IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Ulica z katarynkami

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieUlica z katarynkami   Pon Kwi 11 2016, 14:17

Ulica z katarynkami

Kiedy znajdujesz się w samym centrum twoje uszy płatają ci figla - zaczynasz słyszeć różne melodie. Nie wiesz skąd dobiega muzyka, jednak gdy podążasz za dźwiękiem docierasz do wąskiej, ślepej uliczki. Jeśli tylko przejawiasz jakiekolwiek zdolności magiczne jesteś w stanie dojrzeć, że czerwony mur nie jest tak gruby jakby się mogło wydawać, a brudne cegły mają spore prześwity. Nie musisz wiele robić, wystarczy szybki krok by przebić się przez taflę antymugolskiego zaklęcia. Trafiasz na brukowaną uliczkę pełną samogrających katarynek i tańczących małp. Muzyka grająca z instrumentu powstaje w głowie, wyobraźni osoby stojącej przy urządzeniu toteż rzadko gra tu ta sama melodia. Bajkowość tego tajemniczego miejsca zrzesza i zwołuje tu całe rodziny, szczególnie w niedzielne popołudnia.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Nie Kwi 17 2016, 12:40

Pasmo nieustannych pożegnań i powrotów. Zapętlony obraz, zapętlone życie. Oddechy, spojrzenia, dźwięki splątane w nieprzerwanie, niebezpiecznie szybko toczącym się kole. Znów coś go tu przyciągnęło – jak rok temu, jak dwa lata wstecz, jak podczas pierwszej wizyty w Petersburgu, gdy towarzyszyć miał ojcu podczas kontrolnej wizyty w Hotynce. Jak nie lubi tego miejsca: wtedy wzbudzało w nim nieuzasadniony lęk – sterylnie czyste pomieszczenia pozbawione duszy, pełne urwanych w połowie historii, z niedopowiedzeniami, ogromnymi znakami zapytania rozbijającymi się po przepełnionych ludźmi salach, jak czarne motyle. Teraz wie, że za tym lękiem stały dziecięce demony, pospolity strach ogarniający każdego brzdąca, teraz… Teraz to nie miejsce dla niego.
Spogląda z daleka na obskurny, żółty budynek, salutując mu z drwiącym uśmiechem. Do nigdy. Coś jednak podpowiada mu, że znajdzie się tam trochę szybciej, w trochę mniej słoneczny dzień, cichszy i głośniejszy jednocześnie.
Nic to. Miał pojawić się tu kilka dni wcześniej, przecież ktoś komuś powiedział, że ktoś powiedział komuś, że ktoś organizuje w Scheherazade pożegnalno-powitalną imprezę. Wieści rozchodzą się tak szybko, docierają do każdego, nikogo nie może przecież zabraknąć. Większość widziała się ze sobą w trakcie czteromiesięcznej rozłąki, a jednak udało im się za sobą stęsknić, muszą więc uczcić potańcówą uwięzienie w ciasnych, zamkowych murach na całe dziewięć miesięcy, co odważniejsi może nawet wychylą kilka kufli – wcale by się temu nie zdziwił, na trzeźwo ciężko znieść sporą część z nich. Mimo to nie przyszedł, zjechał do Petersburga teraz, na parę dni przed Kołowiankami. Kołowianki lubi, tak samo, jak tę niewielką uliczkę. To tu zaciągnął go wtedy ojciec, mimo jego stanowczego, dziecięcego sprzeciwu, w akompaniamencie przeraźliwego wycia i smarkania, które ustało wraz z przejściem przez magiczny mur, gdy pierwsza z małpek podbiegła do nich – tak samo, jak w tej chwili – bezceremonialnie wspinając się na łaǔryšowe ramionka, zaciskając łapki na włosach, mrucząc mu do ucha jedną z wygrywanych przez katarynkę melodii.
Wzdryga się na to wspomnienie, opierając o mur i zsuwając po nim. Ziemia jest chłodna. O dobry Welesie, co to by było, gdyby przypadkiem dostał wilka. Kolana podciąga pod brodę, wyciągając z kieszeni szaty świstek papieru, na którym dość niedbale nakreślona została wiadomość o motylu. Ma nadzieję, że weźmie go ze sobą, że to nie kolejna gra. Wystarczą mu skoczne dźwięki dobywające się z najbliżej stojącej katarynki. Piękna jest, turkusowo-śliwkowa, zdobiona w przygrywające do taktu owady – świerszcze, pszczoły, ważki, muchy – powinni zabrać ją do Koldovstoretz.


Ostatnio zmieniony przez Łaǔryš Tarsiuk dnia Wto Kwi 19 2016, 15:04, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Nie Kwi 17 2016, 15:11

Małpo.
Spośród wszystkich wyzwisk lub zdrobnień wybrał to, którego nie można było zinterpretować jednoznacznie. Małpo, małpeczko, skacz tutaj wraz z innymi na ramiona mu, złap za włosy i powyrywaj je garściami, wraz z cebulkami, w ich miejsce wbij igiełki, żeby wszystkie jego sfery poruszyć, żeby sprawdzić, dzięki której igle ból mu zadasz, a która sprawi mu przyjemność, w którym miejscu najczęściej ma siniaki i w jakich barwach one są. Żółcie, fiolety, czerwienie i odcienie niebieskiego, podobne do gamy jego emocji, tak ci się wydaje, ale nigdy nie wiesz, nigdy nie można być pewnym. Motyl, którego dla niego niesiesz w szklanej bombce podobne barwy ma i uszkodzone skrzydło, nie lata za dobrze, prawie nie radzi sobie a jednak przecież tak bardzo ci się spodobał. Niech tylko go nie zje, bo wtedy będziesz musiała wybić mu ten ząb, którego pierwszego użył, aby przegryźć wątłe, motyle ciałko na pół.
To pora dnia, kiedy jest ciepło, choć wiatr zaczyna drażnić nas w kark, co jakiś czas przechodzi dreszcz, z ty wiesz, że to wcale nie z powodu podmuchów, tylko tego, co dzieje się ostatnio z tobą i twoim bratem. Cisza ciąży ci przy uszach i naciąga je i spływa ciężarem na ramiona i skórę z czoła jak gorąca guma, spada ci na oczy i nie widzisz już nic, a słuchowi nigdy nie mogłaś życia zawierzyć. I ta cisza tak spada i ląduje ci na stopach jak cegły, które spadają z dachu i puchną ci palce i krwawią, ale zaciskasz zęby i roztopione powieki, aby tylko nie zostawić śladów, aby tylko wszystko było poukładane.
Jesteś masochistką, kiedy to zrozumiesz, lgniesz zawsze do oprawców i kłopotów i łamiesz sobie kark i wykręcasz go, bo zawsze chcesz dobrze, a to nie wychodzi nigdy. Nie rozumiesz złych intencji, nie rozumiesz, dlaczego w twoją miałyby być skierowane stronę, więc pomimo tego, co było, co nie, a co jest, dla Łaurysza masz motyla i idziesz na miejsce jak małpka, bo napisał, że masz być. Ty jesteś zbyt posłuszna, za często spuszczasz głowę, kiedy Gonzo mówi jak ma być, kiedy ty chcesz przejąć pałeczkę nie potrafisz wykrzyczeć swoich komend dostatecznie głośno. Bo nie krzyczysz nigdy, ani w samotności, ani na kogoś.
Łatwo go znaleźć, długie ciało poskładane jak drewniane, ogrodowe krzesło, odstawione pod murem, to właśnie on. Może jednak się wycofasz? Może nie dla niego ten motyl. Może wrócisz do domu i podejmiesz próbę porozmawiania z bratem? Jednak nie? Jednak podchodzisz wyciągając w stronę chłopaka kulkę z kalekim motylem i chcesz o jego kalectwie powiedzieć coś pozytywnego, ale nie możesz, bo wiesz, że ten motyl jest nieszczęśliwy.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Wto Kwi 19 2016, 20:08

Jest. Wbrew pozorom, nie pojawia się jak burza – może trochę, w końcu jej wyczekiwał – podchodzi cicho, prawie niezauważenie, tak jak zazwyczaj nie odzywając się, po prostu będąc, zupełnie jakby nigdy nie opuszczała tego miejsca, jakby stanowiła jego integralną część. Mocno by się zdziwił, gdyby tak było i chyba by ją za to udusił. Sam sobie nadał prawo do królowania tym kawałkiem świata – poddanych miał cudownych, tak mu podobnych: cwanych, wyszczekanych, a ostatecznie tak bardzo niegroźnych. Bo co takiego mógł zrobić on? Przegryzie jeszcze kilka gardeł więcej, a – to niemal pewne – uśpią go, jak zwykłego kundla. Podczas ostatniej wizyty w kwaterze milicji, jeden z oficerów bardzo obrazowo wytłumaczył mu działanie ich najnowszej trucizny – po powrocie w mury Akademii rzygał tak długo, tak intensywnie, prawie wypluwając sobie płuca.
(sam sobie jesteś winien, ostatnim razem zjebałeś sprawę równo.)
Spogląda w bok, miejsca do siedzenia jest tu całkiem sporo, pod murem nie ustawiono nic, czego nie dałoby rady przesunąć, może więc Tundra zechce się przyłączyć, pobrudzić razem z nim – ziemia daleka jest od bycia czystą (małpy, chociaż magiczne, też muszą gdzieś srać; pył unoszący się w powietrzu – gdzieś osiadać, a ludzie wyrzucać papierki), nie wygląda jednak katastrofalnie. Może będzie chciała pokazać mu tego motyla, bo nie wie, co z nim zrobić, trzyma tylko kulę w dłoniach, obserwując męczące się stworzenie. Może mu pomóc skrócić cierpienie, wystarczy jedno pstryknięcie palcami w to wątłe ciałko, tyle że zwierzęta przecież mu nie przeszkadzają, to ludzie od zawsze stanowili problem. Tundra, ty coś o tym wiesz, co nie?
- Masz sznurek? – pyta takim tonem, jakby noszenie ze sobą linki było czymś absolutnie normalnym. Sam mógłby zaraz go sobie wyczarować, gdyby nie podchodził tak poważnie do zasad używania magii poza Koldovstoretz – chuj, że znajdowali się w magicznej dzielnicy, jego kartoteki w Akademii i Milicji są już wystarczająco obszerne, woli nie wywoływać wilka z lasu.
Zerka na nią, nie będąc pewnym, czy go usłyszała. Sama była, jak ten motyl, w znacznej większości zdana na łaskę innych, co z jednej strony mierziło go okrutniej, z drugiej… No nie, nie było drugiej strony. Dlatego też dość kłopotliwą sprawą mogło stać się, nawet nieumyślne, zignorowanie go – zbliżająca się pełnia sprawiała, że niemal wszystko wyprowadzało Łaǔryša z równowagi.
(przecież nigdy nie starałeś się jej utrzymać, gnoju.)
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Sro Kwi 20 2016, 00:29

Ty jej Łurysz nie doceniasz. Jak każdy. A przecież powinieneś widzieć więcej, bo chyba nie tylko węch masz lepiej rozwinięty? A ty tylko patrzysz na nią jak na tą małpeczkę, mróweczkę, rybeczkę, jak każdy, głuchą, małą, białą, kulkę, a ona tyle w sobie ma, tyle w sobie dusi i jak wypezłnie, to sznurkiem to tego nie zwiążesz. Nie bluźnij, przecież wiesz, że ona nigdy łaski nikogo nie przyjmowała, zawsze idąc do przodu, nawet, jeśli głowę tak nisko miała zawieszoną, że aż żal na nią patrzeć. Widzi, co mówisz, przecież przygląda ci się, mając świadomość, że coś w końcu do niej warkniesz, więc czyta ci z ruchu warg, ukrytych pod cieniem nosa, schylając głowę jak zwykle, aby lepiej widzieć. Sznurek? Nie. Oczywiście, że nie ma sznurka.
- Dałam ci go, aby przy tobie mógł umrzeć. - A nie po to, abyś go trzymał na uwięzi, przywiązanego do twojego palca jak pies do budy. Pies do budy, zabawne. Jeśli chcesz, pomóż motylowi, ale chyba w głębi duszy byłaby zawiedziona, że nie napawałbyś się tym powolnym konaniem, choć nigdy się do tego nie przyzna. Śmierć fascynuje ją niebezpiecznie i to wcale nie przez jej zdolności, no spójrz, przecież wiesz. Inaczej chyba nie marnowałbyś energii aby choć warknąć na nią. Podąża za twoim wzrokiem na miejsce na chodniku, ale nie zamierza siadać choć na chwilę, bo inny jest plan dnia.
- Wstawaj. Idziemy do lekarza. - Ty nie wiesz, co się z nią dzieje, Tarsiuk, nie masz pojęcia, co w tej głowie puchnie, nabrzmiewa. Może milczy zawsze przy tobie, może milczy, bo nie słyszy, może tak po prostu ma/miała, ale powoli to wszystko co siedzi w niej i rodzi się i rośnie wylewa się po literce, po kropelce, najpierw zdania, potem czyny, a na końcu będzie stypa. Dała ci motyla kalekę, jesteś jej winny c z a s . Wiesz, co się dzieje, kiedy bliscy zaklejają nam usta taśmą słodką jak miód, ozdobioną piernikowymi wzorami, lukrem kolorowym, który ma nas zapewnić, że nie trzeba, nie należy rozmawiać właśnie o tym, o czym chcemy? Rzucamy się w wir. Pracy. Adrenaliny. Zuchwalstwa tak niebezpiecznego, że kiedy skaczemy w niebo, zdaje się ono nie mieć końca a i tak czeka nas upadek tak ciężki, że łamie nam serce. Tarsiuk, czy ty w ogóle masz serce? Pewnie nie. Powiesiłeś je dawno, na tym sznurku, o który ją teraz pytasz.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Sro Kwi 20 2016, 21:27

Powinien, powinien wiele rzeczy. Powinien nie mieć tak nasrane w głowie, nie tak go wychowano; powinien nie zjadać swoich starych; powinien być bardziej wyrozumiały; powinien nie napuszać się jak paw; w wakacje powinien wracać przed północą i nie wychodzić przed południem, ciotka mówiła, że to dobrze na aurę wpływa; powinien nauczyć się wiązać krawat, bo zamiast za bójki, wyleci z Akademii za niechlujny ubiór; powinien zacząć słuchać i wykorzystywać posiadane wiadomości. Powinien. Tak, Tundra, on dobrze wie, co się wtedy dzieje – jesteś głucha, nie ślepa, widzisz więc, gdzie go to zaprowadziło. Nie mów nic, biały chłopcze, nie mów – słuchaj tego, czym ci pieszczą uszy, chłoń te dźwięki, ucz się słów, niech ci się wyryją wewnątrz czaszki, by zawsze były przy tobie, byś mógł w nie wejrzeć. Miał ochotę zrobić im to samo, zabrakło mu jednak finezji, czas przemknął przez łapy.
- No to bardzo spoko, dzięki. – Zbyt opryskliwie, znów. A przecież nie tak miało to zabrzmieć, nie to chciał powiedzieć. Naprawdę docenia, że uznała go za kogoś, przy kim można umrzeć. Nawet jeżeli to motyl. Tylko-aż. To było więcej, niż kiedykolwiek dostał; więcej, niż zasłużył; więcej, niż mu się należy.
(ale nie o to chodzi.)
Złe interpretacje, niewłaściwie dobrane słowa, wypowiadane w nieodpowiednich momentach. Ludzie-pomyłki. Człowiek-pomyłka, to w końcu tylko on, Szentgyörgyi nie ma z tym nic wspólnego, może z wyjątkiem braku sznurka.
Już otwiera usta, by wyjaśnić, że potrzebuje go do jo-jo, bo mu się rozjebało, musiał zaopatrzyć się w jakiś felerny model, skoro po krótkim użytkowaniu zniknęła mu wreszcie sama linka, ponownie nie chcąc się zmaterializować, zamyka je jednak, gdy Tundra odzywa się ponownie. Coś w jej tonie, w jej spojrzeniu, w doborze słów, przygryzieniu wewnętrznej strony policzka, strzeleniu kostkami palców nie daje mu spokoju, osiada ciężko na płucach, papierem ściernym łaskoce gardło. Ma ochotę śmiać się w głos, wariackim rechotem zagłuszyć nieustannie dobywające się z katarynek melodie, mimo to nawet nie chrząka, chowając bombkę z owadem do kieszeni i podnosząc się. Wygląda jak ogromny patyczak, brakuje mu tylko jeszcze jednej pary odnóży. Może tam, tam gdzie chce go zabrać – siebie pewnie, jego zawlekłaby do weterynarza – może tam dorobią mu dodatkową parę rąk. Gdzieś w okolicy podobno kręci się taki jeden, cuda tworzy, nocą nieraz widział przemykające cieniami kreatury, aż włoski na karku na baczność stawały, salutując tym pięknym tworom.
(umyślnie naciągałeś ciotkę na co weekendowe wypady do Petersburga, mając nadzieję na rendez-vous z Architektem, kimkolwiek był.)
- Byle bez numerów. – Bo sprawi, że Tundra z tą bombką w gardle skończy.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Czw Kwi 21 2016, 18:24

Łaurysz, ty się o złe interpretacje nie obawiaj, Tunder nie potrafi i nigdy nie potrafiła zrozumieć ludzi, a ty chyba nie do końca do nich należysz? Z takich ludzi-pomyłek zostają na ziemi później dusze zagubione, które do niej przychodzą o każdej porze dnia i nocy, wiedząc, że znajdą w niej ukojenie. I choćby zmarły i żywy, powiedzieli jej dokładnie to samo zdanie w tym samym momencie, to prawdziwy sens słów żywego nie dotrze do Tundry. Zmarli mówią wprost, zmarli mają jeden cel. Żywi zawsze natomiast knują i szukają wszędzie profitów dla siebie. Obserwuje jak się rozkładasz, jak ten stołek, jak patyczak faktycznie, brakuje tylko, abyś się kiwał na tych swoich nogach, szczególnie, gdy leci disco, a gdy zapali się światło powinieneś szybciutko się unieruchomić i udawać, że nie istniejesz. Niestety futrzaku, muszę cię rozczarować, nigdy nie słyszałam, aby u otolaryngologa dorobili komuś kończyny.
Dlaczego chcesz się śmiać? Chyba nie z nerwów? Nie, to nie pasuje. Co w tej twojej pojebanej głowie siedzi, nie chciałabym wiedzieć, a Tundra chyba trochę wie, ale nie chce się z tym podzielić wcale. Za dużo wie o rzeczach, o których nie mówi nigdy nikomu. I nawet w oczach jej się to nie odbija, choć takie są z pozoru smutne, gdyby ta lodowata, szara warstwa roztopiła się i spłynęła jej po twarzy, co byłoby za nią? Tylko małe, czarne dziury? Czarne dziury prześladują ją, ostatnio coraz intensywniej, wwiercają się w głowę, nie pozwalają zasnąć, pomimo wsuniętego na palec wskazujący pierścienia z liściem, głupia gąsko, przecież pierścień nie na twoją głowę i myśli działa, a zjawy.
Bez numerów? Żartujesz sobie, Łaurysz? Czy coś kiedykolwiek z waszym udziałem poszło według planu? Zastanów się. W tym roku, w zeszłym, w tym życiu, w poprzednim? Chyba prosisz o zbyt wiele. Nie próbuj jej tej bombki wpychać do gardła słodka gnido, przecież zareaguje, a to się skończy niewygodnie i o wiele tragiczniej, niż miało, wcale nie w sposób, jaki mógłby się wam spodobać, przecież dzisiaj imieniny Anzelma, losu lepiej nie kusić, do rękoczynów lepiej nie doprowadzać. Może jutro.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Czw Kwi 21 2016, 20:56

To wszystko i tak nie ma znaczenia, chyba nigdy nie miało. Mógłby się zastanowić nad wyjątkami, mógłby spróbować zaprzeczyć – że jednak coś było, że udało im się czegoś nie spartaczyć, że Dola nie zawsze z nich drwiła w tak okrutny, bezczelny sposób. Mógłby, ale to nie zmieniłoby niczego. On nie należał do przeszłości. Ona nie miała jeszcze wpływu na przyszłość. Cokolwiek by zrobili, czegokolwiek by się nie podjęli, z czymkolwiek nie chcieliby się zmierzyć, konsekwencje ich decyzji zawsze będą katastrofalne – dla nich, dla innych, dla otoczenia. Jak dwie bliźniacze puszki Pandory, nie neutralizują się wzajemnie, lecz potęgują wywołany chaos. Czy jednak nie poprzez destrukcję tworzony jest nowy porządek? Początek. Jakkolwiek. Tyle że nawet przypadkiem nie byliby w stanie doprowadzić do powstania idei nie noszącej piętna fermentu.
Podążając za nią, tuż obok, raz na jakiś czas z arogancją stawiając dłuższe kroki, nieznacznie Tundrę wyprzedzając, nieustannie śledzi ją kątem oka, byleby mu gdzieś nie uciekła, byleby się nie rozmyła. Nieraz, obserwując ją uważniej niż obecnie, odnosi wrażenie, jakby nie była w pełni materialna, jakby ciągłe obcowanie z duchami sprawiło, że zaczęła zatracać swoje ciało – obecna jak kurz nieprzerwanie wirujący w subtelnym tańcu, a widoczny jedynie w słonecznych promieniach. Właśnie taka fascynuje go najbardziej, mimowolnie wciąż każąc mu wzbraniać się przed sprawdzeniem, czy, dotykając jej ramienia, nadal poczuje ciepło ciała, czy dłoń nie natknie się na żaden opór, niknąc w lodowatej otchłani.
(tyle słów zniknęło, niewypowiedzianych. może nie tylko serca nie masz?)
W zamyśleniu mimowolnie pociera kciukiem dolną wargę, nie mówi jednak nic. Nie jego sprawa, po co młoda lezie do lekarza, choć trochę przecież się martwi – mało to robactwa zżerającego całe społeczeństwa wychyla ostatnio ze swoich nor, z których ktoś musiał je wypuścić? Nigdy nie pytał: gdzie. Szedł tam, gdzie go zabierała, racząc ją czymś, co górnolotnie nazwać można zaufaniem, w końcu nigdy się nie zawiódł. To ona zaciągnęła go do josefinium, to ona znalazła odpowiedni kawałek muru, po którym mogli wdrapać się na zamkowe wieże, to dzięki niej kurhany stały się odrobinę mniej zapomniane. Tym razem wybrała lekarza, a to tak obszerne pojęcie, nic nie mogło się udać, wszystko mogło pójść nie tak. Nie ma nic do stracenia.
(byle nie do Hotynki,
byle nie do Hotynki,
byle nie do Hotynki.)
To jeszcze nie ten dzień, kości nie łamie mu groza.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Pią Kwi 22 2016, 12:18

Wiesz przecież ile bez słów powiedzieć można, chociaż z nią taki problem jest, że i tak nie usłyszy ich, ani nie zobaczy, jeśli pod nogi patrzy. Widzi jednak kątem oka jak zerkasz przecież i co znowu się stało, o co chodzi tym razem, przecież nie wywija numerów, dlaczego ją wyprzedzasz, dlaczego się tak zachowujesz, zwracając jej uwagę, teraz przez ciebie musi się zatrzymać. Patrzy na ciebie i nie widać po niej wcale czy wie czy nie, co chodzi ci po głowie, ale najpewniej nie wie teraz zupełnie, bo bardzo by się zdziwiła tym torem, na jaki często wskakują twoje myśli. Czy ty wiesz, że gdyby mogła, to zrezygnowałaby z tej materialności ludzkiej, zatapiając się w wymiarach, które bliskie są jej głowie i sercu, a mimo to wciąż wie, jak wiele obowiązków ziemskich musi wypełnić, nie mogąc poświęcać temu, co, ją interesuje tyle czasu ile by chciała. Nad czasem pracować dopiero przecież zaczyna, gospodarowanie nim wciąż idzie jej tak, jak innym śmiertelnikom. A ty? Wolałbyś dłonią napotkać opór czy włożyć ją w tą otchłań bez dna, pełną układów, których nie rozumiesz? Co byś zrobił w każdej z tych sytuacji? Złapał ją za drugie ramię, czy rozszarpał, poddałbyś się czy szukał rozwiązania? Robi krok, drugi, trzeci, zatrzymując się znów, sprawdzając, czy zrobisz to samo. Zatrzymuje się znowu, nie spuszczając z ciebie wzroku, rusza. Ale nie do Hotynki.
Skacząca nieopodal małpka odwraca jej uwagę od ciebie, wzrok za nią podąża, skupia się na fioletowej kamizeleczce, ciekawe jak wyglądałaby w czymś takim i w tej czapeczce, pewnie jak boy hotelowy, taka praca mogłaby jej się nawet spodobać, ale tylko w dużym (i nawiedzonym) hotelu, gdzie mogłaby długimi korytarzami jechać na tych wózkach hotelowych, które służą do przewozu bagażu. Małpka w końcu przestaje ją interesować, akurat w momencie, kiedy prawie się z kimś zderzyła, o mały włos, o pół sekundy. To na pewno kara, za ten moment niepoświęcania uwagi jemu.
Zawsze pomiędzy kogoś musi tą uwagę dzielić, pomiędzy zmarłych i Gonzo, pomiędzy ciebie i świat. A gdzieś tam jeszcze są problemy dnia codziennego, zaległa praca domowa, sprzeczka w sypialni dziewcząt, kończące się mydło, zepsuta wskazówka zegara. Tutaj skręcacie, uważaj, aby nie potknąć się o tą cegłę wystającą z muru.
Śniłeś mi się ostatnio znowu. Po znowu ugryzłaby się w język, przypomniawszy sobie, że wcale o tym poprzednim nie wspominała, a miała napisać list w wakacje. Ale przecież nie piszą do siebie w wakacje.
A sny są zawsze bardzo straszne, jak wszystkie.
Poskładałam cię jak koszulę i włożyłam do pudełka.
Może kiedyś ci opowie, może wyczytasz z jej spojrzenia, może motyl umrze pierwszy i będzie to głównym tematem waszych rozmów.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Sob Kwi 23 2016, 06:19

I po cóż tyle gdybania? Tündér powinna wiedzieć, jakie to czasochłonne. Powinna za każdą chwilę zawahania podstawiać wszystkim olbrzymi słój, do którego za karę wrzucaliby kopiejki – z miejsca stałaby się milionerką. To dużo szybszy sposób, niż ciągle milczenie, choć przecież nie milczy specjalnie, na pewno nie zawsze. To znowu tylko ludzie – nie są zbyt ciekawi, by poświęcać im swoją osobę, nie są wystarczająco odpowiedni do artykułowania przy nich swoich myśli. Każdy z nich mógłby być chociaż trochę bardziej martwy, bardziej należący do dwóch światów, nie zaś z taką pasją trzymający się tylko tego, co znane, co namacalne, co logicznie wytłumaczalne, niemalże szorując nosami po ziemi, jakby samo wykonywanie tej czynności mogło zapewnić im stabilność i powodzenie. On sam… On sam jest prawdopodobnie dostatecznie obumarły w środku, by nie ryzykować sięgania po więcej, by nawet nie próbować myśleć o tym, co może czyhać na dnie. Czytał i widział, czym stawali się ludzie nie posiadający żadnych zahamowań, bez skrupułów i zasad. Wierzy, że jego nigdy nie będzie to dotyczyło, że rozpozna granicę, której nie należy przekraczać. Może to właśnie to tak skutecznie hamuje go przed zanurzeniem się w Tundrę, w tę szaloną gonitwę, jaką myśli z atomami urządzają w jej głowie, w ten bezmiar nicości, na który spodziewa się natknąć, gdy tylko się złamie, w te wszechświaty, które mogłaby przed nim odkryć, gdyby tylko miał wystarczająco odwagi, by o to poprosić. To zbyt wiele na jego nerwy, na młodzieńcze zapędy.
(duma wpędzi cię do grobu.)
Unosi brwi. Nie, to na pewno nie droga do Hotynki. I nagle nie jest pewny, czy to dobrze. Czy to, co zaczyna rosnąć mu gdzieś w środku, pod sercem, pod wątrobą, ciasno oplatać jelita, mackami wspinać się po ściance gardła, czy to jest dobre – czy to ulga, czy niepokój. Gdzie Ty leziesz, Szentgyörgyi? Nie zauważa cegły, prawie wpada na Tunder, ale to przecież nic. Będzie tylko siniak, kolejny do kolekcji, może będzie chciała udokumentować cały proces zmiany barwy? Może lepiej nie.
(nie udawaj, że się wstydzisz, trochę cię to kręci, dupku.)
Wpycha dłonie głęboko w kieszenie szaty, jakby ze złości, jakby chciał tam znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania wypowiedziane i niewypowiedziane, te, które już nabrały swojego kształtu i te, które są jedynie cieniami wrażeń. Trafia jednak tylko na tego motyla biednego, zaciska więc palce na kulce w tym samym momencie, w którym zatrzymują się przed niskim wejściem. Chyba nie zamierza opchnąć jego organów? Jakiegokolwiek innego elementu ciała?
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Sob Kwi 23 2016, 10:49

Jest takie fantastyczne miejsce, w które nigdy wcześniej cię nie zabrała, bo nie było okazji, bo nie spotkaliście się w wakacje, bo, jeśli to możliwe, wymienialiście jeszcze mniej słów niż obecnie. Wejście niskie, ale korytarz wysoki, w starej kamienicy, podłoga z drewnianych bali pomalowana na turkusowo. Szare ściany, kurz czający się w rogach, na drugim końcu korytarza schody prowadzące w górę, najzwyklejsza klatka schodowa, na pewno widziałeś takich wiele. Wejdziesz? Wejdziesz. Zbyt ciekawy jesteś na pewno. Tundra wchodzi, spoglądając przez ramię na ciebie, no nie obawiaj się przecież. Skąd to podejrzenie, że sprzeda cię na części? Po schodach wspina się szybko, na parę sekund jej sylwetka zasłania promienie światła, które wpadają przez okno, naznaczając wirujący w powietrzu kurz.
No chodź.
Kiedy dociera do drugiego piętra kieruje się do pierwszych drzwi po prawej stronie, pomalowanych na ten sam odcień turkusu, co podłoga. Puka, trochę z przyzwyczajenia, choć nie musi, przecież była umówiona
Żałujcie, że was tam nie ma bo to z pewnością jeden z najpiękniejszych gabinetów magomedycznych, jakie istnieją w tym kraju, jeśli nie na kontynencie. A przynajmniej taki się wydawał Tundrze. Ogromne pomieszczenie, mające zapewne jakieś 50 metrów kwadratowych, niegdyś podzielone ścianami, dawno już wyburzonymi, z sufitem wysokim, który wydaje się jednak być niżej, przez mnóstwo bibletów podwieszonych pod nim. Wysokie okna niemalże w całości zasłonięte ciężkimi, bordowymi kotarami, do których i tak ciężko jest dotrzeć przez walające się wszędzie stosy woluminów i narzędzia, których przeznaczenia zapewne nie zna nikt, poza właścicielką. Nie obawiaj się jednak, zapewne nie stanie się nic, dopóki czyjeś niepowołane łapy nie zaczną przy nich majstrować. Ściany zawalone są gablotami, wypełnionymi dziwnymi instrumentami, myśloodsiewniami, zegarami, fiolkami, przy jednej stoi wielka kanapa, w której zatonąć można jak w pustynnych piaskach, gdzieś w powietrzu wiruje okrągły, ceramiczny imbryk, wokół którego jak orbity kręcą się mniejsze, bliźniacze imbryczki. Na samym środku lewitujące fotele lekarskie, przymocowane do nich lampy i półeczka, z narzędziami. Panuje tu lekki zaduch, w powietrzu unosi się zapach skansenu, a Tundra i tak zawsze zazdrościła tego gabinetu, który na pierwszy rzut oka wygląda po prostu jak uporządkowany w chaosie sklep z antykami. Trochę jest tutaj rzeczy, podobnych tym, które widziała we wspomnieniach ojca, za każdym razem gdy tu przychodzi myśli o tym. Trochę jest podekscytowana jak dziecko, zawsze tak się tutaj czuje, kiedy pisała wiadomość wyraźnie zaznaczyła, że chciałaby aby tym razem jej aparaty były zaklęte tak, żeby tylko ona mogła je zdejmować. Zanim siądzie na fotelu odwraca się jeszcze, aby upewnić, że nie zgubiła nigdzie Łaurysza, byłoby przecież trochę niezręcznie. Z małych drzwi, zakamuflowanych sprytnie za jedną z kotar wychodzi młoda kobieta, od razu migając do Tundry na powitanie, z pytaniem, co się stało, jak wakacje, co u brata i wiele innych gestykulacji. O kobiecie krąży kilka legend, plotek, że jest wuparem, że jest nieśmiertelna, że ma kamień filozoficzny, że przyjechała tu aby uciec od poprzedniego życia, że, że, że, a Tunder nie wie w co i czy w ogóle chce wierzyć. Ona zawsze jest dla niej miła i doskonale ją rozumie. Zawsze ubrana w czernie, jakby była w wiecznej żałobie, snuje się po pomieszczeniu zbyt elegancko, zbyt eterycznie w zestawieniu z wszystkimi mechanizmami, a jednak w jakiś pokrętny sposób Tundra zawsze widziała, że żyje z tym otoczeniem w doskonałej symbiozie. Najpierw otoskop, potem wycisk z uszu, w międzyczasie proponuje herbatę. Żal nie skorzystać, jej napary są zawsze doskonałe.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Nie Kwi 24 2016, 06:22

Wchodzi, oczywiście, że wchodzi. Przecież nie pozwoli, by zniknęła mu z oczu, by weszła tam sama, by bawiła się bez niego. Nie czuje w niej strachu, kiedy przekracza próg z taką pewnością, jakby robiła to setki razy. Może właśnie tak było? Może to jedynie kolejna z wielu wizyt u tajemniczego znachora – dla niej rutyna, dla niego…? Cóż, to zapewne się okaże, w końcu nawet zapowiedź najbardziej epickiej przygody ostatecznie okazać się może początkiem nie mającej końca serii niefortunnych zdarzeń. Jednak ani panujący w korytarzu półmrok, ani chłód bijący od popękanych ścian, z których gdzieniegdzie zerkają na nich ceglane ślepia, ani znikająca już na wyższych stopniach schodów sylwetka Tunder nie daje mu żadnych wskazówek odnośnie tego, jaki finał szykuje dla nich ta wycieczka. Niemal zginając się w pół, wchodzi wreszcie za nią, nieufnie badając spojrzeniem każdy mijany kąt. To, co czuje w powietrzu, nie podoba mu się w żadnym wypadku – wszystko cuchnie tu kłopotami: od tej kupki kurzu zebranej pod każdym ze stopni, poprzez chybocą się balustradę schodów, owinięte w gazety zawiniątko zostawione pod ścianą, na kolejnych drzwiach, przed którymi się zatrzymali, skończywszy.
(chodź, chodź, chodź.)
- Ja może… - Ciekawość okazuje się zbyt silna. Nie kończy zdania, mechanicznie zaglądając do pomieszczenia, w którym zniknęła Tundra. I tak nie zaczekałby na zewnątrz, przecież nie o to go prosiła. Nie takiego towarzystwa chciała w zamian za prawie-zdechłego motyla. Nie zaciągnęła go tu też, by próbował go ratować, nie było przecież już nic do odzyskania, za bardzo osunął się na granicę. Nawet gdyby mu się udało, niepotrzebnie przedłużyłby owadzie męki – martwe zwierzęta, o ile wracały do życia, miały mocno skrzywione wyobrażenie świata, widziały wszystko w krzywym zwierciadle, dążyły do jeszcze szybszego unicestwienia siebie: narodziły się ze śmierci dla śmierci.
(wpadłeś w błędne koło?)
Każdy element wystroju przyprawia cię o zawrót głowy. Tyle tu wszystkiego – przedmiotów, energii, zapachu, nie wiesz, na czym zawiesić oko, czemu poświęcić uwagę, na czym się skupić. Dopiero po chwili zdajesz sobie sprawę, że lekko wysunąłeś koniuszek języka – głupie przyzwyczajenia, a przecież nie masz na nic polować, nie powinieneś nawet myśleć o tym, by cokolwiek dotknąć, wszystko tu wydaje się bardziej magiczne niż powinno. Jakby całe pomieszczenie było zbudowane z magii. Jeszcze nim pojawiła się właścicielka, już odwracasz w jej stronę głowę. To ona, to ona od początku była nie na miejscu. To przez nią miałeś taki opór, by podążyć za Tunder w głąb kamieniczki. Teraz, kiedy widzisz ją w całej zawoalowanej czernią okazałości, wcale się sobie nie dziwisz, rzuciłbyś się jej od razu do gardła, gdyby tylko zrobiła cokolwiek Tundrze. Cokolwiek złego. Kiedy zaczyna przy niej grzebać, momentalnie odwracasz wzrok, twarzą w twarz stając z ogromnym regałem. Niech będzie, książki przecież od zawsze były twoim konikiem. Sięgasz po jedną, to bardziej właściwie od zerkania na znajdującą się za tobą dwójkę. To, co dzieje się kawałek dalej... Nie jesteś pewny, czy właściwym byłoby podglądanie. To zbyt intymne. Nie powinna ci tego robić.
(nie chciałeś herbaty. chciałeś wyjść.)
Trzask. Odkładasz książkę z hukiem, kierując się do najbliższego kąta. I kucasz, chowając głowę w kolanach.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Nie Kwi 24 2016, 09:50

Przecież czuje ten delikatny odór przeszłości, wyzierający gdzieś spomiędzy tych wszystkich przedmiotów, schowany za fałdami sukni, przykryty woalem i drogimi perfumami, które właścicielka zawsze ma na sobie, ale nigdy jej nie przytłaczały. Może trochę bezmyślnie, jak ćma do światła, Tundra lgnęła ślepo do Znachorki, a może na odwrót było? Przecież to Tundra jest takim promieniem, a właścicielka wielką ćmą, ciemną, ciężką, pomimo swojej delikatnej postury, pewnie pod wpływem czyjegoś dotyku roztaczającą pyłek, jakby sypała się od czasu. Dla Tunder było nie do pomyślenia, aby jej unikać, lubiła ją i w pewien sposób czuła, że ją zna. Nie miała pojęcia, że na Łaurysza to otoczenie zareaguje zupełnie inaczej niż na nią. Może był zbyt czujny, kierował się instynktem, który ona, w momencie przekraczania progu gabinetu chowała głęboko do kieszeni. Właścicielka wyciąga z uszu Tundry odlewy i wraca do swojego tajemniczego pokoju, aby przygotować aparaty. W mugolskim świecie czekałaby dwa tygodnie, tutaj trwa to zaledwie parę, paręnaście minut, w zależności od wymagań. Jeszcze siedząc na fotelu, nieruchomo i cierpliwie obserwowała go i widziała, że coś przecież jest nie tak, więc kiedy tylko mogła już poruszać się swobodnie, udała się do ciemnego kąta, w którym kucnął. Jak na takie miejsce jest tutaj wyjątkowo mało kurzu, co jest zupełnie zrozumiałe, zważywszy na funkcję pomieszczenia. A jednak ten kurz pasowałby do tego chaosu.
Kucnęła naprzeciw, wyciągając rękę i zatapiając dłoń w jego jasnych włosach, zaciskając, ale tylko trochę, aby zmusić go do podniesienia głowy.
- Łaurysz. Przestraszyłeś się czegoś? - Zawsze mówi tak cicho, zwłaszcza, kiedy nie ma aparatu, ale co z tego, przecież nikogo więcej to pytanie nie dotyczy. Wlepia w niego wzrok zmartwiony i zainteresowany, a dłoń z czubka głowy wędruje na policzek. Czułe gesty zarezerwowane tylko dla brata. Nie ma pojęcia, jak zareagujesz i w ogóle się nad tym nie zastanawiała, co z tego, że nigdy cię tak nie dotykała, siedziałeś tu w kącie, zupełnie jak Gonzo czasem siada, chłopcy wyklęci, którzy osiadają jej na sercu i dokładają swoje cegiełki do bezsennych nocy. Jej instynkty opiekuńcze wywołują właśnie falę wyrzutów sumienia, że cię tu zabrała, chcąc pokazać ci najpiękniejszy gabinet, który tylko sprawił, że chciałeś uciec.
- Nie będziemy pić tej herbaty, za parę minut stąd wyjdziemy, jak tylko odbiorę aparaty. Jeśli chcesz możemy poczekać na zewnątrz. - Słuchaj, jak ona dużo mówi, jak ona się o ciebie boi i o to wszystko, co stać się może, zupełnie przez przypadek, przecież nigdy niczego nie zrobiliście jeszcze dobrze. Te przygody zawsze mają tragiczne zwroty akcji.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Pon Maj 02 2016, 00:59

Czuje krew pulsującą w skroniach: dudni, zagłuszajałąc każdy inny dzwięk, dlatego skupia się na niej, wszystkie pozostałe bodźce spychając na bok, porzucając je pośród znajdujących się w pomieszczeniu bibelotów, odcinając, jakby nigdy nie miały mieć znaczenia. Nie może się na nią złościć, nie powinien mieć do Tunder pretensji, że go tu zabrała, przecież chciała jak najlepiej - pokazać mu to, co ją samą wprawia w zachwyt, czym nie podzieliłaby się z pierwszą lepszą osobą. Musi to docenić, a nie gniewnie zaciskać dłonie w pięści. Jeszcze nic się nie stało, nic się nie stanie, to znowu tylko on, tylko jego czarnowidzące przeczucia, jego naturalna skłonność do psucia każdej atmosfery, jakkolwiek sielsko by się nie zapowiadała. To jedynie kolejny z całej serii niefortunnych epizodów, na jakie składają się ich wycieczki, nic szczególnego, z czym nie będą w stanie sobie poradzić.
(przestań o tym myśleć,
przestań,
przestań!)
Zbyt gwałtownie, jakby faktycznie coś go przestraszyło, podnosi głowę, wciąż do granic możliwości przepełniony złością. Oczy pojaśniały mu jeszcze bardziej, dlatego, kiedy widzi, że to tylko Tunder, kiedy zaczyna do niego mówić, odwraca od dziewczyny głowę, nie chce, by go takiego widziała, nie teraz, nie w tym miejscu. Podobne zachowania pozostawić może na lepsze czasy, kiedy oboje będą mieli ochotę poskakać sobie do gardeł, kiedy świat zacznie być jeszcze bardziej nieznośnym miejscem niż obecnie.
- Zostaw. - Słowo wkrztuszone w ciszę, która na moment zapadła, tnie ją bezlitośnie, wbijając się głęboko, chociaż nie tak brzmiało to w jego głowie. Chwyta Tunder za dłoń, wcale nie mocno, przytrzymuje o ułamek sekundy dłużej, niż wypadałoby w tej sytuacji, niż wskazywał na to jego ton. Chłód jej palców działa jak kompres na rozgrzaną skórę twarzy. Jeszcze chwilę, jeszcze moment, a zaraz wszystko wróci do normy; zaraz tętno mu zwolni, przestanie z pasją gryźć wewnętrzną stronę policzków, nerwowo wbijać paznokcie w dłonie.
Nie odpowiada na pytanie. Przecież nie miał się czego wystraszyć. Prawda? No, chyba jednak nie. Coś konsekwentnie i skutecznie, od momentu przekroczenia progu gabinetu, drąży mu dziurę w brzuchu, stroi żebra jelitami, jak choinkę; coś czai się w powietrzu, miesza w głowie, zmusza do agresji. Kręci przecząco głową, wyjście jedynie kawałek dalej niewiele zmieni, może nawet wszystko pogorszy, nie warto ryzykować. Wytrzyma jeszcze parę minut, Tundra musi wytrzymać z nim, musi wytrzymać jego, dla niego, dla siebie przede wszystkim. Niespiesznie zaczyna wystukiwać palcami na jej kolanie rytm, zmuszając serce do wolniejszego tłoczenia czerwonych krwinek.
- Potem. Potem ja ci zrobię herbaty, tylko nie każ mi tu więcej przychodzić - mówi ciszej niż wcześniej, znowu chowając głowę w kolanach i za wszelką cenę starając się unikać wzroku znachorki, kiedy ponownie pojawiła się w pomieszczeniu, przywołując do siebie Tunder.
(pokuta godna rycerza, nie potrafiłeś choćby wody zagotować.)
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Ulica z katarynkami   Wto Maj 03 2016, 05:01

Na tą herbatę to prawie się uśmiecha, ale tak delikatnie, że wcale tego nie widać i to trochę taki uśmiech-plaster, nawet nie dla niego, tylko dla siebie samej, kiedy srce się jej łamie i myśli sobie, jak głupią jest gąską, jakie ma prawo dzielić się z nim tym, co ją samą wciąga? Czego ty, Łaurysz, chcesz? A jeśli już wiesz, to jak ci pomóc to osiągnąć? Na pewno zrobiłaby co w jej mocy aby spełnić zadanie. Na pewno jednak po drodze błądziłby na oślep popełniając mnóstwo towarzyskich błędów, nie będąc świadoma, jak źle postępuje, pewna, że jej decyzje nikomu niczego złego nie wyrządzają. Tunder, ty w tym świecie przepadniesz. Kątem oka dostrzega znachorkę więc odwraca w jej stronę głowę, wstaje, na chwilę go tylko zostawiając, nie zerkając nawet, przecież nie chciał. Posłusznie podchodzi, przyjmuje swoje aparaty i płaci należytą sumę, uśmiechając się jeszcze i odmawiając tej herbaty, chociaż to jest szczere, w kierunku znachorki, nie potrafi chyba ukryć tej warstwy zaniepokojenia. Nie tym otoczeniem, ale reakcją Łaurysza. Odwraca się w końcu, zakładając aparaty, białe, jak ona sama i jej intencje, kiedy właścicielka znika za swoimi małymi drzwiami podchodzi do Łaurysza, dotykając jego ramienia, no chodź. Prosty proces, następujących po sobie zdarzeń, otwiera drzwi gabinetu, wychodzi na klatkę schodową, zamyka drzwi, a kiedy to robi, pod ścianą stoi już mężczyzna, który stał za drzwiami, ukryty przed spojrzeniami wychodzących. W pierwszym odruchu Tundra wzdryga się, przestraszona, zaskoczona, przecież się go tam nie spodziewała.
- Przestraszył mnie pan. - Kolejny z punktów, najpierw zaskoczenie, później krótki komentarz nie wiadomo czemu mający na celu wyjaśnić naszą reakcję. Naturalna rzecz, a Tundra w całym tym garze emocji nie zorientowała się jeszcze, że dla Łaurysza mężczyzna jest tylko pustym kątem między ścianą a barierką. Przecież i tak jest tu chłodno i tak słodki zapach zgnilizny unosi się w powietrzu. Siwy dym papierosowy dociera do jej nozdrzy, to chyba jakiś dobry tytoń bo Tundra nigdy się z takim nie spotkała. Nie jest natarczywy, korzenny, wręcz przyjemny, czego ona nie może zdecydowanie powiedzieć o mężczyźnie. Nie podoba jej się od tego ułamka sekundy, pierwszego, w którym go zobaczyła i trochę z trudem odrywa wzrok od jego intensywnego spojrzenia. Nie podoba jej się wszystko, jego postawa, wskazująca na ogromną pewność siebie, trochę nonszalancka, trochę głowa za wysoko uniesiona, blade dłonie, ulizane do tyłu czarne włosy i te oczy, jakby wydrapał je znachorce. Albo po prostu miał je zapisane w genach.
Tunder zmusza się, aby odwrócić całą głowę i wstąpić na schody, chociaż czuje palący wzrok mężczyzny na sobie i dłoń zaciśnięta w pięść zaczyna jej się pocić ze zdenerwowania. Przestraszyła się? Tak, zdecydowanie, a on o tym wie. Jest już na trzecim schodku, kiedy para wodna zaczyna wydobywać jej się z ust. Modli się w duchu, aby Łaurysz zszedł po prostu na dół, bez pytań, obawiając się, że to będzie kolejne zdarzenie, które przygwoździ ich jak płyta nagrobna. Zaczyna ją boleć głowa, a nie rozumie, dlaczego i co się dzieje, przecież zawsze bywa duszom przyjazna, zawsze im pomaga i daje z siebie wszystko, ale raz na jakiś czas, trafią się takie perły jak on, które samym spojrzeniem wpędzają ją w najbardziej zaawansowane stadium depresji. A mężczyzna tylko się uśmiecha, co za upiorny człowiek. Dlaczego ostatnio tylko takich spotyka? Żywych czy nie, ludzie chyba upodobali ją sobie na swoją maskotkę voodoo. W końcu odwraca się zupełnie, schodzi po schodach aby wyjść i odejść jak najdalej od tej kamienicy.

2 x zt
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Ulica z katarynkami   

Powrót do góry Go down
 
Ulica z katarynkami
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: