępującą jedynie miłości matczynej. Gdybyś tylko wiedziała.
Ale Berta nie wie. Łaurysz zresztą też nie zdaje sobie sprawy z tego, w jak fatalnym położeniu się znajduje, bo uczucie, jakim tak gwałtownie obdarzył Sikvdili nie słabnie ani na moment, co rusz tworząc w chłopięcej głowie wizje wspaniałej, wspólnie spędzanej przyszłości. Wyobraźnia podpowiada scenariusze tak irracjonalne, że nie sposób im się nie poddać, chcąc w życiu zrobić im jak najwięcej miejsca. Bo przecież na to zasługuje. Berta, oczywiście. Na wszystko co dobre, piękne i czyste. Na długie, wieczorne spacery wzdłuż rzędów młodych winorośli. Na popołudniowe, bezkarne odpoczynki w bujanym fotelu na ganku, gdzie ze słońcem wchodziłaby w komitywę, by nigdy nie kazało jej na siebie zbyt długo czekać. Na śniadania przynoszone do łóżka i na kameralne kolacje w najbardziej niezwykłych zakątkach świata. I na wszystkie drobne niespodzianki. Bukieciki ze stokrotek i maków. Pocałunki za każdy uśmiech i za te chwile, gdy go brak. Ogromne opakowanie lodów malinowych. Długie kąpiele z ulubioną książką. Karmnik dla ptaków na parapecie kuchennego okna.
(nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, nikomu nie jesteś w stanie dać nic poza rozczarowaniem.)
Uśmiecha się szeroko, gorliwie przytakując jej głową, gdy kolejna próba przyniosła w miarę poprawny efekt. Już jest tak blisko, bliziutko, wiedział, że jej się uda, jest w końcu taka zdolna, tyle w niej talentów pewnie drzemie, wciąż nieodkrytych! Dalej, dalej, spróbuj raz jeszcze. Bezgłośnie wypowiada własne imię, wspomagając ją, bardziej chcąc pomóc, by wreszcie, gdy dwie sylaby tworzą właściwą całość, klaszcze w dłonie, zaraz wyrzucając je do przodu i z triumfalnym uśmiechem, jakby to jemu udało się dopiąć celu, wskazując na Bertę.
- Pewnie, że się udało! I to z jaką klasą! – przyznaje jej rację tonem, w którym zbyt wiele jest dumy jak na zwyczajne nauczenie się poprawnego wypowiadania imienia szkolnego kolegi. (mógłbyś już przestać, to zaczyna być męczące, nie czujesz? nie widzisz? wiesz dobrze, że nawet najbardziej cierpliwe osoby mają granice wytrzymałości, nie chcesz chyba, by te bertowe pękły? przecież to by zniszczyło twoją królewnę.) I kontynuowałby to uwielbianie z wciąż rosnącą dumą i zachwytem, z niegasnącą ani na chwilę radością w oczach, gdyby nie kolejne pytanie, tak niewinne przecież, takie normalne. Oczy jednak momentalnie zachodzą mu mgłą, brutalnie gasząc przepełniające go szczęście i wcale nie rozumie dlaczego, co właściwie się dzieje. Spuszcza tylko głowę – jaki niesamowity aktor! – jakby w wyrazie zawstydzenia sprezentowanym mu komplementem, wzruszając nieznacznie ramionami. – Na Białorusi – odpowiada krótko, dłonie wsadzając w kieszenie spodni, głęboko, jakby chciał nimi dogrzebać się do ziemi. Uśmiechowi wciąż pozwala błąkać się na ustach, to wszakże całkiem miły wieczór. Z tak piękną dziewczyną!
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Nie Wrz 18 2016, 17:50

Czy po miłości może nie zostać ani śladu?
Nie wtedy, kiedy próbujemy i odkrywamy, bo nie znamy jeszcze snów, które przyśnić mogą się tylko, kiedy leżymy obok siebie.
Nie wtedy, kiedy miłość jest tylko przyzwyczajeniem i strachem, że szczęście więcej się nie uśmiechnie i pozostaniemy sami- dlatego nie wypuszczamy jej z rąk, męcząc się wzajemnie.
Nie wtedy, kiedy ognista wypala się i zjada samą siebie, a wszelkie iskry, które jeszcze zachowały się ostatkiem sił walcząc, zostają zalane strumieniem łez.
Ale wtedy, kiedy dotyczy mnie i Łaurysza. Pod postacią niewinnej, nie potrafiącej jeszcze mówić i czynić zbyt wiele, młodej i nieodkrytej. Czy może zniknąć? Teraz, kiedy nie miała szansy uśmiechnąć się szeroko- a tylko przelotnie dając znać o możliwości swojego zaistnienia?
Szafarko trosk i radości! Czym jestem dla Ciebie? Bawiąc się mną i wystawiając na próbę- czy nie pokazujesz swojego złego oblicza? Jak możesz je mieć, kiedy nawet ja nie mam.
I gdybym wiedziała, poszczułabym go psem i popędziła ile tchu w piersi. I wciąż byłabym szczęśliwa. Nawet bez tych spacerów, podczas których łapałabym go za dłoń i chowała ją do dużej kieszeni swojej bluzy, żeby nie zmarzła; bez bujania się w fotelu na jego kolanach, kiedy śpiewałabym mu kołysanki i samymi opuszkami palców gładziła jasne włosy- a wszystko w ramach rekompensaty za nieprzespaną noc; bez tych śniadań przepełnionych fascynacją herbatami, którą bym go zaraziła i bez tych kolacji, kiedy kradłabym mu z talerza. I bez tych bukietów, na których ususzone stosy nie starczałoby mi miejsca, i bez tych pocałunków słodkich, których bym nie szczędziła. Nawet bez lodów malinowych i kąpieli z dużą ilością piany. I bez ptaszków zerkających prosto na nas i biorących okruszki z naszych splątanych w jedność dłoni.
Dobrze, że jego miłość minie wraz z jutrem. Gdyby trwała trochę dłużej, gdybym ujrzała go w progu mojego pokoju- gdybym ujrzała, jak jego ciemną sylwetkę otula świetlista powłoka żaróweczki tlącej się za nim... bez tego widoku na dobranoc mogłabym umierać z tęsknoty.
-Oh, ja jestem z Gruzji!- mówię przepełniona dumą, nawet zadzieram przy tym nos do góry i uśmiecham się jak dziecko, kiedy chwali się rodzicom dobrymi ocenami w szkole.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Pon Wrz 26 2016, 19:57

Gruzini już jakiś czas temu zapisali się w jego myślach z niesamowicie ciepłą nutą. Teoretycznie wciąż nie powinien mieć o tym bladego pojęcia, jednak nikomu, tak jak im, nie wychodzą tak znakomite wina i niektóre nalewki. Z nikim, tak jak z Tsisią, nie bawił się tak świetnie w teatr cieni. Nikt, tak jak Beso, nie umila swoim graniem wieczorów w salonie głównym chłopców. Do tych melodii nie umywają się żadne znane mu utwory. Z nikim też, jak tak teraz z Bertą, nie odbywał wcześniej przyjemniejszych spacerów. Nikomu, jak jej, nie udało się skraść mu serca – dotychczas to on wykradał je w bardziej lub mniej subtelny sposób. Kiedy zatem postanawia zdradzić mu, skąd pochodzi – choć przecież już się domyślał, wszak dziewczę nie może wyprzeć się podobieństwa do brata – to chyba te tak dobrze znane każdemu zakochanemu motyle dają o sobie znać, sprawiając że iść znowu zaczyna mu się nieco lepiej, prawie zapominając o tym dziwnym uczuciu wywołanym mglistym wspomnieniem o domu.
- Opowiedz mi o niej – prosi i trudno znaleźć w tych kilku słowach natarczywy, nieznoszący sprzeciwu ton, którym nieraz zbyt często zdarza mu się posługiwać w rozmowach z rówieśnikami. Jakby bycie tym, kim jest, czyniło go lepszym od większości osób, z którymi przychodzi mu przebywać – szczególnie z tymi, w żyłach których huczy szlachecka krew. – O tym, jakie są tam noce. O ziemiach, na których się wychowałaś. O roślinach. O ludziach, dzięki którym… – Urywa na chwilę, przegryzając wewnętrzną stronę policzka, jakby nie był pewny, czy powinien kontynuować pytanie. Zaraz jednak powraca do przerwanego wątku. – Którzy sprawiają, że miejsce, do którego wracasz możesz nazwać domem.
(beznadziejny z ciebie romantyk, mój drogi.)
Kończąc wypowiedź, w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że prosi o naprawdę wiele. Gros osób nie lubi opowiadać o sobie, o rzeczach dla nich ważnych nieznajomym, a przecież on wciąż się do nich zalicza. I wie, że zostanie w tej grupie na długo, bo zaufania nie zdobywa się z dnia na dzień – w tak ekspresowym tempie można je jedynie stracić. Mimo to nadzieja na podtrzymanie konwersacji jaśnieje słabym blaskiem w jej oczach, w których zaczyna odbijać się światło bijące z zamkowych okien. Koldovstoretz jest już na wyciągnięcie ręki. To ostatnia szansa na zaskarbienie sobie jeszcze odrobiny uwagi tego anioła, nim zmuszony zostanie do wypuszczenia go z rąk, licząc że dane mu będzie w najbliższej przyszłości spotkać go znów. Że to wcale nie sen, bo jeśli jednak – bliżej mu do koszmaru, choć jakże pięknego.
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Czw Paź 06 2016, 20:41

-Oh, Łau-rysz! Gruzja! - krzyczę, nie mogąc zahamować emocji, które zaczynają unosić pierś do lotu, kiedy tylko słyszę, że ktokolwiek ma ochotę na opowieści, które mogłyby zilustrować wszystkie te części śniące się po nocach w tęsknocie za domem. -Mieszkają tam wrażliwi, prości ludzie, którzy kochają przyrodę –mówię i przerywam na chwilę, ponieważ szeroki uśmiech nie pozwala mi wydobyć słowa. -U nas rolnik jest artystą, ponieważ uprawa ziemi to sztuka.
Wyobrażam sobie, jak ścieżka przede mną zamienia się w drogę, która prowadziła do domu. Nagle trawa staje się najzieleńsza, chmury najbłękitniej płyną wśród nieba, a każdy krzew zamienia się w winorośl, której owoce pachną dzieciństwem. Gruzini mają we krwi to, czym się zajmują. A praca nigdy nie staje się męcząca.
Wyobrażam sobie późne wieczory, kiedy tato siadał na ganku i czyścił buty tłumacząc, że mama nie wpuści go do domu z błotem. Ten jego uśmiech, kiedy popijał przy tym ciepły kompot, który mu przyniosłam. Zawsze tłumaczyłam, że może zostawić buty na zewnątrz, ale on kłócił się, że one też zarobiły sobie na szacunek i chwilę uwagi. Jest tak dobrym człowiekiem - wobec wszystkiego co posiada.
Wyobrażam sobie kolacje, podczas których wyglądałam przez ramię Beso siedzącego naprzeciwko i przez okno patrzyłam na światła samochodu opuszczającego podjazd. I kiedy zastanawiałam się, dlaczego fakt, że Soso nie został - chociaż zawsze był zaproszony - sprawił mi tyle zawodu. Czasami wydawało mi się, że Gruzini mają tęsknotę za domem zakodowaną tak głęboko, że nic nie jest w stanie powstrzymać ich od powrotu.
I to były jedyne zmartwienia, które dotykały mnie wśród idylli rodzinnych stron. Soso, który - chociaż od dziecka spędzał wśród nas większość dnia - ciągle wolał swój własny kąt. A mnie to tak bardzo przeszkadzało!
Oh, Łaurysz! Jeśli czujesz wobec mnie to, co mi zdarza się czuć do Licheliego - wiedz, że jesteś przeklęty.
-Bardzo dużo śpię, kiedy jestem w domu. Jest tam tak wiele świeżego powietrza i ciepłego słońca, i deszcze są tak cudowne! I woda! Tam herbata zawsze smakuje lepiej niż wszędzie indziej! Nigdzie nie odpoczniesz tak, jak na kanapie w salonie. I... - robię przerwę, aby nabrać powietrza i kiedy spotykam blady wzrok, uświadamiam sobie, że mówię trochę zbyt szybko.
-...Znaczy... Tak to wygląda w moim domu, ale wiesz... lubię myśleć, że to dotyczy wszystkich – dodaję i rzucam przelotne spojrzenie, które miało na celu usprawiedliwić fakt, że opowieść nie była zbyt obiektywna. Wzruszam ramionami i odgarniam włosy za ucho, a zaraz po tym kicham, zakrywając twarz w dłoniach, na które naciągnięte są rękawy. Raz, zaraz drugi. Oho! Przystaję na chwilę. Nie jestem pewna czy to już koniec, czy może czeka mnie długa seria zasmarkania szaty Tarsiuka. Robię się cała czerwona, jestem w stanie poczuć płomienie na moich policzkach. Już nie z przeziębienia, które znów zagląda przez okno i puka w szybę, a ze wstydu. Unoszę wzrok, skruszona.
-Upiorę ją, obiecuję.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Sob Paź 15 2016, 07:41

Słucha uważnie, chłonąc każde słowo, które powierza mu w tej ciszy ich otaczającej, jakby było to najważniejsze, co może robić, jakby od tego, czy nie przeoczy żadnej sylaby zależało jak pomyślnie będzie mu się wiodło dalej w życiu. A słów tych jest tak wiele. Gdyby istniała możliwość, najchętniej zatopiłby się w nich cały od stóp po głowę, pozwalając, by pojedyncze kosmyki – każdy z włosków na ciele – na wskroś przesiąkły bertową opowieścią; by lepiły się od słodyczy jej głosu. Dom, który przed nim maluje jest tak inny od tego, w którym przyszło mu mieszkać za dzieciaka, inny jest niż ten, w którym mieszka teraz. Nawet Koldovstoretz, miejsce które również domem powinien nazwać, niewiele ma wspólnego z tym, co znane jest jej. I to chyba zazdrość zaczyna niedyskretnie podszczypywać go w tył głowy, chociaż pojęcia nie ma dlaczego, tu nie ma wszak o co być zazdrosnym. To szczęście, że jej tak wspaniale się układa i układać powinno dalej. Takiej dziewczynie nieba przychylić to wciąż za mało, oddanie całego swojego świata to niewystarczająca cena za jeden jej uśmiech, za spojrzenie! Ciężko będzie mu jednak świat swój oddać, skoro w tej chwili to Berta jest tym światem, a jej przecież pozbywać się nie ma zamiaru, z nikim nie będzie jej tak dobrze jak z nim. Samolubnie, egoistycznie zawłaszczyć by ją chciał dla siebie tylko.
(jak prawdziwy samiec alfa, wrrr.)
- Nooo… Nie bez przyczyny mówi się, że nigdzie nie jest tak dobrze, jak w domu. Ale to nie reguła, Berto. Dom to nie miejsce samo w sobie, to ludzie i rzeczy, które czynią nas szczęśliwymi – przedstawia jej swój punkt widzenia, chcąc utwierdzić dziewczę w przekonaniu, że wszystko, co powiedziała jest jak najbardziej właściwie i takie spuszczanie wzroku nie powinno mieć miejsca. Zamiast tego w spojrzeniu znów winna znaleźć się duma – ta sama, z którą oznajmiała mu chwilę temu, skąd pochodzi. Ta sama, która gościła przelotnie w zapewnieniach o świeżym powietrzu, o cieple, o kanapie i herbacie, o deszczu, który mógłby i teraz spaść, by choć odrobinę ochłodzić mu tę gorącą głowę i myśli żarzące się jak węgielki, ogrzewane nieustannie bertową obecnością. Dumy jedna nie jest w stanie już dostrzec i prawie żałuje. Już-już miał na końcu języka historię o czekoladzie, która zawsze smakowała lepiej, gdy dostawał ją od babci niż wtedy, kiedy kupował ją sam, w porę jednak z odsieczą przyszła seria kichnięć zwalniając go z obowiązku zwierzania się. Na to będzie czas innym razem.
- Ach, daj spokój, kwiatuszku! To nic takiego, krasnoludki też muszą mieć coś do roboty! – bagatelizuje całą sprawę, machnąwszy na zdarzenie ręką. Każdemu się zdarza, to ta pora, kiedy przeziębienie nie chce dać człowiekowi spokoju. Te magiczne są jeszcze gorsze, potrafiąc ciągnąć się tygodniami. – Ale nie jest ci przypadkiem za zimno? – pyta z niepokojem, podchodząc bliżej i obejmując Bertę ramieniem.
Powrót do góry Go down
avatar


Ambrolauri, Gruzja

półkrwi

18 lat

IX klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Błonia   Czw Paź 20 2016, 21:04

Gdybyś tylko okazał się miłością tak wielką, jaką teraz odczuwasz, a ona byłaby trwała – jak jasne mogłoby być niebo i jak ciepły każdy poranek, którego śniegi przestałyby się liczyć? Wtedy właśnie, przez chwilę, mógłbyś samolubnie pomyśleć i uśmiechnąć się, czując jakąś ulgę, której nie potrafiłbyś zlokalizować do końca – dotyczyłaby całego ciała i wszystkiego, co jakkolwiek jest w stanie odczuwać – że zawłaszczyłeś mnie sobie, tak tylko dla siebie. A ja pozwoliłabym na to. Na ten krótki moment, żebyś mógł zaznać chwili, w której serce zabiło szybciej, że masz już wszystko i nie potrzeba Ci więcej.
A potem spojrzałabym prosto w Twoje oczy i zobaczyłbyś jak oddalam się – jak odlatuję. Macham skrzydełkami i uciekam, tak samo jak ptaszki, które karmiliśmy okruszkami w swojej wyobraźni.
Łaurysiu, nie jestem pewna... czy można posiadać kogoś, kto nigdy nie należał nawet do samego siebie, ciągle błądząc jak ostatni promyk słońca zagubiony wśród nocy?
Pozwoliłabym Ci pomyśleć, że można.
-Krasnoludki? - pytam z przerażeniem, a przy tym oczy wychodzą mi na wierzch, stając się wielkimi, drżącymi szkiełkami. Uświadamiam sobie jednak, że przytoczenie tych małych diablików (boję się o tym mówić, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś jest krasnoludkiem, musi być niebezpieczny) przez Łaurysza było czystym przypadkiem. Nie może przecież wiedzieć, że okropnie się ich boję. I zawsze straszono mnie nimi, kiedy byłam niegrzeczna i nie chciałam iść spać w porę, którą zalecali rodzice.
Nie może robić mi teraz na złość.
Nie może wiedzieć.
...A jeśli wie?
Gwałtownie przerzucam wzrok na chłopaka – który w mojej głowie jest już jak Jeździec Apokalipsy, a jego twarz stała się trupio blada. Mrużę oczy, podejrzliwie badam całe jego ciało i każdy ruch.
Co, jeśli zna jakiegoś krasnoludka?
Przygryzam dolną wargę. I wtedy - zdaje mi się - że widzę ten zdradziecki grymas na jego twarzy. I myślę, że go rozgryzłam. Ale on obejmuje mnie ramieniem i nagle czuję ukłucie tak wielkiej niemocy, że potykam się o własne nogi, kiedy kolana na moment uginają się do środka. Jestem w stanie wyczuć bicie jego serca – chociaż nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy to przypadkiem nie moje kołata się teraz, zapominając stron świata. Pozwolił, żebym na ten krótki moment mogła zaznać chwili, w której zabiło szybciej.
Ale co, jeśli jest jak Śmierć, ale nie mieczem i głodem, i morem, i przez zwierzęta ziemskie, ale właśnie swoim objęciem - zabija?
Chwytam go za dłoń i strącam ją, wysuwając się spod ramienia.
-Nie, jest w porządku – stwierdzam krótko.

-Ale Łaurysz... krasnoludki nie istnieją, prawda?
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Błonia   Pią Lis 04 2016, 20:36

(tobie nie dane jest doświadczyć wielkich porywów serca. Rodzanice poskąpiły ci miłości.)
Gdyby to zauroczenie wciąż trwało i trwało, rosło w siłę, syciło go każdego dnia, dodawało skrzydeł, sprawiało, że wszystko szło by lepiej, bo w myślach byłaby ona i tylko ona; gdyby ono nigdy nie minęło, a Berta zechciała potraktować go w tak bestialski sposób, znikając nieoczekiwanie, pozwalając patrzyć, jak odchodzi i zabraniając zrobić cokolwiek, by ją zatrzymać, serce zwęgliłoby mu się pod wpływem ostatniego wybuchu tej gorącej miłości, stając się pustą, zimną bryłą, znaczącą czarnym śladem każde ręce, które zechciałyby pochwycić je, spróbować rozpalić na nowo, zabrać ze sobą, by zostało odrestaurowane. A ona na pewno nie tego chce; zbyt wiele dobroci w niej się gromadzi, by pozwolić na taką tragedię. Nie pozwoliłaby, aby ludzi spotykały złe rzeczy, niczym dobry duszek pojawiając się w najmniej spodziewanym momencie z parasolką, kiedy nieoczekiwanie zaczyna padać deszcz.
Dlaczego więc teraz ton jej głosu jest bardziej jak deszcz niż parasolka? Łaurysz unosi w zdumieniu brwi, nie rozumiejąc, skąd u niej to zaskoczenie, skąd ta nagła zmiana. Przecież chyba nie powiedział niczego złego? Przecież krasnoludków w Koldovstoretz jest tak wiele. Zazwyczaj wydawały mu się wcale przyzwoitymi stworzeniami, rzadko wchodzącymi uczniom w drogę, choć będącymi bardziej na widoku niż ubożęta. Czyżby z którymiś Berta miała jakiś zatarg? Czy któryś z tych chochlików okropnych zrobił jej jakąś przykrość? Niech mu tylko powie, co to za jeden okazał się takim nicponiem, a zaraz każdy z nich dowie się, że zadarli z niewłaściwą osobą; że Bercie Sikvdili nie powinno wchodzić się w drogę, bo posiada przyjaciół, którzy murem za nią staną!
- Na pewno? – Podejrzliwość wyjątkowo mocno przebija przez to krótkie pytanie, a dłonie w obronnym geście unoszą się w górę, by przypadkiem przez myśl jej nie przeszło, że i on chciałby zrobić jej krzywdę. Daleko mu do krasnoludków, pod każdym względem. A jeśli już o nich mowa, wzdycha ciężko, spuszczając głowę, jakby przekazanie jej tej wiadomości było najtrudniejszą rzeczą, jaką przyszło mu dotychczas zrobić. – Obawiam się, że jednak istnieją. To one przyrządzają nam te wyśmienite posiłki – dodaje odrobinę ciszej, chowając ręce w kieszeniach i nieco przyspieszając kroku, by prędzej dotrzeć do drzwi frontowych i w szarmanckim geście otworzyć je przed Bertą. Ciepło zamku zagarnia ich w swoje objęcia, nie chcąc wypuścić, szczypiąc w zmarznięte policzki i drapiąc w oczy, wdzierając się do płuc, by zaraz czmychnąć z nich w postaci potężnych ziewnięć. Droga do dziewczęcego skrzydła mija szybciej, niż powinna, choć kroki stara się stawiać mniejsze, wolniejsze, zatrzymując się co chwilę, pytając, czy na pewno jest ok, czy powinien ją zostawić, czy nie rozmówić się z tymi, których tak się lęka. Ale wszystko w porządku, niczego więcej nie było trzeba. Odprowadzenie to wystarczająco wiele.
(dobranoc, dobranoc, dobranoc.
wróć, wróć, wróć.)
(nigdy już się nie pojawiaj.)

Berta i Łaurysz z tematu
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Błonia   

Powrót do góry Go down
 
Błonia
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: