IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Jezioro Tierie-Chol, Tuwa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieJezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Lip 16 2016, 13:06

Jezioro Tierie-Chol, Tuwa

Jezioro Tierie-Chol uchodzi za niezwykłe dziwne miejsce, nie mówiąc już o samych ruinach ujgurskiej twierdzy Por Bażyn, które znajdują się na jednej z pobliskich wysp. W okolicy nie ma żadnych, jakichkolwiek śladów zamieszkania jej przez ludzi – wszystkie kurhany zostały zbudowane przez przechodzących tam hord koczowników czasach Wielkiej Wędrówki Ludów, a potem tam już nikt nie mieszkał. Niektórych miejsc na brzegach unikają nie tylko dzikie zwierzęta, ale i ptaki. Także ludzie czują się tam niedobrze, płynie z tego miejsca bardzo nieprzyjemna aura, stąd mało kto odwiedza okolice Tierie-Chol.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Nie Paź 02 2016, 21:13

Nie do końca o to mi chodziło, kiedy chciałem, by wokół nie było nikogo. Marzyłaby mi się raczej wspólna wyprawa w jedno z twoich miejsc. Widziałaś ich przecież tak wiele i choć nigdy o nich nie mówisz, od dwóch lat obserwuję cię powracającą i nawet jeśli nie przywozisz ze sobą plastikowych podarków i kolorowych koszulek z napisem "I love (nazwa kraju)", to przecież z każdym powrotem jesteś o coś bogatsza.
No, dobrze, dobrze. Raz mi przywiozłaś. Kubek z krajobrazem, z plażą ze zbyt białym piaskiem i zbyt niebieskim morzem, by mógł to być prawdziwy widok. Nie mogę przecież ciągle pić z tego wyszczerbionego.
O wiele bardziej wolę, kiedy przywieziesz ze sobą nowy przepis. Pachnące przyprawy. Piosenkę zasłyszaną gdzieś na targu, śpiewaną nieczysto przez chłopaka z akordeonem. Dostał akordeon po dziadku i liczy, że ktoś wrzuci mu do czapki miedziaka, albo chociaż, że uśmiechnie się do niego ładna dziewczyna.
Ty zawsze się do nich uśmiechasz, prawda?
Też chciałbym cię zabrać w tak urokliwe miejsce. W miejsce, do którego odtworzenia w pełni wystarczy okruch wspomnienia, jakiś zapach albo słowo.
Na razie musi wystarczyć nam ta paskudna szarzyzna i cisza.
Ciszę mamy tylko o poranku. W nocy właściwie, kiedy zdarzy nam się uciekać przed bezsennością do gabinetu. Tam zawsze znajdzie się coś do roboty. Dorobić zapasy eliksirów, pozwijać bandaże, poprawić poduszki śpiącym spokojnie pacjentom.
Słyszę własny oddech i ten drugi. Twój, który zapewnia, że jesteś i wcale nie wymyśliłem sobie, że zechciałaś być tu ze mną.
Nachylam się, by, zanurzając rękę w lodowatej wodzie, urwać łodygę rośliny potrzebnej do najlepszej maści na oparzenia i blizny, jaką zna czarodziejska medycyna. Rośnie tylko tutaj, w tej ciszy.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Nie Paź 02 2016, 23:28

Nie wiem co podkusiło mnie, że przywiozłam ci kubek - przecież lubię ten wyszczerbiony. Kiedy nie ma go w szafce wiem, że jesteś już w swoim gabinecie.
Chyba w taki głupi sposób próbowałam zaprosić cię na wycieczkę.
Jest dużo miejsc które mogę ci pokazać - od razu przychodzą mi do głowy kornwalijskie wrzosowiska. To dobre miejsce na weekendową wycieczkę, nawet o tej porze roku. Listopad wydaje się zawsze szary i brzydki - ale tam wciąż jest sporo kolorów, nawet jeśli leje cały dzień. Piękna jest mgła unosząca się nad nimi o poranku. Łąka zdaje się być nieskończona, rozciąga się na całym horyzoncie, dookoła brak żywej duszy. Wystarczą kalosze i kaptur by zwiedzić okolicę, potem herbata na rozgrzanie. I ta nocna cisza. Spokojna cisza.
Kiedy tutaj noce zrobią się nieznośnie zimne dobrym kierunkiem są plaże Tanzanii. Biały piasek i ciepła, błękitna woda - obrazek z nieszczęsnego kubka. Może też trzeba go wyszczerbić? Tam można schować się przed zimnem stycznia - nawet jeśli z roku na rok przybywa tam turystów. Wciąż można znaleźć zakątki nieodwiedzane przez człowieka. Możemy spędzić noc na plaży. Obejrzeć wszystkie kolory zachodu. Przez kilka godzin wpatrywać się w gwieździste niebo, zupełnie inne od tego nad zimną, szarą Rosją. I zakochać się w każdym odcieniu wschodu słońca.
Wiesz, do tej pory nigdy nie byłam dwa razy w danym miejscu. Nie ważne jak wielkie zrobiło na mnie wrażenie, jak uspokoiło. Nie ważne czy spędziłam tam dzień, czy mieszkałam przez dłuższy czas, pakując plecak zawsze obierałam nowy kierunek. Najczęściej oddalony od poprzedniego To jak działanie na zasadzie kontrastów. Trzy miesiące w miejscu, gdzie pada nieustannie, kolejne dwa tam gdzie słońce bez przerwy parzy skórę. Jest sporo takich, które wspominam ze wzruszeniem, myślę z melancholią, ale to nigdy nie był wystarczający powód by wrócić. Pokazanie ci ich to co innego - a pokażę, zobaczysz.
Ale - wolę odkrywać z tobą nowe.
Jak teraz.
Podoba mi się tutaj, nie widzę tej rzekomo nieprzyjemnej aury. Jest szaro, ale nie przeszkadza mi ten brak kolorów. Sama przecież nie jestem kolorowa, w białym swetrze i swoich wojskowych butach. Podoba mi się też cisza. Znaleźć taką ciszę najtrudniej. Pewnie dlatego ją przerywam, chociaż szeptem, bo dziwnie mi mówić tutaj pełnym głosem - Nie myślałam, że spodoba mi się jakieś miejsce w Rosji - i to jeszcze na Syberii. Nie byłam tak blisko, chociaż w tym przypadku to pojęcie względne, Workuty od… ośmiu lat? Siedmiu? Dopiero teraz to sobie uświadomiłam, ale ta rzekoma bliskość wcale mi nie przeszkadza, nie w tym momencie.
W tym momencie zakasuję rękawy i też sięgam po łodygę potrzebnej rośliny. Dłonie nieomal od razu sztywnieją w lodowatej wodzie, nie przeszkadza mi i to. Chyba tak to już jest kiedy odkrywa się nieznane dotychczas tereny, nic nie zdaje się być uprzykrzające na tyle, by przestać się uśmiechać. Lekko, jak teraz.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Czw Paź 06 2016, 17:44

Gdybym pojechał kiedyś z tobą, przywieźlibyśmy pewnie więcej pamiątek, niż zabrali ze sobą bagażu. Lubię mieć drobiazgi, które ratują od zapomnienia niektóre dni. Za wspomnieniami o innych w ogóle nie tęsknię, boję się spoglądać nawet w lustro, jak gdyby jego tafla chciała wciągnąć mnie w przeszłość jak myślodsiewnia. A przecież została tylko blizna. Tylko podkrążone oczy.
Podróżowałem zawsze inaczej niż ty. W pokojach hotelowych z żyrandolami, pociągami, samolotami, nawet raz dywanem. Wszystko w ściśle kontrolowanych warunkach. Po raz pierwszy cały swój dobytek wakacyjny spakowałem do plecaka wymykając się na koncert w wieku siedemnastu lat. A potem, kilka lat później, zupełnie na to nieprzygotowany, zacząłem jeździć z milicją. Jesz, co znajdziesz, myjesz się gdzie popadnie i tylko wtedy, gdy jest na to czas. Nie wiem zresztą, czy jest sposób, żeby jakoś się przygotować do podobnych eskapad – to przecież nie były wakacje. Rzadko kiedy wracaliśmy w składzie, który przed wyjazdem odprawiał Naczelny.
Nie widziałem zbyt wiele ze świata. A może widziałem go, mam przecież fotografie w albumach, ale tylko z wierzchu. Widokowi wieży Eiffela nie towarzyszyła muzyka i szczebiot Francuzek. Wszyscy widzieli to tak jak ja.
Może do przeżywania każdego miejsca, w którym się jest potrzebna jest jakaś empatia. Człowiek i do raju by się przyzwyczaił i zapragnął w końcu czegoś nowego.
Znam to miejsce. Byłem tu wcześniej sam i tylko na chwilę. Nie lubię szarzyzny. Wrzos słabo pachnie i zbyt jest melancholijny. Wolałbym miejsce, w którym nie ma obowiązku spoważnienia i dumania nad ludzkim losem. Jestem dziwnym rodzajem tchórza, który przed spokojem umyka w niebezpieczeństwo. Przed celowością w krótkofalowe rozwiązania, w przyklejenie plastra. Przed przyszłością w to, czego chcę teraz.
Teraz chciałbym napić się herbaty. Zjeść jakiś zwyczajny podwieczorek, usiąść przy kominku. Nie chcę dzisiaj nigdzie biec, nie chcę widzieć kolejnych ofiar przypadków i większych planów.
Niech świat to dzisiaj będzie: niezdarne ruchy zmarzniętych rąk. Lepkie łodygi. Dwa małe uśmiechy i cisza.
- Tutaj ci się podoba? – chciałbym pojechać w miejsce, którym będę pochłonięty. Gdzieś, gdzie poczuję się jednym z nich, a nie sobą, nie gościem. Chciałbym codziennie choć raz być tak zaskoczony tobą. Po cichu, spokojnie, rzeczą bez znaczenia.
Kucam nad brzegiem wody i spoglądam w dal. Widać wyspę, szczątki twierdzy. I nic. Jak okiem sięgnąć nic, tylko skały i woda.
Ciekawiło mnie kiedyś, bardziej niż cokolwiek innego, co jest na dnie oceanów. Po dziś dzień wiemy o nich mniej niż o kosmosie.
Jak to by było – mieć tuż przy domu tak ogromną tajemnicę?
Wtedy spoglądam na ciebie, nie jest ci zimno? I zastanawiam się – jak by to było: żyć z dwoma tajemnicami.
- Mógłbym zamieszkać nad wodą.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Pią Paź 07 2016, 01:49

To mogłoby być zabawne - pamiątek więcej niż bagażu. Ja z podróży przywożę przepisy, co najwyżej zioła, kiepska jestem w drobnych, sentymentalnych szpargałach i podarkach. Kiedy czuję potrzebę obdarowania kogoś podarkiem z drugiego końca świata, tracę głowę. I kończy się na takim kubku. Brożek ma całą kolekcję głupich breloczków i idiotycznych koszulek.
Wiesz już dobrze, mnie i rzeczom nigdy nie było po drodze.
W przeciągu ostatnich miesięcy stałam się właścicielką ładnej sukienki i porządnego garnka, dla postronnego obserwatora to wciąż niewiele, a ja mam wrażenie, że mam zdecydowanie za dużo. Garnek to nowa sprawa, sprzed tygodnia. Wraz z Anną spędziłyśmy sobotnie przedpołudnie na targu staroci i pośród starych porcelanowych figurek i stosów książek, wypatrzyłam garnek. Idealnej wielkości, cynowy, z porządną przykrywką, ozdobiony drobnymi stokrotkami, pokryty emalią. Zobaczyłam go i poczułam, że to ten garnek - ten kojarzący mi się z najwcześniejszymi latami dzieciństwa, czasami kiedy w kuchni rządziła jeszcze stara Maria, jedyna kobieta która nie bała się spytać dlaczego nieustannie jestem posiniaczona. Właśnie w takim garnku gotowała swoje zupy.
Lata później właśnie taki garnek wyobrażałam sobie jako centrum mojej kuchni. W moim Domu.
Decyzja o zakupie była spontaniczna, szybko został też wypróbowany, spełnił pokładane w nim oczekiwania. Od tygodnia gotuję właśnie w nim i wydaje mi się, że każda zupa smakuje lepiej, nie wiem czy podzielasz moje zdanie.
Dziwnie mi jednak ze świadomością, że posiadam coś tak dużego i nieporęcznego, coś czego nie wsadzę już ot tak do plecaka. Dziwnie nie znaczy od razu źle. Po prostu inaczej.
Nie wyjadę sobie już ot tak na koniec świata, z dnia na dzień, bez planowania. Zawsze zostanie kwestia garnka.
Przeszkadza mi to jednak znacznie mniej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Nie przeszkadza praktycznie w ogóle. Muszę się tylko bardziej zadomowić, osiąść trochę głębiej, przestanie wydawać mi się już niecodzienne to moje posiadanie.
- Tak - uśmiecham się pod nosem, bo troszeczkę bawi mnie to twoje zdziwienie - Jest cicho i spokojnie. A dookoła zdaje się być tylko pustka - lubię pustkę. Uspokaja.
Nie myśl sobie jednak, że wszystkie moje podróże były do miejsc pustych - że nie znam żadnego ruchu. Znam. I niejednokrotnie wtapiałam się w taki ciągły gwar, w miejscach tętniących życiem najprościej zgubić się w tłumie, wtopić się w tłum. Znaleźć pracę bez potrzeby opowiadania kim się jest i skąd pochodzi.
Dużo ruchliwych zakątków zapamiętałam. Odpowiednich miejsc do obserwacji ludzi. Pędzących. Stojących. Śmiejących się. Czasem płaczących. Skwery, parki, centra wielkich miast.
A wiesz, wiesz co mogłoby być przyjemne? Gdybyśmy poszli kiedyś do parku. Z koszykiem przekąsek, kocem, dobrą książką. Małą butelką wina. To w parkach zawsze rozgrywa się najwięcej historii.
Moglibyśmy dopisać kolejną.
- Naprawdę? - przyglądam ci się przez chwilę, to nigdy mi się nie nudzi, po czym znowu przenoszę wzrok na wodę - Ja też - ale może cieplejszą niż ta? Chociaż nie boje się zimna. W końcu jestem dzieckiem zimy.
Ciekawe czy wschody i zachody słońca powszednieją? Czy spacery po plaży stają się nieznośne z czasem? Czy zaczyna nudzić wbieganie w wysokie fale? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Za to potrafię - codzienną herbatę przy brzegu. I tę możliwość zanurzenia się w wodzie kiedy tylko przyjdzie ochota. Zanurzenia się. Otworzenia oczu.
I podziwiania jak jest spokojnie. Jak zatrzymuje się czas.
Tutaj też zdaje się płynąć znacznie wolniej.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Pią Paź 07 2016, 20:11

Nie ma drugiego takiego uczucia jak to, które towarzyszy posiadaniu czegoś na własność. Zwłaszcza u dzieci, pamiętam omawianie tego w szkole, bardzo rozwinięta jest potrzeba posiadania – dlatego tak ciężko nauczyć je, by się dzieliły zabawkami, uśmiechami i czasem rodziców. I ta potrzeba nie znika już w życiu: człowiek zaczyna jedynie zdawać sobie sprawę z ceny, jaką trzeba zapłacić za jej zrealizowanie.
W pierwszej kolejności liczą się te najzwyklejsze koszty materialne. Chcesz mieć własne ubrania, własny dom, własny emaliowany garnek – to musisz za to zapłacić. Potem dopiero w miarę dorastania i nabierania odwagi do własnych emocji, posiadanie na własność nabiera innego znaczenia, mniej dosłownego. Chcesz mieć przyjaciół, rodzinę, swoje miejsce, znowu: swój dom – musisz za to zapłacić. Czasem, wyrzeczeniami, milczeniem. W różnych walutach sobie za to liczą.
Kiedyś nie dziwiłbym się w ogóle, że może być coś takiego jak kwestia garnka i że zwykła emalia i wzór w stokrotki może spędzać z powiek sen. A przecież taki garnek, w którym można nagotować zupy dla czterech osób zamiast dla jednej, może też być przystankiem w drodze do spokojniejszego snu. W wygodnym łóżku, miękkiej pościeli, którą kupuje się raz na parę lat, bo przecież nigdzie się stąd nie ruszamy. Wygraliśmy. Oto Dom, taki który połączy koszty materialne i duchowe i oby okazał się wart swojej ceny.
Do wody nie sposób się przyzwyczaić – fale z każdym uderzeniem o brzeg będą inne, a z każdym ciekawskim zanurzeniem dłoni woda będzie zawsze odrobinę zimniejsza albo cieplejsza niż chwilę temu. W młodości miałem z okna widok na rzekę: wierciła się pomiędzy miejskimi budynkami, korzyła pod mostami i gniewała tylko w czasie deszczu mogąc wzburzyć swą ujarzmioną przez architekturę powierzchnię.
Lubiłem wciąż na nią patrzeć i na ludzi chadzających bulwarami. W pobliżu natury człowiek zawsze wydaje się bardziej sobą. Może dlatego w pierwszej chwili chciałaś mnie zabrać właśnie na te melancholijne wrzosowiska?
- Wolę chyba inny rodzaj spokoju. Żywszy. – od zawsze mieszkałem w miastach. Hałas jest dla mnie elementem spokoju; kłótnie sąsiadów za ścianą, rumor silników na ulicy, dzwony kościołów, krzyki pijanych w środku nocy, ujadania psów. Dopiero w otoczeniu wszystkich tych dźwięków spałem naprawdę spokojnie.
Już wystarczy. Zebrane rośliny trzeba teraz tylko ułożyć w szklanej tubie wypełnionej wodą i moglibyśmy wracać. Ale.
Ale.
Jest tu za zimno i robi się ciemno. Ledwie znamy to miejsce, wokół nie ma żywej duszy. Jest tak spokojnie, że sam sobie nie pozwalam czuć się bezpiecznie bez oznak innego życia. Mimo to nie chcę jeszcze stąd odchodzić, nie chcę wracać do szkolnych korytarzy, urywanych nagle rozmów, do punktu wyjścia. Ten już dobrze znamy, umiemy w nim dobrze razem działać.
- Ale może cieplejszą niż ta. – dawno nie miałem tak jasnej wizji domu jak teraz. Stoi już, wybudowany może z czerwonej cegły albo z drewna. W którymś z pokoi jest kominek, a w innym pianino. Wszędzie pełno kłaków, które zostawia na dywanach leniwy pies. Albo plamy rozlanego mleka na podłodze, które zostawia złośliwy kot. A w kuchni na małym ogniu coś bulgocze w tym emaliowanym garnku, który kupiłaś przed tygodniem.
Czas się tu zatrzymał i nie ma miejsca na takie wizje. Zbliża się zima, tutaj zrobi się tylko zimniej, niedługo całe jezioro będzie skute lodem.
Może do tego czasu będziemy już w innym, cieplejszym miejscu. Bardziej naszym niż tylko przypadkowo wspólnym.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Pią Paź 07 2016, 21:59

Może dlatego tak późno pojawiła się we mnie chęć posiadania - nie pamiętam bym jako dziecko miała ją wykształconą, na pewno nie silnie. Owszem, miałam rzeczy. Przestronny pokój, dużo zabawek i ładne sukienki, nie można powiedzieć, że czegokolwiek mi brakowało. Nawet w szarych latach końca komuny.
Pamiętam, że jako mała dziewczynka uwielbiałam banany posypane gorzkim kakao. Były dnie kiedy jadłam tylko to, kaprysząc przy posiłkach. I tych bananów nigdy nie brakowało.
Ale za te banany, sukienki i zabawki zawsze była cena - i szybko zrozumiałam, że wcale nie chcę tych wszystkich rzeczy, wolę nie mieć nawet nic, byleby nie musieć płacić. Bo nowe lalki pojawiały się zawsze dzień po nowym siniaku, nowe sukienki przykrywały blizny, a banany z gorzkim kakao można mi było jeść bez ograniczeń tylko z ręką w gipsie.
Jednak, kiedy myślę o tym teraz, to były rzeczy których chciałam. Nie te materialne - ale uśmiech mamy czy ciepło jej ramion, w takiej tęsknocie chyba realizowała się ta moja chęć posiadania. Chciałam mieć ją. Z wiekiem ta potrzeba jakoś bladła, powoli zanikała. I może powinnam powiedzieć, że kiedy zniknęła już w całości był taki czas, kiedy niczego nie chciałam, dobrze było mi z pustką, nie jestem jednak pewna czy to do końca prawda.
Przecież się nie da - nie chcieć niczego. Nie posiadać - bo przecież chciałam widzieć uśmiechy brata, kilka z nich mieć tylko dla siebie, tylko na własność. Nie wszystkie, oczywiście, tylko kilka. Chciałam też uczyć się nowych przepisów. Kiedy tylko poznawałam nowy smak, kiedy tylko jakiś aromat przykuwał moją uwagę, od razu chciałam znać recepturę. Żeby potem ćwiczyć ją w różnych kuchniach, na różnych garnkach.
To śmieszne, ale kiedy kupiłam już ten s w ó j garnek, długo nie mogłam się zdecydować co ugotuję jako pierwsze. Nieco inne było to gotowanie, jakby bardziej skupione. Osadzone w miejscu, choć to jeszcze nie jest m o j a kuchnia. Jasne, w tej gotuję już od kilku miesięcy, ale ciągle uderzam się w nisko zawierzoną szafkę nad zlewem. Przed nami musiała mieszkać w tym mieszkaniu rodzina mikrusów, do lustra w łazience też muszę się schylać. I przez niski zlew jest wiecznie zachlapana podłoga.
- Pustka z czasem przytłacza, szczególnie kiedy człowiek zbyt długo siedzi z samym sobą - zgadzam się kiwnięciem głowy, nie odrywając wzroku od horyzontu. Czasem lubię wyobrażać sobie, co kryje się za nim, chociaż dobrze wiem, że pewnie nic innego, dalej rozciąga się melancholia - Ale były czasy kiedy takie miejsca, bez żywej duszy, wydawały mi się najbezpieczniejsze. Lubiłam się w nich chować. Na noc, na dwa dni, czasem tydzień. Chyba nigdy dłużej - po tygodniu już zbyt wiele myśli kotłuje się w głowie, trzeba wyjść do ludzi, nawet jeśli to tylko tłum obcych na ruchliwej ulicy - Został mi sentyment - już od kilku lat nie potrzebuje się chować. Teraz po prostu lubię to poczucie maleńkości. Człowiek w zetknięciu z naturą. To pomaga ułożyć priorytety, pomaga się zdystansować.
Nie mogłabym mieszkać na odludziu. Potrafiłabym, ale wiem, że zdziczałabym już wtedy całkowicie. A nie chcę. W domach na odludziu nie doświadcza się kłaków leniwego psa i złośliwego, grubego kota, który wieczorami domaga się solidnych porcji czułości. Pies może być, ale co najwyżej ten czujny, nieustannie wypatrujący wroga w pustce. A koty, koty wychodziłyby we wrzosowisko i już nie wracały, przez królicze dziury przechodząc do innych światów.
W Domu za to jest ciepłe światło tańczące w firanach i miękki dywan w sypialni. Trzeszczące schody i kuchnia, w której szafki zawieszone są na odpowiedniej wysokości. Okrągły stół przy oknie z widokiem na wodę. Zioła w doniczkach. W powietrzu unoszące się ciepło palonego w kominku drewna i może walc Ogińskiego - kiedy akurat przyjdzie na niego ochota. No i garnek, bo ten garnek zostanie już ze mną na dobre.
Przynajmniej ten garnek mogę wnieść do całości.
Zamykam ostatnią ze szklanych tub kiedy na głos wypowiadasz moje myśli - i tak zastygam w połowie czynności, patrząc na ciebie z zaskoczeniem. I chwilę po tym już się śmieje, bo przecież nie ma w tym nic dziwnego - Tak, nad cieplejszą, pomyślałam o tym samym - przyznaję, chowając do plecaka skarby. Rzeczywiście, robi się zimno. I ciemno. Tutaj słońce szybko zachodzi, wiem coś o tym - Możemy jeszcze pójść na spacer? - pytam jednak, wyciągając w twoim kierunku dłoń.
Przepraszam, że taka zimna.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Pią Paź 07 2016, 23:31

A ja w życiu nic po dobroci nie oddałem, uwierzysz? Pewnie nie widzisz we mnie rozkapryszonego dzieciaka, który każdy samochodzik, każdą dziecięcą miotełkę i wszystkie, nawet te niedobre, słodycze zatrzymywał dla siebie, a na upomnienia reagował tylko wrzaskiem. Kiedyś, jeśli w ogóle znajdę ten album, może w samą porę na wiosnę, zabiorę go do parku i pokażę ci kilka zdjęć. Wprawiliśmy się już we wspólnej teraźniejszości, trzeba ją teraz jakoś wkomponować w przeszłość, która była osobno. Ty na pewno też masz mnóstwo fotografii. Takich pozowanych: głowa rodziny z poczciwym uśmiechem, elegancka żona, dobrze wychowana córeczka i bystry synek. Mniej więcej tak to zawsze wygląda; nie widać, że jeszcze przed chwilą dom wypełniały krzyki, a dzieci chowały się pod stołem ze strachu przed kolejnym ciosem.
Pieniądze, jeśli ma się je wystarczająco długo, są najlepszym nauczycielem pozorów.
Ja zawsze wolałem pomarańcze. Z goździkami, kiedyś to był mój ulubiony zapach. Teraz go unikam, wydaje się jakiś nieprzyjemny. Prawie jak smród kiszonych ogórków, przypomina o pierwszym domu i o innym życiu. O należeniu do kogoś innego, do tej pierwszej, naturalnej zbiorowości. Dopiero po śmierci ojca poczułem się wystarczająco osobny. Kochałem ich przecież, nie powinno tak być, że ostatni rok szkoły upłynął mi na czekaniu za wolnością. Za głupią, wciąż tak samo rozpuszczoną wolnością, kontrolowaną i motywowaną wyłącznie przez widzimisię i wpływy koleżków.
Może to ten drugi etap? Może jest jeszcze jakaś inna własność, ta, która tobie każe w smakach zatrzymywać doświadczenie zdobyte na własną rękę a mnie – nigdy już nie wracać do wysokich sufitów moskiewskiego domu.
Kiwam tylko głową; choć nie widzę w pustocie nic uspokajającego, z tym jednym szczegółem się zgadzam. Natura jest większa i starsza od nas, ale stanowi mniejsze zagrożenie niż drugi człowiek. Nie ma znaczenia, czy jest zamieszkana, a jeśli tak, to czy przez szczęśliwych ludzi. Tylko ludzi spośród całego życia na ziemi dotyka zazdrość i nienawiść.
- Sentyment to nic złego. – też ludzka rzecz; niektórzy zasuszają kwiatki między stronami książek, inni całe życie używają wyłącznie mydła o zapachu magnolii. Jeszcze inni uciekają na chwilę na wrzosowiska. To nie takie złe w porównaniu; to nie głupawy sentyment.
Ja jestem stworzeniem swoich przyzwyczajeń, rutyny i procedury. Wyglądam co dzień prawie tak samo, piję tę samą kawę. Na odświętne śniadania zawsze placek drożdżowy z truskawkami, a mamie na urodziny zawsze czekoladki w kształcie muszelek.
A ty zawsze masz zimne dłonie. Nie szkodzi. Człowiek jest dobrym przewodnikiem. Ciepła, elektryczności. Innych ludzi – niekoniecznie. Ktoś się zawsze potknie, zgubi, zostanie w tyle. Najgorszy koszmar – nie po każdego można wrócić.
Ale ty wróciłaś, wróciłaś chociaż ja nie miałem wcale siły szukać. Mam przecież dowód, mam twoją rękę w swojej ręce. Będąc dzieckiem, trzymanie było synonimem posiadania, nic już nie groziło skarbowi. Życie było znów, chociaż na chwilę, idealnie uporządkowane. Jak skarpetki w szufladzie.
Nic tu nie ma, nikogo. A jednak wciąż spoglądam z przestrachem, czy coś ci nie zagraża. Czy znowu nie uciekniesz.
Chodźmy. Przecież tutaj czas działa inaczej, zdążymy przed nocą. Może nie ma miejsca na teraz w kalendarzu, może to jedno miejsce, które powinno być między wtorkiem a środą nie istnieje. Może na moje dziwaczne życzenie środę odwołano i nic się nie zmieni. Może uciekniesz jeszcze raz.
- Kiedy wróciłaś – zaczynam tak samo niepewnie jak stawiam kroki wzdłuż brzegu. Ledwie widać już nierówności terenu, a odległy kształt ruin na wyspie staje się z wolna przerażający. – Kiedy wróciłaś, zdałem sobie z czegoś sprawę.
To głupie i boję się tego jak ognia; że wydostanie się spod kontroli i zamiast przyjemnie grzać oparzy mnie i zostawi blizny. Nie masz teraz na to czasu. Jeszcze rok i piętnaście dni. Masz na głowie inne rzeczy, a na plecach ciężki bagaż. Daj, poniosę, chociaż chwilę. Jeszcze nie przeszedł mi ten lęk, że przez osłabienie sprzed tych dwóch tygodni złamiesz się jak patyk pod naporem palców, a ja nie dam rady złożyć cię z powrotem. Nie mam przecież jeszcze kompletu układanki.
Księżyc nad nami nie świeci, żaby nie kumkają rezolutnie, nie podrzucają podpowiedzi, co mówić dalej.
Zdałem sobie sprawę, że chcę być w domu, do którego wracasz. Zdałem sobie sprawę, że chcę wiedzieć jak to jest schylać się do lustra w łazience, a na półce pod lustrem widzieć trzy szczoteczki do zębów. Trzy i tego też się boję. Cokolwiek powiem tobie teraz będzie w końcu miało wpływ i na Brożka.
Nie mogę was narazić w żaden sposób.
- Wiem, że masz swoje życie. Wiem, że jest Brożek. Ale
No? No już. Robiłem w życiu trudniejsze rzeczy, wymawiałem słowa, od których bolał powyginany język. Śmiało. Zaczyna się na K.
Kretyn. Pieprzony kretyn i tchórz.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Paź 08 2016, 02:15

Chociaż chętnie zobaczę jak wyglądałeś bez brody, to obawiam się, że sama nie mam zbyt wielu fotografii do pokazania. Te oczywiście gdzieś są, nawet jesteśmy względnie ich blisko, poupychanych w albumy, kurzących się na strychu, tam w Workucie. W zimnym domu na granicy lasu. Ciekawe czy ktoś w ogóle te albumy otwiera?
Nie tęsknię za nimi. Może żałuję trochę, że nigdy nie pokażę ci zdjęcia w tej idiotycznej sukience z bufiastymi rękawkami, w jaką ubrano mnie na szóste urodziny, ale sama nie wiem czy to wesoła fotografia. Niechętnie patrzyłam w stronę obiektywu.
Potem jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy by zachowywać chwile - chociaż moją twarz pewnie można znaleźć w kilku albumach porozrzucanych po świecie. Nigdy nie prosiłam o odbitki. Może trochę szkoda, może trochę czyni to ze mnie człowieka bez przeszłości. Jak pamięć znacznie blaknąć nie będzie już do czego wracać.
A może czas nie zabierze wszystkich wspomnień.
Na przykład momentu w którym po raz pierwszy pojawiła się myśl, że może chciałabym zostać na dłużej. Kiedy zagrałeś dla mnie Chopina, a potem Sinatrę, a ja przyznałam ci się, że w moim domu zawsze było cicho - to zabawne, wtedy jeszcze zostawiałam miseczki z parującą zupą na biurku w gabinecie i uciekałam niczym spłoszone zwierze, zerkając tylko przez drzwi czy jesz. I czy ci smakuje.
Albo - i o tym mogę opowiedzieć ci kiedy znajdziesz swój album ze zdjęciami - kiedy miałam dwanaście lat, wspięłyśmy się z Anną na szkolną wieżę, pooglądać gwiazdy. Był środek zimy, nie miałyśmy nawet koców, cudem nikt nas nie przyłapał, każda z nas odchorowała potem swoje na oddziale medycznym. Nawet ze sobą nie rozmawiałyśmy - albo po prostu już zapomniałam o czym - ale wtedy, wspólnie leżąc i podziwiając krajobraz, po raz pierwszy od długiego czasu czułam z kimś głęboką więź, ciepło rozgrzewające od środka sprawiało, że wcale nie było mi zimno.
Teraz też nie jest.
- Wiem - do zgody na sentyment też musiałam dorosnąć. Ten mam nie tylko do pustki i wrzosowisk. Czy Chopina i Sinatry. Warkocz czeszę nie z wygody, a dlatego, że moja mama taki nosiła. Pewnie nosi wciąż. I na swoje podobieństwo plotła te moje. Lubię myśleć, że jestem do niej podobna, pewnie stąd we mnie to wielkie zamiłowanie do wolności. Jakbym chciała przeżyć i swoją, i jej. Tę jej nawet pełniej. Nie wiem co to zmienia, to pewnie tylko kolejny przejaw sentymentu. Oddałabym jej kilka, kilkanaście momentów swojego życia (chyba rozbawiłaby mnie wizja małego Mikhaiła nie dzielącego się cukierkami, nawet tymi paskudnymi o smaku lukrecji), ale nie ten. I nie ten kiedy opowiedziałeś mi o wężu w kieszeni. Tymi z tobą tak właściwie nie chcę się dzielić z nikim, dobrze?
To zabawne, że mamy wspólne zdjęcie z czasów, kiedy patrzyłam na ciebie jeszcze ukradkiem, tylko w momentach w których miałam pewność, że nie widzisz. Te chwile, tamten mecz i dzisiejszy dzień, łączy biały sweter. Niezawodny biały sweter, chroniący przed zimnem już od tylu lat.
Przygryzam wargi i unoszę brwi kiedy zaczynasz mówić. Wciąż jest mi trochę wstyd. Nie tego co mówiłam, nawet nie swojego stanu, choć był więcej niż żałosny. Wstyd mi, że nie byłeś pewien czy wrócę - i wstyd mi trochę, że wciąż zastanawiasz się czy nie ucieknę. I widzisz? Trochę trzęsą mi się nogi kiedy mówisz, jestem prawie pewna, że chłód nie ma z tym nic wspólnego. Kiedy milkniesz, ja uśmiecham się lekko. Splatam mocniej nasze ręce, unoszę i muskam ustami twoją, delikatnie - Też masz zimne dłonie - stwierdzam cicho, próbując je ogrzać. Nie chcę żebyś się przeziębił - Mój ojciec jest… ma wybuchowy charakter. Bardzo. A mama była wspaniała. Aż pewnego dnia coś w niej pękło i stała się… nieobecna - nie wiem czy to dobry moment na złożenie układanki do końca, ale proszę, brakujący element. Kilka bruzd już pewnie znasz, zobaczysz resztę ich konstelacji na moim ciele, nie będę ich zakrywać - Kiedy urodził się Brożek stał się całym moim życiem. Myślałam, że tyle mi wystarczy - byłam przekonana, że wystarczy mi tylko on. Były próby zmiany tego stanu, ale odgórnie skazywałam je na porażkę, nawet nie przyznając, że mam brata. Nie wyobrażałam sobie, że można to połączyć.
Trzy szczoteczki do zębów to coś co chciałabym widzieć każdego dnia.
- I pewnie by mogło, ale… - wzruszam ramionami z lekkim zawstydzeniem, dobrze, że tutaj tak ciemno. Pewnie policzki mam czerwone ze wstydu. Niby nie boję się prawie w ogóle, na pewno nie bardziej niż zwykle, i niby sentyment to nic złego, ciężko mi jednak ująć w słowa to wszystko co grzeje w środku.
Może po prostu ciężko ubrać to w słowa po raz pierwszy? Pierwszy raz zawsze należy też trochę do reszty świata, nawet kiedy jesteśmy tutaj całkiem sami. W pierwszym razie dużo jest jeszcze nowości, zdziwienia, niepewności. A przecież to jest jasna wizja, równie jak dom. Ja. Ty. Miska zupy. Odgradzam cię na chwilę od reszty świata, chowam, mówię tylko tobie dwa słowa, z których pierwsze zaczyna się na k, i które zawsze mówi się z przekonaniem, że już nigdy nie powie się ich nikomu innemu. Nie chcę ich mówić nikomu innemu - tobie tak. Tak samo jak nie chcę żebyś dalej musiał się zastanawiać czy pewnego dnia znowu ucieknę i już nie wrócę.
Więc chociaż teraz włosy mam związane w warkocz, to i tak mogę stanąć na palcach. Powiedzieć tylko do ciebie. Dla ciebie. Po cichu.
I tak mam wrażenie, że krzyczę.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Paź 08 2016, 16:14

Łatwo to sprawdzić i bez odkopywania wspomnień szkolnych. Wystarczy, że któregoś dnia, w tej porze pomiędzy dniem i nocą, kiedy znajdujemy się w gabinecie jeszcze na pół pogrążeni we śnie przyłapiesz mnie na chwilowej drzemce. Od jednego zaklęcia broda zniknie i potem odrośnie. Może rozśmieszy cię mój inny widok. Ja pewnie zaśmiałbym się, gdybyś nagle postanowiła wyfiokować się jak ciotka Klotylda i zamiast warkocza zaprezentowała się w platynowej trwałej niepasującej do poplamionego jodyną fartucha.
Kiedyś skonfiskowali mi aparat, mówiłem ci o tym? Pstrykałem jak szalony, aż w końcu na jednym ze zdjęć uwieczniłem coś, co nie nadawało się dla uczniowskich oczu. Może jakieś pytania do egzaminu, może kłótnia między nauczycielami – nie pamiętam już, choć oberwałem za to jeden z niewielu szlabanów. Nikt nie szuka guza na wieżach w środku nocy, a to błąd. W młodości nie docenia się przecież spokojnego snu, a wychylenie się poza krawędź jest obietnicą lotu zamiast groźby kalectwa.
Za każdym razem, gdy Anna miga mi przed oczyma, pojawia się w moim życiu zawsze tak samo: z uśmiechem i w biegu, nie mogę trochę uwierzyć w to, że wasza przyjaźń przetrwała aż tyle lat. Zawsze wydaje się tak bardzo inna od ciebie, że nawet kiedy widzę was razem, kiedy ona przybiega z jakimś uczniem, który w środku lekcji zaczął nagle wymiotować na fioletowo w pierwszej chwili myślę, że jesteście tak po prostu – znajomymi z pracy. Ale na pierwszy rzut oka pewnie ze mną i Borisem jest dokładnie tak samo. Znasz dobrze nas obu, choć z różnych środowisk i wiesz, że pomimo różnic trudno o mocniejszą więź w moim repertuarze znajomości. Nie zawsze się lubiliśmy, wiesz? Ja kiedyś nie raczyłem nawet spojrzeć na kogokolwiek poza grupką błękitno krwistych chłopaczków w kaszmirowych sweterkach, do której przynależność była wtedy największym marzeniem, a on sprawiał wszystkim i wszędzie kłopoty. Dopiero, o ironio, pojedynek na spotkaniu Czarcich Włóczni, po którym obaj wylądowaliśmy w łóżkach na oddziale medycznym (chociaż to on bezdyskusyjnie zwyciężył) nawiązała się między nami nić porozumienia.
Może to dobrze wróży i dla nas? My przecież też nie zaczęliśmy łatwo. Przez długie miesiące było cicho i niezręcznie. Niby nie wiedziałem, dlaczego. Podaj mi to, czy możesz zamieszać w kociołku? To były jedyne słowa, które padały w gabinecie. Potem znikąd zaczęły pojawiać się miski z ciepłą zupą, kubki z herbatą. Też wtedy udawałem, że nie wiem, skąd się biorą. Nie pamiętam, ile czasu zajęło mi w końcu powiedzenie ci dziękuję.
Że czekałaś, aż otrząsnę się z tego szoku. Aż rozpoznam u siebie pierwsze objawy i odważę się wrócić do czasu, kiedy wystąpiły ostatni raz. Wtedy też było zimno, ale padał już śnieg. Niedługo miał być nowy rok, nowe życie. Ale życia już wtedy nie było, a ja po raz pierwszy musiałem zapomnieć. To było jak szczepionka, reakcja była gwałtowna i długotrwała tylko za pierwszym razem.
Ciebie zapomnieć było już łatwiej, chociaż tylko ty tak bardzo lubiłaś słuchać Chopina. Szczególnie mazurków, prawda? Nie ma w nich zbędnego patosu, a tęsknota przebijająca spod nut nie jest za podniosłymi ideami. Za domem, za znajomymi drogami, ciepłem objęć matki.
- Gdzie teraz są? Nie chciałabyś zobaczyć matki?
Nawet jeśli jest tylko cieniem tej, którą pamiętasz. Nawet jeśli myśl o niej nieuchronnie wiążę się też z bolesnym wspomnieniem o ojcu. Tęsknota każe nam często działać wbrew rozsądkowi.
Chciałbym kiedyś zobaczyć cię z matką, zobaczyć, czy jesteś podobna, dostać jakiś dowód twojej przeszłości. Zobaczyć na własne oczy, że ktoś kiedyś przedtem też kochał cię nad życie. Zawstydziłbym się pewnie przed nią, przestraszył, jakby miała oskarżyć mnie, że chcę cię zabrać dla siebie. A możemy się przecież podzielić. Jesteśmy już od dawna dorośli, choć czasem przeczą temu niezręczne szczeniackie zachowania.
O nikim tak nie mówisz, jak o matce. O ojcu nie mówiłaś jeszcze nigdy. Nie widzę, by drżały ci kolana, ale słyszę jak drży głos. To wystarczy. Zatrzymajmy się na chwilę, bym mógł w końcu objąć cię. Niezdarnie i powoli, ale może to będzie kolejna próba dołożenia tego nowego elementu do twojego obrazu. Może dopiero teraz, kiedy aż śmiać mi się chce od własnej głupoty i od wątpliwości skleją się wreszcie w spójną całość. To nic, że to jeszcze nie wszystko. Chcę mieć jeszcze czas, żebyś mogła sama, kiedy tylko zechcesz, dokładać kolejne kawałki.
Wcale nie musi zaczynać się na K. Tyle już żyjemy, tyle już widzieliśmy, a jednak w obliczu tej prostej rzeczy umysł sam wpada w schematy myślenia. Koniecznie muszą być dwa słowa, a pierwsze na K. To głupie i wcale nieprawda.
Równie dobrze wystarczy przecież Cieszę się, że wróciłeś. Miałaś koszmary? Zrobiłem ci herbaty. Kiedy spałeś, zmieniłam opatrunek tej dziewczynie pod oknem. Chodź, zjemy razem.
A to przecież mówiliśmy już przedtem i mówimy codziennie. Daj jeszcze do siebie mówić. Daj spróbować sobie wystarczyć.
Masz czerwone policzki i spierzchnięte usta, dopiero teraz patrzę na twoją twarz bez strachu i bez paniki. Nie wiem, czy pękła jakaś skorupa. Pamiętam, kiedy miałaś twarz pokrytą farbą, w migających kolorowych światłach ledwie cię poznałem. Kiedy dotknęłaś mojej twarzy, jakbym miał naraz tam umrzeć, zniknąć, zostawić cię. Żebyś zapomniała mnie i nie marnowała czasu.
Ciągle i uparcie powtarzałem ci, dosłownie i w powłoczce innych słów, że jestem za stary. Że brnę nie wiadomo czemu w coś, czego już raz kiedyś chciałem, a los jasno dał mi do zrozumienia, że to nie dla mnie. Prosiłem, byś odgrodziła mnie stanowczo i szybko. Zanim przywykniemy do siebie.
Za późno? Za późno nauczyłem się mówić dziękuję.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Paź 08 2016, 19:32

Pewnie mogłabym posunąć się do takiej sztuczki, ale nigdy nie byłam przesadnie przebiegłym człowiekiem. I chyba wolę jednak te zdjęcia, bo widzisz, ja też nie za wiele wiem o twojej przeszłości. Zabawne, nigdy nie było mi to potrzebne by zbudować obraz ciebie, by przynieść ci pierwszą miseczkę zupy (nie pamiętam jaką wybrałam, pamiętam tylko, że bardzo się denerwowałam i doprawiałam trzy razy zanim przyniosłam do pracy). Ty wiesz o mnie znacznie więcej. Zapewne nie wszystko - ale przecież jest czas. Jeszcze pokażesz mi zdjęcia, jeszcze zabiorę cię w ważne dla mnie miejsca.
Nigdy nie zastanawiałam się nad tym co gwarantuje powodzenie relacji. Przyjaźni, zacznijmy od przyjaźni, na ile ważne jest podobieństwo. Chyba nie jest ważne w ogóle - bo różnimy się z Anną diametralnie, kiedy ona jest pełnym życia ognikiem, ja to chłodna baryłka lodu. Za to równoważymy się doskonale. Mam nadzieję, że potrafię ją uspokoić tak dobrze, jak dobrze ona wyciąga mnie ze swojej skorupy, do ludzi.
Jednak nic nie zdziwiło mnie bardziej jak wieść, że ciebie i Borisa łączy tak wielka przyjaźń. Ma to wiele sensu, świat jest jednak tak małym miejscem. Ten sam Boris z którym spędzam święta, zapija wódką smutki w twoim towarzystwie. Wielce się zmieszałam widząc was razem po raz pierwszy. Opowiedz mi kiedyś tę historię o spotkaniu Czarcich Włóczni, opowiedz mi też o kaszmirowych sweterkach, chociaż nie obiecuję, że nie będę się z tego śmiać.
Ciężko czasem spojrzeć na młodszą wersję samego siebie bez zażenowania - mnie czasem głupio za tę zafukaną dziewczynę którą byłam podczas ostatnich lat szkolnych. Poczucie wyższości dawała mi świadomość mojej samodzielności, na wszystko patrzyłam z góry. Szkolny bal? Głupota. Wyjście do miasteczka? Głupota. Trzymanie się za ręce?
Głupota straszna.
Długo nie lubiłam trzymać cudzych dłoni, kontakt fizyczny obdzierałam z wszelkiej czułości. Nawet kiedy zatrzymywałam się przy kimś na dłuższą chwilę, sztywniałam przy każdej próbie codziennych pieszczotliwości. Na Brożka chciałam przenieść całą swoją troskliwość, ale były czasy, kiedy i to wychodziło mi niezręcznie. Nie wiedziałam czy nie ściskam go zbyt mocno, czy nie trzymam za blisko. Rozluźniałam się nieco wieczorami, kiedy już zasypiał. Przez chwilę mogłam pogładzić go po włosach, ucałować jego skroń i opatulić kocem, nie czując się przy tym zbyt wylewnie.
Kiedy byłam młodsza nie miałam podobnych skrupułów. A potem proszę, nawet z własnym bratem przyszło mi się na oswoić.
Jak z tobą.
Powolny był to proces, ale dzięki temu nie czuje się głupio trzymając cię za rękę. Nie masz za co mi dziękować, też potrzebowałam na to czasu. Miałam być tylko na chwilę. Jeden semestr, na tyle podpisałam pierwszą umowę. Potem przedłużyłam do końca roku szkolnego. Teraz na czas nieokreślony.
Nieokreślony. Dobrze mi być wreszcie nieokreśloną w czasie, nie tylko tymczasową.
- Teraz? Pewnie tam gdzie zwykle - marszczę przez chwilę czoło i rozglądam dookoła, by w końcu wskazać dłonią w kierunku północno-zachodnim, o ile nie myli mnie pamięć - O tam. W Workucie - gdzie jeszcze zimniej niż tutaj. Bardziej ponuro, aż ciężko uwierzyć, że tyle szarości może skumulować się w jednym miejscu. Nawet las przez większość czasu zdawał się być bury - Nie wiem - odpowiadam na twoje pytanie z lekkim ociąganiem. Brożek mówi, że podobne rozważania nie mają sensu, nie ma już człowieka za którym tęsknię. I pewnie ma racje, ale ja wolę zgodzić się z tobą. W tęsknocie nie ma rozsądku - Chciałabym. Ale to się raczej nie wydarzy - wzruszam ramionami. Miłe byłoby takie spotkanie. Ja, ty, ona. Brożek też, chociaż wątpię by chciał przyjść, nawet w naiwnych marzeniach ta wizja wydaje się zbyt niewiarygodna. Pewnie jest już siwa jak gołąbek, ale wciąż wiąże włosy w warkocz. Musiałabym ją upominać by mówiła po rosyjsku, a i tak w każde zdanie wtrącałaby francuskie słowa, udając, że zapomniała ich odpowiedników. Gdyby wciąż była sobą pewnie zasypałaby cię morzem pytań i pewnie co chwila z zażenowania skręcałabym się w fotelu, kiedy chwaliłaby twoją brodę, czy talent, czy wychwalała sylwetkę.
Miła to wizja. Jednak nie ma co się nad nią rozczulać. Nie wszystkie urwane końce muszą znaleźć swoje szczęśliwe zakończenie. Nie wszystko da się naprawić.
Dobrze mi w twoich ramionach. Dobrze na tyle, że pozwalam sobie na chwilę smutku, krótki moment tęsknoty.
Nie trwa długo - bo za dużo się dzieje teraz. Serce pompuje krew tak szybko, że szumi mi w uszach i jest gorąco, trochę jestem zaczerwieniona przez wszystkie słowa - może i nie są konieczne te zaczynające się od wielkich liter, wielkiego K, ale wcale nie żałuję, że zdecydowałam się właśnie na te. Nie trzeba powtarzać ich w kółko, i wciąż, bo kubek herbaty wręczony po kolejnej wizycie u dyrektorki w sprawie brata potrafi powiedzieć równie wiele. I równie głośno. Dobrze było je jednak powiedzieć - żeby z twojej twarzy zniknął wreszcie strach. Czy te głupie wątpliwości.
Za stary, ten argument zawsze bawił mnie najbardziej. Bawi wciąż, popatrz, nawet teraz się z tego śmieję.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Paź 08 2016, 21:44

Wybacz mi tę dociekliwość. To po prostu jedyna metoda, o której wiem, że przynosi efekty: starannie zbadać, zapoznać się z jak największą ilością szczegółów. Przez jakiś czas, przez pierwsze kilka miesięcy a potem te głupie tygodnie niezdecydowania nie było innego wyjścia niż traktowanie cię jak pacjenta, jak historia choroby, którą trzeba skompletować i wyjaśnić. Co potrzebowałabyś o mnie wiedzieć? To przecież moja praca, ty po prostu bądź. Wtedy, w otoczeniu kaszmirowych sweterków (opowiem ci, jeśli chcesz i nie martw się – oboje będziemy się śmiać) starałem się na wszystkie sposoby być dla nich interesujący. Czytałem to, co oni i na siłę starałem się mieć odmienne zdanie, żeby chcieli mnie słuchać – nawet jeśli było to tylko, by udowodnić mi, że nie mam racji. Chodziłem na te same filmy i te same imprezy. Dopiero podjęcie decyzji o zostaniu uzdrowicielem rozwarstwiło naszą grupę i teraz, po latach, dochodzę do wniosku, że nie mam chyba aż tak źle w porównaniu. Słyszałem, że zbliża się zjazd szlachecki. Gdybym wciąż obracał się w tamtych kręgach, pewnie dostałbym zaproszenie. Każdy chciałby się chwalić: w najlepszym wypadku piękną żoną, w najgorszym liczbą podwładnych albo godzin spędzonych w biurze.
Po tym okropnie nudnym balu, na który wyciągnąłem cię we wrześniu odechciało mi się takiego towarzystwa na najbliższą dekadę. Ale jakoś, chyba tylko siłą przyzwyczajenia, chyba dobrze odnalazłbym się w rozmowie z twoją mamą. Nawet gdyby obok siedział Brożek. Martwiłem się o niego, nie tak jak martwisz się ty, ale znowu wkradła się w moje myśli perspektywa oskarżenia o złodziejstwo. Przecież ty go wychowałaś, ty pokazałaś mu świat i czytałaś książki do snu. Przez jakiś, może nawet długi czas na pewno myślał, że tylko on ma do ciebie prawo. Więc usuwałem się, zamieniałem z nim ze strachu (kto by pomyślał, co? Pracuję z milicją, a przed piętnastolatkiem zdjął mnie lęk) tylko tyle słów, ile było trzeba. Do momentu, w którym w końcu on przełamał jakąś blokadę w naszej relacji. Przestał wypytywać o ciebie, a zapytał o legilimencję. Nawet gdyby chciał mi wtedy wpakować skalpel w skórę to bym się zgodził. To przez ten upór, wiesz. Jak już sobie raz postanowię, to nawet latami potrafi męczyć mnie porażka.
Nawet te wtrącane do rozmowy francuskie zwroty jakoś bym przełknął, choć nigdy się go nie uczyłem, a niezrozumiałe fragmenty konwersacji zawsze wzbudzają we mnie nieufność. Przywykłem już i, choć staram się, byś tego nie widziała, zawsze mimowolnie nadstawiam uszu, kiedy zdarza wam się z Anną wpadać w szczebiotanie. Zawsze właśnie z tym kojarzył mi się francuski, nie uważałem, by był jakoś szczególnie romantyczny. Tak jak to duże K, pewnie jest przereklamowany.
Nawet jako przesadnie romantyczny i dość pryszczaty siedemnastolatek nie lubiłem go wypowiadać. To takie sztampowe wyznanie. Jak „nie mogę bez ciebie żyć”. Gdyby tak o tym pomyśleć, to przecież bardzo zły sposób na wyznanie uczuć, bo sugeruje przymus. Nie ma w tym elementu wyboru, deklaracji gotowości do poczynienia wysiłku. Jestem, bo muszę.
Ja też nie przywykłem do dotyku. To zawsze była formalność, klinika. Pod moimi rękami przewijały się dziesiątki obcych, ich blizny, siniaki, fałdy i przebarwienia. Nikt się nie wstydzi przed lekarzem, nawet ci najbardziej skryci, ci którzy umykają nawet przed przypadkowym muśnięciem dłoni. Zawsze jest wtedy coś, co ma większe znaczenie niż ten dotyk, jak chociażby wiedza, do którego ma doprowadzić. Nie ma już od dawna dotyku z niewyjaśnionej potrzeby, nieprzemyślanego i bliskości dla bliskości.
- Piszesz do niej? – chodźmy dalej. Zamarzniemy tu tkwiąc tak w bezruchu, choć teraz to już chyba mógłbym. Jeśli zimno zdołałoby się przebić.
Nie musisz się już przecież przejmować, co by sobie pomyśleli, gdyby nagle wyjechała. Zamieszkała z tobą i z Brożkiem, może zgodziła się leczyć? Takie krzywdy, krzywdy złych słów i lat nieszczęścia są zbyt często bagatelizowane. Jak nie krwawi – to nie rana. Przecież wiesz, wiesz dobrze, że to nieprawda.
A teraz, w tym zimnie i na tym pustkowiu chociaż przez moment na wszystko jest nadzieja.
No czego się śmiejesz? Jeszcze długo będę przy tym obstawał, ostentacyjnie wytykał ci przed lustrem kolejne zmarszczki na mojej twarzy. Długo będę prosił, choć pewnie jeszcze nie wprost, żebyśmy przywrócili ten bezpieczny balans. Ten, w którym jeśli kiedyś nie wrócę z akcji, szkoła znajdzie sobie następnego uzdrowiciela, a ty będziesz mogła pracować dalej. I nic więcej.
Bardzo cię proszę, kiedyś weź coś ciężkiego i mnie tym walnij. Bo zobacz tylko, nawet przez tę chwilę nie umiem się cieszyć bez obmyślania tragicznych scenariuszy. Może dopiero jakiś silny cios przestawi coś w mojej głowie i w spokoju, bez paniki dotrwam chociaż do kolejnego wspólnego obiadu. Kolejnego, a przecież w jakimś sensie będzie pierwszy. Obiecaj, proszę, że ugotujesz go w tym emaliowanym garnku, że zjemy bez ceremonii. Jedyną różnicą będzie tylko to, że nieważne, czy ktoś zobaczy. Ugotujesz przecież dosyć, by w razie czego dociekliwego przechodnia zaprosić do stołu i poczęstować porcją tego nowego spokoju.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Paź 08 2016, 23:11

Rozumiem tę lekarską dociekliwość.
Widzę ją nieomal każdego dnia. Pacjent rozkładany na części pierwsze by w pełni zrozumieć gnębiącą go chorobę. To działa, stawiasz poprawną diagnozę, ustalasz ścieżkę leczenia. Na początku miałam pewne obiekcje, nie jestem przecież jedną z twoich podopiecznych, ale to były moje opory przed odpowiedzią na jakiekolwiek pytanie. Gdybym nie odpowiedziała na żadne, prędzej niż później spakowałabym mój plecak, umówiła się z Brożkiem na kolejne wakacje i skierowała swoje kroki w odwrotnym kierunku, kończąc tę historię zanim się jeszcze zaczęła, zawieszając ją taką urwaną w połowie, niedokończoną, niezasklepioną.
Trochę musiałam poukładać w swojej przeszłości, chyba się udało. Mniej mnie już gryzie sumienie.
Mnie nigdy nie było po drodze do szlachetnie urodzonych. Nie rozumiem ich zwyczajów i chyba nie chcę - mogę jedynie żałować biednej Anny. Nie pasuję do salonów ze swoim brakiem manier, przed wrześniowym balem dwie noce nie spałam ze zdenerwowania, przekonana, że swoim brakiem obycia tylko przyniosę ci wstyd. W mojej rodzinie, owszem były pieniądze, pewnie są i nadal - ale aspiracji by wkupić się w towarzystwo, żadnych. Sierp i młot ponad wszystko. Moja mama w ogóle nie przypominała wyperfumowanych dam z wyższych sfer, była większą trzpiotką. Wciąż wierzącą, że jesteśmy we Francji. Nosiła rozkloszowane sukienki i raz w tygodniu piekła bagietki. A potem wszystkie wyrzucała do kosza, bo nie smakowały jak w Paryżu. Do snu opowiadała mi historie o stolicy pełnej świateł, malowała w wyobraźni brukowane uliczki i leniwie płynącą Sekwanę. Wymalowała krainę pełną szczęśliwości - kiedy mając 16 lat trafiłam tam w końcu, byłam bardzo zawiedziona. Stanowczo zabraniała nam mówić mi do siebie po rosyjsku, że przez pierwsze lata życia w ogóle go nie znałam, nauczyłam się dopiero w szkole. Przez większość czasu nawet myślę po francusku - tylko medyczne terminy mam wyuczone po rosyjsku.
Nie wiem czy byś się z nią dogadał, żyła w świecie mydlanych baniek. Pewnie dlatego tak bardzo je lubię.
Wiesz, ja też się tego obawiałam - chyba nam obydwojgu powinno być teraz bardzo wstyd, że tak krzywdzącą osądziliśmy o jego niedojrzałości. Przecież ja też nie miałabym nagłych obiekcji gdyby postawił przede mną kogoś i powiedział, że od dzisiaj nasza mała rodzina staje się nieco większa. Mam nadzieję, że kiedyś tak będzie. Może nie teraz, najpierw niech skończy szkołę (i wytrzyma chociaż jeden miesiąc bez szlabanu), ale za kilka lat? W końcu kiedyś muszę go wypuścić spod swoich skrzydeł. Ja wiele mil przeszłam całkiem sama, on też powinien.
To dobrze układa w głowie.
Śmieszna jednak sprawa z dbaniem o tych na których nam zależy. Nie boje się wchodzić w ciemne uliczki, ale kiedy myślę o Brożku to zaraz mi słabo, że ktoś go w takiej napadnie. Nie przeszkadza mi zimno tutaj, a cały czas niepokoje się, że ty się przeziębisz - Ostatnimi czasy bardzo rzadko - już od kilku miesięcy nie napisałam, może nawet od roku? - Nigdy nie wysyłam tych listów - i tak nie trafiłyby do adresatki - Chciałabym ją jeszcze zobaczyć, to normalne, ale pogodziłam się już z myślą, że to się raczej nie wydarzy. Prawie dziesięć lat już żyję bez niej. Dwadzieścia jeśli brać pod uwagę jej… nieobecność. Może rzeczywiście nie tęsknię nawet za nią, w swojej pamięci zrobiłam z niej wróżkę z baśni, a mało się to miało do rzeczywistego obrazu - dużo lat minęło, szczegóły zacierają się w pamięci. A i dzisiaj pamiętam, że pod ręką zawsze miała kieliszek z białym winem.
Kiedy miałam osiemnaście lat wiedziałam, że - chociaż chcę - nie będę potrafiła zająć się obojgiem, dlatego nie naciskałam kiedy powiedziała nie. Może dlatego powiedziała nie? Nie wiem czy to się zmieniło. Czy - gdybym dzisiaj dostała list, że została sama, że tamten umarł i nie wróci - potrafiłabym wszystko ułożyć w całość. Z trzech szczoteczek nagle zrobiłyby się cztery, to już tłok.
Nie wiem czy to najlepsza pora na takie rozważania - Często piszesz do swojej? - bo wiem, że ojciec nie żyje. Przykro mi z tego powodu, pewnie też pięknie grał mazurki.
Kiedy będziesz wytykał mi zmarszczki, ja ci pokażę ten siwy włos który znalazłam przed dwoma miesiącami. Przecież czas płynie dla nas tak samo, ja wcale nie młodnieje. Sama widzę, że porankami po ciężkich nocach skórę mam szarą i cienką jak pergamin, że wokół oczu pojawiają się pierwsze zmarszczki. Pochodzę z rodziny srebrnowłosych, zobaczysz, będę biała znacznie szybciej niż ty.
Nie wiem czy chcę teraz myśleć o swojej matce - na pewno nie chcę rozważać czarnych scenariuszy. Możesz nie wrócić z akcji milicji, ale równie dobrze możesz wracać każdego dnia, do ciepłej zupy, gorącej herbaty i mnie. Gdyby myśleć czarnymi scenariuszami, to i mnie w każdym momencie może przydarzyć się jakiś wypadek. Ot wybuchnie kociołek podczas ważenia eliksirów, szkoła znajdzie nową pielęgniarkę, co zamiast zupy przynosić będzie ciasto.
Już jej nie lubię.
Nie mam innego garnka niż ten emaliowany. Za to następną do kolekcji mogę kupić żeliwną patelnię, będzie odpowiednio ciężka.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Nie Paź 09 2016, 22:28

Im dłużej pracuję w szkole, tym bardziej się cieszę z podjęcia tej decyzji. A to przez tę dociekliwość właśnie. Dzieciaki łatwiej jest rozgryźć, nie są jeszcze tak pogmatwane. Wystarczy obietnica dyskrecji i odpowiadają na większość pytań bez zahamowań. Nie trzeba przedzierać się przez grube warstwy ogródek: kłamstwo, choć rozwija się szybciej, niż chciałbym wierzyć, i tak nie jest jeszcze dobrze wyćwiczone.
Nie wiem, czy pomogło ci takie usystematyzowanie w pracy. Spojrzenie na całość człowieka tak, by dała się rozłożyć. Większość ludzi ma opory przed otworzeniem się, a przybierają one zarówno postać pustego miejsca tam, gdzie powinien być podpis pod zgodą na operację i tę gorszą, postać milczenia.
Nic by się przecież nie stało, gdybyś nie zaryzykowała i nie poświęciła szkole tego czasu. Gdybyś postanowiła milczeć cały czas i uznała, że w końcu wezmę się też za ciebie, nikt by za nikim nie tęsknił i byłoby tak jak zwykle. Przepraszam, jeśli przygniecie cię ta świadomość, ale to twoja decyzja zmieniła definicję pojęcia „jak zwykle”. Lubię myśleć, że to przyjemny ciężar, jak głowa na kolanach i kant twardej okładki jakiejś książki boleśnie wbijający się w źle ułożony łokieć.
Głupie pytanie. Kiedy ja miałem osiemnaście lat, nawet chomikiem nie umiałbym się zaopiekować. Wszystko było wtedy inaczej, w życiu priorytetem była jeszcze chwała, sława. Imprezy, dziewczyny. Dopiero zaczynałem zwalniać, nabierać powagi, która teraz bywa moją zmorą. Trudno mi po prostu wyobrazić sobie, że byłaś kiedyś mniej dorosła. Twoja dojrzałość szybko zrobiła na mnie wrażenie i choć twój młody wygląd zawsze był jak alarm wybrzmiewający gdzieś syreną w mojej głowie, wydawałaś się zawsze bardziej dorosła, niż dziewczyny w twoim wieku, choć wiele z nich ma już własne domy, rodziny. Mają swoje zmęczenie kobiet nieszczęśliwych, mają podkrążone oczy, a w kieszeni pudełko, do którego chowają obrączkę wychodząc na miasto.
- Przykro mi. – mógłbym to zdiagnozować, wydłubać jak pęsetą jakieś zaburzenie z twojej wypowiedzi. To niezdrowe objawy, wytwarzanie sobie w głowie iluzji i utrwalanie ich. Zaspokajanie potrzeb społecznych zniekształconymi wspomnieniami bliskiej osoby. Psychiatria na każdy sposób radzenia sobie z tęsknotą i smutkiem ma jakąś nazwę. Niektóre są nawet uszlachetnione pochodzeniem mitologicznym.
Ale nie będę teraz wkładał kitla, notował na podkładce ze ściągniętymi brwiami i oglądał każdego twojego ruchu pod lupą. Rozumiem przecież. Jest granica między ludźmi a pacjentami. Na dobrą sprawę i u siebie orzekłbym kilka z tych mitologicznych kompleksów. Rozumiem, choć przecież nie rozumiem zarazem.
- Nie. Ona raczej pisze do mnie. Nalega, bym umówił się z jej modystką, albo dawał lekcje fortepianu wnuczkowi jej koleżanki z klubu książki.
I zawsze było tylko to. Mikhail, kiedy przyprowadzisz na obiad jakąś narzeczoną? Mikhail, włóżże na siebie wyprasowaną koszulę. Przestań w końcu się narażać zbierając pijaków z ulicy. A ojciec w ogóle nie pisał. Przysyłał po prostu bilety na swój kolejny koncert, czasem też bilet na pociąg. Rzadko rozmawialiśmy jedząc wspólny obiad, zawsze byli z nami jego przyjaciele, patroni, dyrektorzy opery. Pytali, co chcę w życiu robić, a ojciec zawsze bardzo interesował się zamówionym daniem i kształtem widelca do ryby, kiedy dziwiła ich moja odpowiedź.
Może to przez te koncerty i niezręczne kolacje też rozczarował mnie Paryż. Wszyscy mamy wygórowane oczekiwania wobec tego miasta, a przecież to tylko budynki, chodniki, ludzie i cała masa rond, w których nie sposób się połapać. Zwłaszcza w młodości, oglądając stare filmy, dopieszczając w myślach wizerunek wymarzonej manic pixie girl z filmów Godarda, wydaje się, że tam nawet woda z kranu smakuje inaczej, że czuć w niej łzy porzuconych kochanków i krew z pękniętych pod zazdrosnymi pięściami warg.
To dopiero bzdura. Trzymanie się za ręce nie może się nawet równać, co?
Brożek jest pewnie teraz właśnie w takim wieku, że marzą mu się niewyraźne od mocnego wina noce na Montmartre. Że zdaje mu się, że można ze świata wycisnąć więcej życia dla siebie niż ma teraz. Niech sobie w to wierzy. My sami musieliśmy przejechać się na takim myśleniu, chociaż i przy nas byli przecież tacy, co chcieli dla nas jak najlepiej. A tak, jak się człowiek sam nauczy na własnych błędach i zebranych doświadczeniach, przynajmniej ma poczucie, że jest swój własny. Każdemu z tych młodocianych iluzji zostanie co innego. Mnie został romantyzm ususzonych listków, a tobie mydlane bańki. Ale jesteśmy już dorośli i nikt nie ma prawa nam tego wytykać; nie ma już wyższej instancji, bo nie słucha się staruszków. Kładzie się ich do łóżka, udaje, że słucha, kiedy opowiadają o minionych latach.
A my uciekamy od nich, przyznaję się do tego bez bicia. Może to właśnie ta bezsilność wobec ich bezsilności powoduje ten strach przed starością? Że zostawię cię z nią i znowu będziesz miała kogoś na głowie.
Tak, kup patelnię. Jak widzisz, nie obędzie się.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Pon Paź 10 2016, 19:54

Myślę, że jest coś wzruszającego w starości przeżywanej we dwoje.
Może to być jedynie koncept literacki, nie mam wielkiego doświadczenia w przebywaniu w towarzystwie staruszków. Znałam tylko jednego, dobrze nam było razem przez te trzy miesiące kiedy płacono mi za opiekę. Szybko zaczęło być mi głupio, że biorę za to pieniądze - pewnie grzecznie bym z nich nie zrezygnowała, gdyby nie Brożek. A może to tylko była taka wymówka? Coś co mówiłam sobie by uspokoić sumienie za każdym razem kiedy biała koperta trafiała do mojej kieszeni?
Pewnie zbyt często wykorzystywałam jego i wszelkie okoliczności około życiowe za wymówkę i usprawiedliwienie rzeczy niewygodnych.
Myślę, że jest coś wzruszającego w starości przeżywanej we dwoje. I smutnego zarazem, bo w końcu z pary pozostaje tylko jeden staruszek, pełen historii których nikt nie chce słuchać. Twoje dziewięć lat więcej wcale nie przesądza o tym, że to mnie przyjdzie przynosić ci posiłki do łóżka. Z tego co zdążyłam się nauczyć przez to dwadzieścia sześć lat - życie nijak ma się do utartych schematów i lubi kpić sobie z wszelkich wyobrażeń. Tym bardziej bawi mnie przesądzanie, że jesteś dla mnie nie odpowiedni w oparciu o wizję przyszłości za lat pięćdziesiąt.
Jak wytrzymasz ze mną tyle to dbanie o twoją wygodę na stare lata niewielkim będzie podziękowaniem. A i nie o ciągłe dziękowanie przecież tu chodzi.
Może o to, żeby pomimo wszystkich lat, jeszcze jeden dzień więcej, jeszcze godzinę dłużej pobyć w swoim towarzystwie. Bo czas zawsze jest ograniczony, nawet jeśli nie przez nas samych.
Jest coś wzruszającego w starości przeżywanej we dwoje, bo widać wtedy pomiędzy ludźmi prawdziwą bliskość, w pełnej jej krasie. Obok siebie też przeżyć można wiele lat, tak zaobserwowałam, niby dzieląc życie, a dzieląc co najwyżej kuchnię, duży pokój i sypialnię. Bliskość buduje się latami, to wiem na pewno, długotrwały to proces. My pierwsze kroki mamy już postawione, popatrz jak dobrze pasują do siebie nasze dłonie i jak swobodnie możemy przejść od tematów cięższych do lżejszych, bez jakiegoś wstydu i przekonania, że właśnie zrobiło się z siebie głupka (chociaż kilka miesięcy zajęło mi nauczenie się swobody, bardzo się bałam, że jak zobaczysz mnie taką szczerą i brzydką, to nawet i zupa przestanie ci smakować). Znacznie więcej jeszcze przed nami, ale dobrze mi się idzie w twoim towarzystwie, nawet w takim ciemnym, nieznanym i zimnym miejscu. Nie muszę zwalniać czy przyśpieszać, tempo mamy podobne.
To ważne. Nie ma nic gorszego niż w połowie drogi dostać zadyszki, odechciewa się dalszego spacerowania.
Uśmiecham się lekko, ściskając twoją dłoń nieco mocniej - bo i mnie czasem bywa przykro, że się już nie zobaczymy, ja i ona. W każdym wieku potrzebuje się matki. Może ta potrzeba objawia się zupełnie inaczej kiedy dorastało się szybko i na własną rękę, może inaczej kiedy żyło się niby razem, a osobno - ale jest, nie ma czego się wstydzić. Pewnie jeszcze nie raz w życiu przyjdzie mi żałować, że jej nie ma, bo są takie momenty kiedy się jej potrzebuje bardziej niż zazwyczaj.
Każdą lukę można jednak załatać. W lepszy czy gorszy sposób, ale można - Co jest nie tak z modystką? - pytam nieco żartobliwe, takie normalne wydaje mi się w tym momencie matczyne swatanie. Trochę też zabawne, powiedz mi, czy tak się objawia troska?
To zabawne, wyższy jest już ode mnie, a wciąż widzę w Brożku sześcioletniego chłopca. Dziewczęta dopingują mu podczas meczy, a ja mam takie myśli, że on przecież jest jeszcze taki młody i niedoświadczony (co wybitnym jest przejawem hipokryzji). Ja w jego wieku żyłam już sama, byłam dorosła i butna, jemu tak bardzo chcę oszczędzić wszelkiej odpowiedzialności, że aż zbyt bardzo pobłażam. I zdaje sobie sprawę, że bywam zbyt miękka, że za szlaban powinien być szlaban, może przestałby się bić z kim popadnie czy popadać w kłopoty, ale jak tylko spojrzę na tę jego minę zbitego psa to cała złość ulatuje momentalnie.
Na ciebie też się pewnie nie będę potrafiła gniewać, nawet jeśli trzy razy na dzień będziesz wypominał mi własny wiek i ryzyko zawodowe.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

¾

35 lat

bogaty

uzdrowiciel szkolny

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Czw Paź 13 2016, 21:42

Tak, jest w tym coś wzruszającego. Być może nawet budującego, przywraca człowiekowi wiarę w wiele rzeczy. Że wytrzyma, że czasem można w ostatecznym rozrachunku wygrać chociaż jedną bitwę z czasem, chociaż wychodzi się przeciw niemu nierzadko z mniej niż nożem w ręku.
Zdaje mi się też, że coś podniosłego, choć oni pewnie widzą to inaczej. To już są inni ludzie niż my, pamiętają zupełnie inny świat i oprócz resztek życia dzielą też między sobą pewien obowiązek: są niejako strażnikami, powiernikami tajemnic minionych czasów. Nikt już poza nimi ich nie pamięta i z dnia na dzień, z każdym ostatnim zaśnięciem tracimy kolejną okazję. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo świecące neony i cekiny innych spraw oddalają nas od przeszłości, od historii mówionej. Potrzebujemy teraz ruchomych obrazków, rozbłysków światła, dudniącej muzyki.
Starość jest dla nas zbyt spokojna, ale niedługo zaczniemy tęsknić do tego spokoju. Jeszcze na razie po prostu jesteśmy tak nieosłonięci. Ty dopiero dawno wyszłaś spod ochronnego płaszcza wieku, w którym starość jest abstrakcją, ja trochę wcześniej, ale jeszcze udaje mi się umknąć przed tą świadomością, że czterdziestka to też jakaś granica. Że fizjologicznie wszystko będzie działać jak należy, ale. Po prostu zaczną pojawiać się ale, różne braki w życiu, których wcześniej nie odczuwałem.
Czy musimy się teraz prześcigać? Wydzierać nadal otoczeniu parę chwil dla siebie? A może by tak to wszystko zignorować? Rzucić i wyjechać w Bieszczady, jak zmęczeni życiem biznesmeni? Masz przecież czasem cienie pod oczami i poznaję, że nie spałaś. Sam nie dostrzegam czasem spod nich własnych oczu. Ale nie chcę przespać życia, nawet mimo zmęczenia, które utrudnia nawet wlanie wody do czajnika. Boję się czasem też, że kiedy zamknę oczy, zobaczę coś, co wolałbym już zapomnieć. Zwykle nie miewam snów, a jeśli już – nigdy nie są dobre, nie pamiętam, bym kiedyś z rozmarzeniem wspominał senne marzenia, chcąc tylko wrócić do łóżka i śnić dalej.
Może to dlatego samotni staruszkowie śpią tak dużo w ciągu dnia? Kiedy zostaną już sami godzą się z tym, że świat nie poczekał na nich, tylko wyrwał się do przodu i nie ma już dla nich miejsca. Pewnie myśli sobie, że wystarczy im bólu i leków, by nie interesowali się już niczym poza szufladami w komodzie i dźwiękami wiadomości z radioodbiornika. A oni zasypiają w nadziei, że przyśni im się miejsce, któremu nadal są potrzebni. A potem nie śpią nocami i śpiewają szeptem stare piosenki. Nieraz słyszałem podczas nocnego dyżuru te smutne głosy i słowa, których jedynie okruszki zostały mi w pamięci z własnego dzieciństwa.
Nie szkodzi. Na każdą zadyszkę jest sposób; wystarczy na chwilę się zatrzymać, spojrzeć jeszcze raz do celu, i ruszyć znowu, kiedy znajdzie się nowy zapał. Najważniejsze, żeby się nie cofać. Nie powtarzać błędów, nie marnować razem spędzanego czasu. Nie łudzić się nagle, że znajdzie się coś lepszego.
Jestem zwolennikiem ułomności wyborów.
Śmiech dziwnie brzmi w tej głuszy, nie pasuje tu, ale to wspaniałe. Każdy, kiedy tylko słyszy o modystce mojej matki, zakłada, że to z nią jest coś nie tak i nie mogę się powstrzymać.
- Jest w porządku. Była jeszcze uczennicą, kiedy zacząłem pracować w szkole. Gorzej z tym dzieciakiem od fortepianu; ten to dopiero koszmar.
Zaraz krew przestanie krążyć mi w palcach od tego twojego uścisku, a przecież nie opuszczam cię ani na krok. Może powinniśmy już wrócić, zaraz pewnie zaczniesz się martwić, czy Brożek zjadł już kolację. Mnie zacznie naglić perspektywa utarcia maści, trzeba to zrobić dość szybko, zanim łodygi uschną.
Musimy wrócić z tej krótkiej podróży do życia, które wciąż czegoś od nas wymaga. Jeszcze nie czas na spokój. Byliśmy nieobecni krótko, może kilka godzin, a jednak – zdaje mi się – wracamy nieco bogatsi, pewniejsi.
- Wracajmy już.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   Sob Paź 15 2016, 21:20

A wiesz, że nigdy nie byłam w Bieszczadach?
Może zbyt mało doceniam okoliczne strony, jak już podróżuję to zawsze daleko, zawsze tam gdzie sam krajobraz udowadnia, że nie jest się blisko mateczki Rosji. Kiedy byłam młodsza szczególnie potrzebowałam odmiany.
I dalej nie lubię szarych ulic rosyjskich, ale uczę się powoli doceniać jej uroki. Pewnie więcej w niej miejsc takich jak to, czy nie chwalimy się wszędzie, że jesteśmy krajem o największej powierzchni? Nawet dzisiaj, po rozpadzie wszystkich unii i związków, które jeszcze kilka lat temu uparcie nazywało się wiecznymi i nienaruszalnymi.
Mnie też już niedługo czeka przekroczenie magicznej granicy - i niezależnie od tego jak bardzo chciałabym ją przegapić, nie będzie mi dane - jednocześnie skończy się przecież stulecie. Zacznie następne. Już nie nasze, tak myśle, to będzie wiek kolejnego pokolenia. Będę mieć trzydzieści lat, ciekawe co jeszcze się zmieni. Myślę, że warkocza nie zetnę, chyba dziwnie by mi było w krótkich włosach, nie uważasz? Może nie będę chodzić już w tych wojskowych butach, znajdę coś lżejszego? Najwyższa to będzie pora zadbać o swoje ciało, przestać regularnie zdzierać stopy. Chyba jeszcze nie potrafię wyobrazić sobie siebie za te cztery lata, widzę obraz dobrze znajomy mi już teraz. Garnek, zupa, płyty gramofonowe. Z drugiej strony, kilka lat temu nie chciałam zatrzymać się na dłużej w jednym miejscu, może czas rewiduje wszystkie potrzeby. Część uznaje za błahe, inne za bardziej istotne, dodaje te o których nawet nie pomyślałoby się wcześniej. Jak ta patelnia. Skoro mam już garnek, cały czas myślę o patelni. Żeliwnej, z grubym dnem i porządną rączką. Pewnie będą mi dochodzić kolejne patelnie.
Staruszkowie zawsze otaczani są masą przedmiotów, całymi dziesięcioleciami pragnień i zachcianek. Paradoksalnie, myślę, podobna jest do siebie starość i młodość. Bo kiedy ma się jeszcze lat dwadzieścia bez żadnych haków i kawałków im mniejszy plecak tym lepiej, większa jest wolność. Rzeczy nie mają znaczenia. Im przybywa lat, tym rośnie chęć posiadania - aż przekracza się pewną granicę i to co materialne po raz kolejny traci na jakiejkolwiek wartości.
Żebym tylko teraz nie wpadła w manię posiadania.
- Jak większość dzieci - dziwne takie stwierdzenie w ustach szkolnej pielęgniarki, wiem. W końcu dobrą mam do nich rękę i potrafię dotrzeć nawet do najbardziej zawziętego. Chyba pomagają mi w łakocie, ukryte w jednej z puszek. Znacznie łatwiej przekonać do wypicia paskudnego eliksiru, kiedy na horyzoncie majaczy smaczna nagroda. To się z wiekiem nie zmienia, tylko mniej otwarcie się do chrapki na tę nagrodę przyznaje. Wystarczy spojrzeć o ile prościej przychodzi wykonywanie nielubianych czynności, kiedy wiadomo, że wynagrodzenie będzie odpowiednio wysokie. Dzieci są bardziej szczere w swoich pragnieniach, otwarciej stawiają warunki. Dużo się można od nich nauczyć w tej kwestii. Uczyć wolę się jednak na odległość, kitel gwarantuje bezpieczną granicę - To zdecydowanie jest zbyt młoda - uśmiecham się lekko pod nosem. Taka różnica wieku, jakbyś mógł, zbyt wielkie brzemię to przecież dla młodej dziewczyny. Młode dziewczęta muszą spotykać się jedynie z chłopcami co najwyżej niewiele starszymi. Takie jest prawo rządzące stosunkami społecznymi, nie można ich łamać. Młodzi ludzie powinni młodo wiązać się w pary z równie sobie młodymi, by z pogardą patrzeć na takie wieczne latawce jak ja. Do tej pory dzieci powinnam mieć już dwójkę, jedno wciąż przy piersi, drugie jeszcze w wózku. W jednej ręce siatkę pełną zakupów, w drugiej pełną rozczarowań. Włosy mieć pięknie uczesane, twarz umalowaną, spod której dyskretnie daje o sobie znać zmęczenie.
Niepotrzebnie się teraz tak puszę, bo przecież nie powinnam oceniać która ścieżka jest lepsza. Wartościowanie nie ma w tym przypadku racji bytu, każdy wybiera swoją. Może mając dwójkę dzieci i siatki w dłoniach, bogatsza byłabym o tyle, o ile biedniejsza bez wszystkich lat wałęsania się po świecie. Skoro tylu ludzi decyduje się na typowe drogi, musi być w nich coś kuszącego.
Komfort, stałość zapewne - Wracajmy - zgadzam się, zimno. I późno, a dużo jeszcze pracy przed nami. Zaczął się sezon quidditcha, więcej treningów, więcej złamanych kończyn. Potrzeba twojej asysty żeby wszystkie je dobrze poskładać.
Ja będę stać tuż obok.

[zt]
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Jezioro Tierie-Chol, Tuwa   

Powrót do góry Go down
 
Jezioro Tierie-Chol, Tuwa
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: