IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Rezerwat Focul Viu, Vrancea

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieRezerwat Focul Viu, Vrancea   Sob Lip 16 2016, 12:37

Rezerwat Focul Viu, Vrancea

O rezerwacie Focul Viu w rzeczywistości mało kto słyszał – jest znacznie częściej odwiedzany przez miejscowych niż turystów, gdyż został ulokowany w niedużej wiosce Andreiașu de Jos położonej pośród rumuńskich gór Vrancea. Jego cechą charakterystyczną są częste trzęsienia ziemi, a także słynny magiczny ogień, który wydobywa się spod powierzchni na zewnątrz, tym samym tworząc samowolnie płonące ogniska. Buchające płomienie z ziemi są niezwykłą atrakcją dla wszystkich mieszkańców i wędrowców, a najlepszą porą do odwiedzenia tego miejsca jest czas po zmroku.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Nie Lis 13 2016, 17:21

Dywan ułożony z rozżarzonych węgielków, otoczony buchającymi niespodziewanie płomieniami ognia, prosto spod ziemi, jakby sam Dażbog i Nyja urządzali sobie razem imprezę, wtórując tym wszystkim zgromadzonym tutaj ludziom. Mrużę oczy, obserwując, jak jeden z młodych chłopaków, niewiele pewnie młodszy ode mnie, przechodzi, a raczej próbuje, w spokoju przejść po węglach tak, aby nie zacząć biec. W końcu to mogłoby zostać źle przyjęte. Z lewej strony dobiega do mnie zapach przygotowywanego nad ogniem, na prowizorycznym grillu kozunaku, na który już czekam, aż mi prawie ślinka cieknie, ale skupiam swoją uwagę na wszystkich wokół. A jest na czym. Ludzie w różnym wieku, z różnych zakątków świata, choć najwięcej jest tu miejscowych, rozmawiający ze sobą, grzejący się w małych grupkach i czekający na swoją kolej przy wróżeniu. Nie da się jednak ukryć, że nikt z tutejszych nie traktuje wróżb w Święto Złotej Baby całkiem poważnie, ciesząc się po prostu z okazji do świętowania i przyjęcia gości. Przechodząca obok pnia, na którym siedzę starsza kobieta podaje mi słoik z mętną, jasną cieczą. Wino z bzu, którego zawsze ciężko mi odmówić, ale złośliwi mogliby twierdzić, że mnie ciężko jest jakiegokolwiek alkoholu odmówić. A chuja prawda.
Wlewam sobie wino do mordy i podnoszę wzrok na buchający nagle ogień, prawie na środku zgromadzenia, jeszcze parę centymetrów i popaliłby przechodzące obok dziewczę, które, oho, do mnie zmierza. Parę centymetrów i nie zapytałaby mnie tak ochoczo, czy wywróżyć mi, kto będzie moją żoną. Dziękuję jej z szerokim uśmiechem i kręcę głową, zapewniając, że tak, na pewno nie chcę wiedzieć. Dobra mina do złej gry, ale bogom ducha winna dziewczyna wiedzieć nie może, że po kurwa dziurki w nosie mam wróżb, całych rozsianych po moim ciele, za dużo już przyszłości poznałem, żeby się teraz bawić w jakieś zgadywanie imienia małżonki. Dobre. Na pewno się kiedyś ożenię. Jak znajdę chwilę czasu na wypowiedzenie przysięgi. I tyle będzie mnie pewnie widziała, jeśli naprawdę z jakichś popierdolonych powodów dojdzie do tego, że zostanę czyimś mężem. Małe szanse, bo miejsca nie potrafię sobie nigdzie zagrzać. Teraz też. Spuszczam głowę i dłonią zaczynam na ziemi rysować bezsensowne wzory. Powinienem być w Moskwie, albo w Petersburgu, w domu, gdziekolwiek, ale u Matyldy albo z drużyną i chuja, co zrobiłem. Co oni zrobili.
Onegin, nie wracasz do gry, dopóki sobie ze sobą nie poradzisz.
Bo kurwa, oni sobie nie radzą. Nie wiem, jakie problemy mi przykleili do dupy, jednym uchem wleciało mi, że alkohol i te ataki, drugim mi wszystko wyleciało, bo jedną nogą stałem już w Rumunii, błogosławiąc w duchu teleportację, cenię szybkie środki transportu. Czy tam spierdalania.
Podnoszę głowę, gdy nieopodal ktoś zaczyna napierdalać na skrzypcach, chociaż to złe określenie, bo gra bardzo ładnie. Cyganie, aż się cieplej robi od ich kolorów.
Gdzie te kozunaki? Gotowe już? Jadłbym.
Powrót do góry Go down
avatar


trochę Belgrad, trochę reszta świata

brudna

26 lat

przeciętny

zielarka

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Nie Lis 13 2016, 20:26

Wróżby to nie moja bajka. Magia to wciąż nie moja bajka. Choć od pąkla niemal zawsze obecna była gdzieś obok, na granicy widzenia, zawsze o krok z tyłu, by zniknąć całkowicie, nim człowiek się zorientuje, nim głowę uda mu się obrócić, by zerknąć tam, gdzie coś przed chwilą mu mignęło; gdzie na wyciągnięcie ręki miałam odpowiedzi i rozwiązania, po które bałam się sięgnąć, to nigdy nie zakorzeniła się na tyle, aby czuć się z nią pewnie. Wcale nie jest jak miecz dla rycerza, żadne to przedłużenie ręki, lecz bardziej jak kikuty, do których należy się przyzwyczaić. A mimo to, mimo nierozumienia tak wielu rzeczy, ponownie tu jestem. Tu, gdzie pierwszy raz chciano mnie z nią oswoić, wrzucić w nią, jak w te przepastne dziury mieniące się złotymi płomieniami. Wśród niegasnącego ognia, rozżarzonych drobinek wirujących ku górze w mroźnym powietrzu, by wtopić się w czerń listopadowego nieba, złączyć z migającymi zwodniczo gwiazdami.
Gdy byłam tu pierwszy raz, leżąc na wznak na ziemi – zaledwie przez parę minut, a później niemalże trzy tygodnie spędzając w łóżku, z mięśniami tak obolałymi, jakby nie z chłodem, ale ojcowską ręką się spotkały – nie chciałam, by interesowało mnie cokolwiek poza gwiazdami. To ten dzień był ostatnim, kiedy ujrzeć można było leonidy, jedne z najjaśniejszych meteorytów, jedne z tych, które pojawiały się szalenie rzadko, których wypatrywanie przez ostatnie dni nie szło mi ani trochę. I chciałam, naprawdę bardzo chciałam spojrzeniem pochwycić chociaż jedną spadającą gwiazdę, wyrzucić w jej stronę marzenie, by spaliło się na końcu ciągnącego przez nią ogona. Nie podobało mi się, gdy co chwilę ktoś do mnie podchodził, gdy zaczepiał, przysłaniał niebo, rozkojarzał –nie przyjechałam tu rozmawiać, nie chciałam dowiadywać się niczego o swojej przyszłości, pozwalając samej sobie odkrywać ją kawałek po kawałku, jak olbrzymie puzzle, których każdy element obracać należy na wszystkie strony, by sprawdzić, czy na pewno nie będzie pasował. I wracałam niezadowolona, nie chcąc słyszeć już o żadnej magii, nie chcąc uczyć się wróżb, nie wkładając pod poduszkę karteczek z imionami chłopców, którzy mi się podobali, by rankiem wyciągnąć jedną z tym jedynym, przeznaczonym mi na całe życie. Z policzkiem przyciśniętym do zimnej szyby, z wzrokiem wciąż wbitym w niebo, w nadziei, że jeszcze uda mi się dojrzeć spadającą gwiazdę, całej reszcie migoczących na firmamencie punkcików kazałam znikać i – niech Weles mnie rozliczy, jeśli kłamię – znikały, pogrążając okolicę w nieprzejednanych ciemnościach, bo nawet gdzieniegdzie czające się wieczne ogniska wydawały się dużo bledsze, nie buchając tak jasnym ogniem.
I znów wracam w to miejsce, już bez lęku, wciąż jednak bez przekonania i bez nadziei na to, że może tym razem los zechce być łaskawszy, meteoryty zsyłając wprost w jeden ze znajdujących się w Focul Viu kraterów, by mi już żadna spadająca gwiazda nie umknęła.
Pomagając Cosminie w zapewnieniu ciepłego poczęstunku przybyłym gościom, lawiruję między ludźmi, niezręcznie, starając się nie przeszkadzać, nie przerywać rozmów i wykonywanych przezeń czynności, bez słowa podsuwając tackę z parzącymi w palce kozunakami, dopóki nie zostaną na niej jedynie okruszki, dyskretnie zbierane przeze mnie opuszkiem palca; dopóki znów cierpliwie czekać będzie trzeba na następną porcję, siadając na tej wymarzniętej ziemi, przy trzaskających złośliwie płomieniach, które to przysłaniają, to odsłaniają mi twoją sylwetkę pochyloną nad ziemią. I coś hipnotyzująco niepokojącego jest w geście, jakim oddzielasz od siebie kawałki chlebka. Do tego stopnia, że ponaglające nawoływanie Cosminy zbywam machnięciem ręki. Pomoc ofiarowałam jedynie z dobrej woli, ta już się wyczerpała.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Nie Lis 13 2016, 21:53

Kozunaki pachną intensywnie i czekam już na nie, prawie niecierpliwie, chociaż wracam do obserwowania szlaczków na ziemi, jak tylko ktoś podsuwa mi słodki chlebek, nawet nie wiem kto, pewnie ta sama, starsza kobieta, która wcisnęła mi wcześniej do ręki słoik z winem. Kozunaki są słodsze niż myślałem, ewidentnie z rumem i zastanawiam się kto wpadł na takie połączenie i chociaż są bardzo smacznego, to jednak nie tego mi teraz trzeba.
Zjadłbym rybę.
Świeżo złowioną i usmażoną, najlepiej od razu na brzegu i taką gorącą, jeszcze cuchnącą, ze złotą lub srebrną skórą i zaskoczoną miną. Wszystkie głowy ze szkieletami lądowałyby później w zgaszonym ognisku, tworząc upiorny, błyszczący stos.
Ach. To dlatego, mam ochotę na rybę. Bo jadłem taką, cholera wie jaka to dokładnie była, tutaj, gdy trafiłem do rezerwatu po raz pierwszy. Jeszcze byłem gnojkiem, w wieku szkolnym, choć już po mutacji, ale już wtedy wiele osób życzyło mi, żeby mi ość w gardle stanęła. Co się jak widać nie stało i ba, nawet blisko nie było. Zawsze miażdżę ości zębami a co mniejsze po prostu połykam, choć wielokrotnie byłem upominany przez starą kutwę ciocię-babcię, abym tego nie robił. Ziemniaków prosto z ogniska wyciągać i wsadzać do japy też nie wolno a jakoś wszystkie te autoataki przeżyłem bez szwanku. Drobne poparzenia się nie liczą, bo kurwa, ludzie są w stanie sparzyć sobie język upijając łyk herbaty.
Rozrywam bochenek na pół, biorąc chyba za duży kęs, bo czuję się jak chomik z policzkami wypchanymi kulkami słodkiego pieczywa, ale chuj, to nie ma znaczenia, przecież zawsze sobie pakuję do japy prawie wszystko naraz i potem kurwuję na siebie w myślach, kiedy muszę to połknąć i faktycznie mnie zatyka, jak się cała ta papa próbuje przecisnąć przez przełyk. Nienawidzę tego uczucia, więc nie wiem, czemu sobie to stale robię.
Jak wiele innych rzeczy.
Zejdź na ziemię, Onegin.
Tak mówią, a ja do chuja pańskiego nie wiem dlaczego, bo nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek podskoczył i za daleko z tego pierdolonego padołu odleciał. Kurwa od gnojka byłem bardziej racjonalny niż Matylda, pomimo wszystkich tych wariacji, którymi ubarwiam sobie życie słaby ze mnie marzyciel.
Podnoszę się w końcu, opierając rękę na kolanach odchylam głowę do tyłu i paroma haustami wypijam wszystko, co mi w słoiku zostało, a potem wycieram japę wierzchem dłoni natrafiając na parę oczu wbitych we mnie. Kurwa, co to za kolor?
Nie ważne. Odkładam powoli słoik na ziemię, pewnie niszcząc zawijasy, nie spuszczając z niej wzroku i przenoszę ciężar ciała na prawą stronę, opierając łokieć na kolanie, na drugim kładąc dłoń.
- Mogę ci jakoś pomóc? – Jak się gapi, to pewnie czegoś chce, chociaż pewnie poczuje, że to nie pytanie, na które może odpowiedzieć tak, proszę pomóż mi przesunąć ten pieniek.
A kurwa, pomógłbym, gdybym chciał. Chociaż nigdy nie byłem dobry w towarzyskie klocki i większość pewnie uznałaby moje pytanie za agresywne. Trochę słusznie, bo podobne bym zadał jakiemuś frajerowi, co aż się prosi o lepe.
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Powrót do góry Go down
avatar


trochę Belgrad, trochę reszta świata

brudna

26 lat

przeciętny

zielarka

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Pon Lis 14 2016, 01:40

Ktoś kiedyś próbował uczyć mnie zasad dobrego zachowania, tego wykraczającego znacznie poza nie mlaskanie przy jedzeniu, nie stukanie łyżeczką o brzegi kubka podczas mieszania kawy, witanie się ze starszymi osobami i przechodzenie z nimi na ty jedynie wtedy, gdy one to zaproponują. Drobne niuanse, o których warto wiedzieć, a o których zbyt często się zapomina – smacznego życzyć powinna jedynie osoba przygotowująca posiłek, przedstawiać należy młodszych starszym, kobietom wszystkich innych, podczas potańcówek pierwszy taniec należy się pani domu, kontakt wzrokowy dłuższy niż pięć sekund jest niekomfortowy. Ten stosowny czas minął dobre trzy minuty temu, a mi wciąż nie było dość, w bezruchu, z uwagą obserwując każdy gest, każde drgnienie mięśnia na twarzy, samej to zaciskając to rozluźniając szczękę. Raz jedynie wyżej podniosłam brodę, obawiając się, że gdybym tego nie zrobiła, większy kawałek kozunaka spadłby ci na ziemię. Jakby dzieląca nas odległość nie robiła żadnego znaczenia. Zawsze daję się na to nabrać i zawsze później mi głupio, bo wycierając kciukiem kącik swojej wargi nie sprawię, że z cudzej zniknie złotawa kropelka piwa, przeciągając dłonią po własnym policzku, nie pozbędę się z cudzego samotnej rzęsy. I tobie tym bardziej nie pomogłabym z pieczywem, sam w końcu radzisz sobie z nim lepiej niż dobrze.
A potem się odzywasz i reflektuję się, że może to najwyższy czas, by dać oczom trochę odpocząć, przenieść spojrzenie nieco niżej, utkwić je dla odmiany w rozedrganych płomieniach zachłannie liżących powietrze albo odrobinę wyżej, w grupie osób, która przechodzi za twoimi plecami. Tyle że uciekanie spojrzeniem to też przejaw braku ogłady. Może jak na jeden wieczór, na kilka pierwszych minut tej przelotnej znajomości wystarczy towarzyskich niezręczności.
Nie.
Przepraszam, nie przeszkadzaj sobie.
Czekałam aż skończysz pić. Chcesz jeszcze?

Za każdym razem gryzę się w język, bo czego ja od niego chcę, skoro nic nie chcę. A nie wypada być niemiłym. Nie wypada kłamać i prawdy mówić też nie, by nie zostawiać po sobie jeszcze gorszego wrażenia niż to pierwsze, już wystarczająco niekorzystne. Jakby mi zależało.
- Jeśli masz taką potrzebę. – Nie. Tym. Tonem. Nie dokańczam, urywając w pół zdania, z oddechem wstrzymanym tak nagle, że zaraz zaczyna robić mi się gorąco, wcale nie od żaru buchającego z ogniska. Wypuszczam je równie gwałtownie, zapadając się w siebie. Mogłabym się prawie złożyć, nogi podciągając wyżej, niemal pod brodę i oplatając je rękoma, by wyglądać jak sierota, której faktycznie pomoc jest potrzebna. Może, gdybym w przeciągu ostatniego tygodnia zgarnęła od bukinistów o jeden romans więcej, gdyby szkoda było mi tych wszystkich fantazji niespełnionych, spróbowałabym zostać ofiarą losu. Ale to nie ten dzień, jeszcze nie moja kolej, kto inny gra dziś pierwsze skrzypce kaleki życiowej niefortunnie przeskakując przez płomienie, nieodpowiednio żonglując rozżarzonymi węgielkami, rozlewając całe naręcze bzowego wina, potknąwszy się o czyjeś nogi. I tylko mentalnie zagryzam wargi z nadzieją, że da sobie spokój i potrzeb żadnych nie ma.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Pon Lis 14 2016, 18:09

Zasady dobrego zachowania teoretycznie mam w małym palcu, w praktyce używam ich rzadko. Nie dlatego, że lubię być chamem, ale dlatego, że. Chyba po prostu nim jestem. Nie ma co się usprawiedliwiać. Matylda zresztą nigdy nie przywiązywała do tego wagi, zbyt zajęta próbą utrzymania się na powierzchni ziemi i nakarmieniem mnie. I chwała jej za to, cudowna kobieta. Nie ważne, co o niej mówią (a raczej nie mówią nic, bo z łatwością zamknąłbym każdemu paszczę kto tylko ośmieliłby się obrazić Matyldę).
Co za dziewczyna.
Mrużę oczy i ściągam brwi kalkując czy mi się opłaca odbić jej tą pałeczkę i powiedzieć, że jak tak widzę ją w tej wstępnej pozie sieroty to faktycznie mam potrzebę jej pomóc, ale ten pocisk nie zadziała, bo to gówno prawda. Nie mam żadnej potrzeby, by jej pomóc jeśli nie wiem w czym, a wciąż nie dowiedziałem się z jakiego powodu wbijała we mnie gały, ale spróbuj zrozumieć człowieku Rumunów. W sumie nie wiem, czy jest Rumunką ale chyba jeden chuj? Tak wygląda, na Rumunkę czy coś. Ma włosy ciemne i, a zresztą. Nie znam się.
- Jak masz na imię? – Pytanie pada nie brzmiąc bynajmniej wcale miło, bo mój ton sugeruje, że już mi się przedstawiła, a ja jako idiota ignorant nie zapamiętałem. Czasami to się zdarza każdemu, ale nie należę do tych ludzi, którzy notorycznie zapominają imion nowo poznanych. Ha, owszem, gdyby tutaj takich dziewcząt dziesięć było i każda kolejno mi się przedstawiała mógłbym mieć problem z zapamiętaniem, ostatecznie formułę skracając do poufałego kochana. Do każdej. Każda byłaby tego wieczoru kochana, bo prościej jest ryzykować fałszywym fochem niż nieustającym poprawianiem, co może prowadzić do faktycznej obrazy.
A ta tutaj wcale nie wygląda mi na taką, do której chciałbym mówić zdrobniale, bo zdaje mi się, że to jeszcze dzieciak. Więcej, niż osiemnaście lat bym jej nie dał, ale kobiety w ogóle mają tendencję do wyglądania młodziej lub dojrzalej jak na swój wiek, a ja nigdy nie potrafię trafić. Dlatego wolę się upewniać, o co potem zalewa mnie fala pretensji jakoby kobiet się o wiek nie pytało. Kurwa, jak słyszę taki tekst to od razu sobie daruję. Wolę jednak zachować dystans, bo potem się okaże jak z tą młodą dupą w wakacje, która ma na karku siedemnaście, a zachowywała się jak (trzpiotka, bo trzpiotka) ale starsza. Głupia, zwodnicza cnotka, kurwa nie cierpię tych damskich gierek.
W dodatku nierzadko ilekroć prowadzę zwykłą rozmowę to jest ona uznawana za flirt.
No kurwa, co jeszcze. Za niedługo drzwi będzie się takim przytrzymywać, w zamian za to dostają po mordzie od ich chłopaków.
- Chcesz się zabawić? – Zaraz wyskoczą na mnie matki z prawnikami strasząc pozwem o molestowanie. - Widzisz tego gościa tam w zielonej szacie? Taki grubiutki. Typ ma płonące szachy. Potrafisz grać w szachy? Chcesz ze mną zagrać? – Za dużo mówię, za dużo kłapię jęzorem, chociaż pewnie to wszystko składa się na przeciętną rozmowę przeciętnego człowieka, ale ja nigdy nie byłem gadatliwy. I nie jestem, nie uwierzę, że to ja. To na pewno sprawka tych pierdolonych tatuaży, podmieniają mi neurony czy inne komórkowe pizdokleszcze. Nie ważne. Chcę po prostu zagrać w płonące szachy. Podobno figury zaczynają płonąć jeśli się nimi przez dłuższy czas nie porusza. Nie wiem ile to ten dłuższy czas. Może być dziesięć minut, a może być dziesięć sekund.
Powrót do góry Go down
avatar


trochę Belgrad, trochę reszta świata

brudna

26 lat

przeciętny

zielarka

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Pon Lis 14 2016, 22:27

Prawie mi miło, słysząc twoje pytanie. Nawet ta nuta nieprzyjemnie pobrzmiewająca na jego końcu nie jest w stanie sprawić, że poczułabym się w jakikolwiek sposób urażona. Dwa pytania, oba zadane w podobny sposób i – mimo że wcale nie jestem dobra w odczytywaniu ludzi – śmiem wysnuć przypuszczenie, że tak po prostu masz. Napastliwy ton, by przypadkiem, po powiedzeniu, co masz do powiedzenia, nie spotkać się z brakiem odpowiedzi. A może to wcale nie tak. Może po prostu tak mówisz. To nie ma przecież znaczenia.
- Mila – odpowiadam krótko (i zaraz równie zwięźle pytam o twoje imię), bez zastanawiania się, czy wypada obcemu mężczyźnie w ogóle się przedstawić.
Ale przynajmniej to ci się należy w ramach przeprosin za bezwstydne podglądanie przy jedzeniu. I liczę na to, że docenisz ten drobny gest, nieowijanie w bawełnę, brak trzepotania rzęsami i męczącego kluczenia w labiryncie pytań i wzajemnych licytacji o to, kto komu pierwszy powinien zdradzić swoje imię. Bo lubię konkrety. Choć czasem sama mam problem, by dawać je innym – jak każdemu, mi też zdarzają się chwile zawahania, zmiany nastroju i chciejstwa, nad którymi trudno zapanować – staram się, by do takich sytuacji dochodziło niebywale rzadko, by o ich istnieniu prędko się zapominało i nie chciano z nich robić choćby głupich anegdotek. Jakby problemem było zachowanie prawidłowej komunikacji. Jakby formułowanie własnych oczekiwań, wątpliwości i zastrzeżeń było czymś zawstydzającym. Jakby jedyną znaną ludziom formą słownej i towarzyskiej rozrywki była gra w podchody.
Kiedyś za podobne szaleństwa śmiertelnie obraziłam się na jednego palanta i zapoznałam go z Mihajlo i Goranem. Po tym każdy bał się nawet ze mną przywitać.
Na kolejne pytanie odpowiadam jedynie kiwnięciem głową, zbyt nim zaskoczona, by przemyśleć każdy jego wydźwięk; odrobinę za późno reflektując się, że w takich miejscach nie na wszystko wypada od razu się zgadzać i chyba trochę zbyt pewna, że w razie czego w pobliżu znajdzie się ktoś, kto strzeli w zęby zanadto naprzykrzającemu się rozmówcy. Mógłbyś mnie poprosić o nerkę, a zapewne oddałabym ci ją równie ochoczo, co tę zgodę – i tylko dlatego, by sprawdzić, jakie to uczucie zostać dawcą organów.
- No. – Chyba nie tak powinno się odpowiadać, bo trudno określić, czy to twierdząca odpowiedź na każde z pytań, czy tylko jedno, czy o co mi właściwie chodzi. Podnoszę się jednak niemal od razu, nie dając sobie czasu na rozprostowanie zastygłych od zimna kości, tylko ruszam we wskazane miejsce. W szachy nigdy nie grałam. Ani w warcaby. Nawet w chińczyka nie potrafię. W drodze do mężczyzny porywam z prowizorycznego baru przy jednym z grilli tacę zastawioną świeżo przygotowanym winem, proponując wymianę. On zaopiekuje się naręczem alkoholu, ja mecenatem obejmę jego dobytek, by mógł swobodnie korzystać z przygotowanych atrakcji. Dobrze już zaprawiony, nawet nie protestuje, w opiekę, poza szachami, oddając mi także wysłużoną aktówkę, czapkę i szalik. W zdobyte fanty przystrajam się, jak choinkę w Wigilię, wolną ręką zgarniając w drodze powrotnej dwa słoiki z winem.
- Proszę. – Podaję Ernestowi jeden z nich zajmując miejsce obok, by spokojnie pozbyć się niepotrzebnych rzeczy. – I proszę. – Wręczam mu pudełko z grą. – Ale. Musisz mnie nauczyć.
Możesz.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   Nie Gru 04 2016, 16:31

Kiwam głową na tą Milę, niech będzie i takie imię, lubię imiona żeńskie, które łatwo zapamiętać. Ruta, Lola, Mila, Dora. Żartuję z tą Dorą. Chociaż to nawet śmieszne nie jest. Ciekawe, co tam u ukochanej mateczki. Pewnie siedzi w domu i wyszywa coś w ciszy, próbując nie zerkać na odbicie w starym lustrze, bo lat jej nie ubywa, a tylko przybywa, wraz z siwymi włosami i zmarszczkami. Ubywa za to nadziei, że jeszcze się kiedyś z kimś zwiąże, w końcu taka piękna była jako nastolatka. Musiała, skoro się znalazł adorator, doszły-niedoszły ojciec. Stara to sobie chyba źle wszystko wykalkulowała, bo Dora szczęśliwą nastolatką nie była już nigdy. A może gdyby mnie wychowywała nic by się nie zmieniło? Wyprowadziłbym się szybko, zostawiając ją z tymi ręcznymi robótkami. Nie, żebym miał coś przeciwko ręcznym robótkom, skrycie bardzo lubię hafty, gdybym miał się kiedyś żenić, w co szczerze wątpię, to tylko w stroju ludowym. Rodzinie to by się to chyba średnio spodobało, ale jebać Oneginów. I tak nie wiem, czy nie jestem jakimś przypadkowym Puszkinem z krwi.
- Ernest. – Rzucam równie krótko i nawet więcej nie mogę, bo ku mojemu zdziwieniu Mila idzie do typa załatwić szachy, trzymajcie mnie, przecież ja jej o to nie prosiłem. A ona poszła. Przepraszam, można sobie gdzieś taką zamówić, jest ich więcej? Nie pierdoli głupot, odpowiada zwięźle, a nie pytana to się jeszcze nie odezwała. Cudowne dziecko! Na razie rokuje fantastycznie, zobaczymy, jak później. Odprowadzam ją wzrokiem, a nawet śledzę poczynania, dopóki nie wraca i nie wręcza mi słoika, bo bogowie, rączki całować. Albo lepiej przybijać tylko piątki, bo nigdy nie wiadomo. Skubana ale się obłowiła, nawet czapkę z lisa czy tam jenota dostała, jeszcze zwisa jej ten ogon przy mordzie, dziewczyno, nie tak się je nosi. Ale w sumie czy to ważne jak? Chce tak, to będzie tak.
- Dzięki, mała. – Odbieram też szachy no i jeb, już sobie zepsuła dopiero co wyrobioną opinię, tą nieumiejętnością grania w szachy, patrzę się na nią więc chwilę z wyrzutem, chociaż wcale mnie tym nie wkurzyła, ot tak sobie, chcę trochę zagrać w bycie człowiekiem.
- Dobra, Milaczku. – To jedziemy z tym. Otwieram pudełko i rozkładam pionki, każdy w innym miejscu niż powinien być, podając jej kolejno nazwy typu posąg dla figury konia czy świeca dla gońca, wymyślając je na poczekaniu i zapamiętując co, jak nazwałem i gdzie postawiłem.
- Ale słuchaj uważnie i zapamiętuj, bo ci tylko raz wytłumaczę. – To tu. To tam. To przeskakuje tak przez to, a tym możesz zrobić taki zygzak. Ruchy, których kurwa w szachach nie ma nawet z przypadku, ale zachowuję pełną powagę, akurat to sobie cenię, że Matylda nauczyła mnie jak stwarzać pozory w towarzystwie, sama zawsze na gównoarystokrackich spotkaniach udawała, że świetnie jej się wiedzie i niezwykle interesują ją podróże tego starego Zakharenko, który natomiast nie potrafił ukryć, jak interesuje go biust swojej siostrzenicy. Tłumaczę Mili dokładnie wymyśloną grę, którą ma uznać za szachy, starając się zapamiętać samemu te bzdury i upewniając się, że wszystko łapie. Żeby było zabawniej kolory są pomieszane i każde z nas musi zapamiętać czyj król – przepraszam, samuraj, jest biały, a czyj czarny. Staram się na koniec streszczać i poruszać choć trochę każdą z figur, bo niektóre zaczynają się żarzyć, dzięki czemu wiem, że czas spoczynku każdej figury jest tym wyższy, im wyższą ma rangę, ale Mila nie wie, które są najważniejsze. Niech myśli że piony, PARDON, grzyby, są równie ważne co samuraj czy posąg. W końcu odsuwam się nieznacznie, przez cały czas będąc nachylonym ku planszy i ku głowie Mili, zacieram ręce i sięgam po wino, upijając od razu pół.
- Dobra. Zczaiłaś?
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Rezerwat Focul Viu, Vrancea   

Powrót do góry Go down
 
Rezerwat Focul Viu, Vrancea
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: