IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Café Scheherazade

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość

PisanieCafé Scheherazade   Pią Kwi 01 2016, 03:44

Café Scheherazade

Mimo że postać Scheherazade, głównej bohaterki baśni „Księgi tysiąca i jednej nocy”, jest dobrze znana mugolom, to nie zdają sobie oni sprawy z tego, że była także czarownicą arabskiego pochodzenia, która miała ogromny wpływ na rozwój magii. Zyskała niezwykle dużą popularność na ziemiach ruskich, zwłaszcza że podczas jednej ze swoich dalekich podróży odwiedziła Nowogród Wielki, którym była oczarowana. To właśnie na jej cześć para szkolnych przyjaciół – Alyosha i Mefodiy – zdecydowała się założyć ponad dwadzieścia lat temu Café Scheherazade. Przestrzeń niedużego lokalu urządzono bardzo przemyślanie. Ściany oblano purpurą i starym złotem, przy przejściach zawieszono kotary z kolorowych koralików, a w kątach ustawiono fantazyjne donice z tropikalnymi roślinami, które rosną za pomocą magii. Na stołach z kolei położono zapachowe świece roznoszące przyjemny zapach. Lokal bez wątpienia przyciąga orientalnym wystrojem i egzotyczną atmosferą w towarzystwie muzyki, świeżo mielonej kawy czy libańskiego wina.
Powrót do góry Go down
avatar


Połock, Białoruś

błękitna

18 lat

IX klasa

przeciętny

PisanieRe: Café Scheherazade   Sro Kwi 13 2016, 20:59

Droga do kawiarni w towarzystwie Anny zajęła znacznie krócej, niż się tego spodziewała. Podśmiewały się z siebie nawzajem, wspominając ostatni rok szkolny, perypetie z nauczycielami, przygody w godzinach nocnych. Lazareva zawsze z zainteresowaniem słuchała rozmówców, jednak jej przyjaciółka zawsze miała do opowiedzenia jakieś niezwykłe historie związane ze swoimi tarapatami, relacjami z innymi czy też śmieszne komentarze na temat znanych im uczniów. Oczywiście robiła jej za to groźne miny pełne dezaprobaty, gdyż osobiście w życiu nie poszłaby na schadzkę o północy na szczycie najwyższej wieży z jakimś młodzieniaszkiem było nie do pomyślenia, jednak było to zarazem niezwykle fascynujące i nowe - a Iskra kochała się uczyć. Nawet o innych ludziach.
- No, to jesteśmy na miejscu. - uśmiechnęła się szeroko, zatrzymując przed progiem Szeherezady. Lokal ten upodobało sobie wielu czarodziejów cygańskiego pochodzenia, za co Iskra osobiście uwielbiała ten przybytek. Ich lekkość bytu, frywolność i szaleństwo urzekało ją i choć nie chciała przyznać, obserwowała ich zawsze z zainteresowaniem dziecka w zoo.
Ze środka dobiegała skoczna muzyka, a przed wejściem kręciło się już kilku uczniów, czekających na swoich towarzyszy, bądź tych, którzy wyszli złapać oddech od tańców, hulańców i swawoli.
- Wchodzimy? - uniosła brwi, chwytając Anę pod ramię i nie czekając na odpowiedź wciągnęła ją do środka.
Był koniec wakacji, ostatnie chwile przed nauką, ostatnie chwile przed ostatnim rokiem w szkole. Najważniejszym rokiem. Ogrom zajęć i egzaminów z pewnością pozbawi j możliwości nawet myślenia o potańcówkach, pragnęła więc choć trochę nacieszyć się tym sielskim klimatem Szeherezady.

W środku zastały zaskakująco wiele znajomych twarzy, wielu uczniów ostatnich roczników przybyło na imprezę pożegnania lata. Witała się z nimi uprzejmie z uśmiechem, ciągnąc Svietę w stronę baru. Czas zrobić użytek z jej ukończonej osiemnastki! Oczywiście w granicach rozsądku, w końcu była odpowiedzialną młodą damą.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

błękitna

17 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 11:37

Ostatni dzień wakacji. Długich, okropnych wakacji, które dla Eleny mogły się w ogóle nie zaczynać. Tym bardziej, że rodzice uznali, iż ich córka powinna już zdecydować, co będzie robić, po zakończeniu szkoły. Codziennie Elena zasypywana była gradem pytań, na które nie potrafiła odpowiedzieć. Albo inaczej... Jej odpowiedź z pewnością nie usatysfakcjonowałaby państwa Wrońskich. Z tego też powodu po miesiącach spędzonych u wybrzeży morza Czarnego, gdy przechadzała się pomiędzy uroczymi bułgarskimi zabudowaniami i na wszelkie sposoby próbowała uchronić swoją delikatną, jasną cerę przed bezlitosnym słońcem, była mistrzynią w zbywaniu ludzi i wymyślaniu kłamstw na poczekaniu.
Lekko zaczerwieniony nos oraz policzki i ciemniejsza skóra, świadczyły o tym, że przegrała nierowną walkę z gazową kulą. Z kolei szeroki uśmiech, że wcale się tym nie przyjmowała. To zdawało się niemożliwe, jednak owy uśmiech poszerzył się, gdy zobaczyła Stiopę. Zaszła go od tyłu i wspięła się na palce, by móc oprzeć się brodą o jego ramię.
- Czym się różni Stalin, od pralki automatycznej? - Przywitała go, na poczekaniu wynajdując jakiś mało śmieszny dowcip. Jej żarty stawały się śmieszne dopiero po kilku głębszych. - Stalin jeszcze wiesza. - Nawet ona się nie śmiała, tylko zamknęła chłopaka na moment w silnym uścisku ramion, aby następnie odsunąć się i lepiej przyjrzeć Zakharenko. - Urosłeś? I przypakowałeś, albo przytyłeś, nie jestem pewna. - Wsunęła dłonie w kieszenie swojej kurteczki, posyłając chłopakowi wredny uśmieszek. Witamy po wakacjach, drogi Panie!
- Gotowy, żeby puścić ten lokal z dymem? - Bardziej dwuznacznie się chyba nie dało. Może tego wieczoru bezpieczniej będzie trzymać ogień z dala od Eleny?
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

błękitna

18 lat

IX klasa

bogaty

Czarcie Włócznie, Świtezianka

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 12:51

Życie towarzyskie Akademii było jedyną dziedziną, w której przodowała w czasie swojej nauki. Jakimś cudem zawsze wiedziała kto, gdzie i z kim. A jeśli akurat coś umknęło jej uwadze, zadając odpowiednie pytania - odpowiednim ludziom - umiała uzyskać pożądane informacje. Była więc istną skarbnicą różnorakich historii o nauczycielach i szkolnej braci. Nie wspominając już o jej własnych przygodach! Szczebiotała więc radośnie przez całą drogę, gestykulując żywo rękami. Łaskotała Iskrę w bok za każdym razem, gdy za mocno marszczyła piegowaty nosek w nieustającej dezaprobacie dla głupoty Sviety - jeśli nie porzuci tego zwyczaju szybko nabawi się zmarszczek! Zupełnie nie pilnowała drogi. Nie zastanawiała się nad tym dokąd idą, bez wahania podążając za przyjaciółką. Kiedy dotarły na miejsce zamrugała szybko, jakby otrząsała się z jakiegoś transu. Ostatnia historia zamarła jej na ustach, gdy szybko rozejrzała się wokół. Rozpoznała miejsce, oczywiście. W Szeherezadzie robili najlepszą kawę po tej stronie Petersburga, a wieczorami często na scenie pojawiali się lokali artyści umilający czas swoimi występami. Dziś wokół lokalu kręcili się ludzie, w których Svieta rozpoznawała mniej i bardziej znajomych uczniów Akademii. To wystarczyła, by poskładała sobie wszystko w głowie w sensowną całość.
- Och. - westchnęła tylko ze szczerym zachwytem, obdarzając Iskrę szerokim uśmiechem. Nie musiała dodawać nic więcej, jej radość była niemal namacalna! Oniemiała na chwilę z tego wszystkiego i tylko pokiwała potakująco głową, gdy Iskra zadała prawdopodobnie najbardziej retoryczne pytanie tego wieczoru. Była impreza i miałby nie wejść? Dobre sobie!
Nim dotarły do baru, Svieta zdołała nie tylko schować swoje okulary przeciwsłoneczne do malutkiej torebki, która obijała jej się o biodro, ale również rozplątać gruby warkocz. I to wszystko jedną ręką, bo przecież drugą wciąż kurczowo trzymała się Iskry, by nie zgubić jej w zagęszczającym się tłumie. Jasne włosy w miękkich falach opadły jej na ramiona, w ruchy wkradła się pełna beztroski lekkość - wystarczyło kilka pierwszych taktów granego utworów, by Wrońska była gotowa do tańca.
- To jest najlepsza niespodzianka tego lata. - oświadczyła z powagą, gdy wreszcie dopchały się do baru. Wyciągnęła kilka rubli i palcami pokazała barmanowi ilość kieliszków, które chciała dostać. - To wszystko było zaplanowane? - pytała jednocześnie, obserwując lejący się alkohol. - Bo jeśli tak, to jakim cudem JA nic o tym nie wiedziałam? - potrząsnęła głową z niedowierzaniem, bo to faktycznie istna zniewaga, by dowiadywała się jako ostatnia! Wcisnęła pieniądze w dłoń barmana i podsunęła dwa kieliszki wiśniówki Iskrze, dwa zagarniając dla siebie. Uniosła pierwszy do toastu, a potem błyskawicznie wlała do ust słodki alkohol. Nim sięgnęła po drugi, kątem oka dostrzegła znajomą postać kuzynki.
- Hela! - zawołała głośno, machając do drugiej Wrońskiej. Dziewczyna rozmawiała z kimś, kogo Svieta nie umiała rozpoznać po samych plecach i tylko dlatego nie przywoływała jej jeszcze intensywnie do baru. Kiedy będzie chciała, Helenka sama znajdzie do niej drogę, wystarczy cierpliwie poczekać. One tym czasem mają drugi kieliszek do wypicia.
Powrót do góry Go down
avatar


Połock, Białoruś

błękitna

18 lat

IX klasa

przeciętny

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 15:56

Nie zamierzała dziś się upijać, jak zresztą nigdy. Pijaństwo nie przystało dziewczęciu jej pokroju, nie to, by inne dziewczęta były gorszego sortu czy coś, po prostu nie wypadało. Co by świat pomyślał, gdyby młoda Lazarevna taczała się po ulicach chichocząc jak opętana, albo co gorsza wymiotując gdzie popadnie. To po prostu nie mogło się wydarzyć. Nigdy.
Mimo to sięgnęła zarówno po pierwszy, jak i prędziutko drugi kieliszek, widząc kątem oka z kim kuzynka Svetlany rozmawia. W odróżnieniu od niej bowiem rozpoznałaby tę sylwetkę nawet z daleka, po ciemku i w tłumie ludzi (czyli warunkach podobnych do tych w których aktualnie się znajdowali).
Stiopa.
Uśmiechnęła się lekko, trochę jak kretynka, przynajmniej czuła się jak kretynka z tak żałosnym pedo-uśmieszkiem na ustach. Zawsze cieszyła się na jego widok. Od kiedy mieszkał w jej domu stał się jej niezwykle bliski w sposób zgoła inny niż bracia czy siostry. Był specjalny, choć na swój upośledzony sposób Iskra nie umiała określić dlaczego. Niby taka inteligencja w niej nieprzebrana, a nie zdawała sobie sprawy, że zwyczajnie się w nim podkochuje.
- Jestem zawiedziona, Sviet, że nie wiedziałaś o imprezie pożegnania wakacji. - westchnęła markując dezaprobatę- Kto jak kto, ale to Ty powinnaś ciągnąć mnie tu, a nie na odwrót! - pogroziła jej palcem mrużąc jedno oko - Żeby mi to było ostatni raz, bo jeszcze wyjdzie na to, że na ostatnim roku zamienimy się rolami!
Po tych słowach zaśmiała się niemal histerycznie, tak absurdalny wydał się jej obraz takiej sytuacji. Ona. Szalejąca po zamkniętych komnatach z nie wiadomo kim, a Sveta zawalona książkami i nie wyściubiająca nosa z czytelni. Absurd! Aż łzę uroniła, otarła ją więc wierzchem dłoni próbując opanować rechot.
- Zdradzę Ci sekret... - nachyliła się do przyjaciółki - Namówiłam Zito, żeby pouczył mnie jak się tańczy. - powiedziała z najwyższą powagą, bo traktowała tę sprawę śmiertelnie poważnie. Wydawać by się mogło, że każdy potrafi się gibać w rytm muzyki. Szczególnie jeśli słoń na ucho nie nadepnął i czujesz rytm czy melodię. Iskra wspaniale grała na instrumentach klawiszowych takich jak fortepian czy organy, niestety, gdy przychodziło do tańca jej ruchy stawały się sztywne i kanciaste jakby ciało zapomniało jak używać mięśni. Lazareva miała podejrzenie, że to wiązało się z powagą z jaką traktowała swoją osobę i podświadomie nie dopuszczała możliwości by tak opanowana persona wyginała się czy pląsała w rytm muzyki, odpychała jednak od siebie ten wniosek bo znaczyłoby to, że jej podświadomość jest silniejsza od niej samej - a to przecież absolutnie nie-mo-żli-we.
- Myślę, że to może być klątwa. - pokiwała głową zachowując powagę- Ktoś mi pozazdrościł sukcesów i przeklął mnie bym nigdy nie mogła tańczyć... - teoria brzmiała nawet prawdopodobnie, gdyby nie była równie absurdalna co wcześniejsze wizje dziewczyny.
Rozejrzała się po gęstniejącym tłumie i uśmiechnęła, widząc przez okno zbliżającą się grupę młodszych uczniów. Zawsze cieszyły ją takie integracyjne spotkania, które nie były wciśnięte w ramy konwenansów. Ogromna część młodzieży na oficjalnych przyjęciach nie umiała być sobą, dopiero w takich warunkach pozwalając sobie na okazanie prawdziwej twarzy. A byli przecież tacy piękni.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 17:31

Nikt tak naprawdę nie wiedział, kto stał za organizacją tej potańcówki. Z ust do ust, pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że to właśnie  Café Scheherazade będzie miejscem uhonorowania ostatnich dni wakacyjnej wolności. Pojawił się cygański zespół, jeden z wielu, które często umilały klienteli wieczory swoimi skocznymi melodiami. Zaraz też zagęściło się od osób tańczących, klaszczących bądź chociażby kiwających głową w rytm muzyki, której nie można było się oprzeć.
Wciąż brakowało kilku uczniów, w tym całego składu zeszłorocznego Komitetu Dyscyplinarnego. Czy to przypadek? Czy zrządzenie losu? Co mogło wydarzyć się w życiu młodych czarodziejów, by zrezygnowali z tak znamienitego przyjęcia, którego cel był najbliższy sercu każdemu, kto choć chwilę zakosztował szczęścia tego lata.


Tańczmy.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

17 lat

VIII klasa

bogaty

Alruana, Świtezianka

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 22:06

Kolejny rok już mijał, a Zito, jak był utalentowany we wpadaniu na przeróżne zabawy, tak przez rok, nic się nie zmieniło. Owszem jego preferencje dotyczące samotnych przechadzek w świetle księżyca i gwiazd ani trochę się nie zmieniły, jednak spotkanie w przyjaznym gronie zawsze było czymś pożądanym w cygańskiej rodzinie. Zabawa w Café Scheherazade była pożądana dwa razy mocniej przez młodego Roma, bowiem jego znajomi, jeśli nawet nie dalecy krewni obstawiali oprawę muzyczną i jak tu nie pojawić się na takiej zabawie! Naturalnie byłoby niespotykanym gdyby Zito nie przekazał tej jakże wspaniałej wiadomości reszcie społeczeństwa.
Idąc na zabawę cicho wystukiwał rytm na swoim mało wartościowym tamburynie, z którym nie potrafił się rozstać, a który w jego dłoniach nabierał całkiem innej barwy. Po drodze zgarnął Antona, swojego towarzysza, który mimo braku wysokiego urodzenia i przywiązania do rodziny Vasilchenko, odpowiadał mentalnością do muzyki i tańców jak nikt! Już przed lokalem mogli usłyszeć ojczysty język Zita, który niósł się po tętniącą życiem dzielnicy. Głęboko wdychając świeże powietrze, Zito uśmiechnął się do siebie i gestem zaprosił Valerieva do środka.
Gorąc, który buchnął im w twarz był wręcz obezwładniający, jednak żaden z nich się nie cofnął, ba, obaj rzucili się na sam środek parkietu i zaczęli wywijać, a przynajmniej Zito wciągnął Antona od razu na środek. Robiąc bliżej nieokreślone ruchy i pląsając w mało synchroniczny sposób zawładnęli parkietem. Zito coraz głośniej grając na tamburynie, nie zwracał uwagi na otaczających go ludzi, jego rodzinna krew dała po sobie znać, dlatego na początku musiał wyzwolić swojego wewnętrznego cygana. Po chwili szaleństwa z własnym tamburynem podniósł głowę i machnął na przywitanie z orkiestrą, grali perfekcyjnie, jak to cyganie!
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 22:50

Co to w ogóle za idiota wymyślił, żeby mierzyć w latach czas. Rok to stanowczo, stanowczo za długo. Czas powinno się mierzyć w odśpiewanych piosenkach, w nieprzespanych nocach. Jakże dorośli byśmy się wszyscy zdawali mając na koncie już setki takich. Dobry pomysł. Bardzo dobry pomysł.
Podobnie jak ten, na który wpadł Zito – na niego to jednak zawsze można liczyć – kiedy napisał mi o tej imprezie, czy tam czymkolwiek była zanim pojawiłem się w progu knajpy. Bawić to się zresztą zaczęliśmy wcześniej, skoro przyjaciel mój najdroższy wziął ze sobą tamburyno, czego więcej trzeba? Śpiewałem na całe gardło te piosenki, co ich mnie uczył po pijaku, a ludzie albo oglądali się jak na wariata, albo klaskali. W to mi właśnie graj.
Nawet się nie rozglądam, bo i kiedy, wciągnięty od razu w szał, w sam środek parkietu; śmieję się jak głupi. Nie wiem, czyj łokieć wbija mi się w plecy, czyje włosy łaskoczą mnie w nos. Piosenka ledwo dolatuje do moich uszu, bardziej dźwięczy w nich tamburyno i moje własne pokrzykiwania. Jak kończyć wakacje, tylko z cyganami.
Kątem oka ogarniam tych mniej przychylnych pląsom, obstawiającym dzielnie rogi. To przecież równie ważne zadanie, co bycie duszą imprezy. Jakieś panienki naburmuszone, ktoś tam ze szkoły i czyżby to droga Iskierka? Znów na moich barkach spocznie obowiązek spicia pannicy Poważnej do nieprzytomności.
No cóż. Takie życie.
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

błękitna

18 lat

IX klasa

bogaty

Czarcie Włócznie, Świtezianka

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 22:51

Dla zachowania równowagi - Svieta nie miałaby nic przeciwko temu, by upić się porządnie w wesołej kompani. W przeciwieństwie do Iskry nie miała w sobie tej potrzeby by nieustannie kontrolować swoje zachowania i emocje. Kochała tracić głowę, z łatwością ulegała emocjom i zauroczeniom. Nie bała się tego, że może się wygłupić albo przynieść wstyd nazwisku (wszak słabość do biesiadowania była czymś przynależnym jej krwi!). Nie próbowała jednak na siłę wciągać przyjaciółki w swoje szaleństwa; pozwalała jej zostać nieco z boku i obserwować. Jeśli chciała się przyłączyć była witana z entuzjazmem, a gdy chciała wracać do domu... Svieta zbierała resztki swojej przyzwoitości z podłogi i chwiejąc się na boki wychodziła z dumnie uniesioną głową. Kochała się dobrze bawić, ale swoich najbliższych kochała jeszcze mocniej.
- Wstydzę się za siebie. - oznajmiła grobowym tonem, spuszczając głowę jakby w poniżeniu. W kąciku jej ust czaił się jednak pełen rozbawienia uśmiech nad którym nie mogła całkiem zapanować (była wszak o wiele gorszą aktorką od Iskry). - Obiecuję, że to już się więcej nie powtórzy! Będę czujnie wyglądać wszystkich potańcówek żebyś mogła spokojnie pracować na swoje doskonałe stopnie. I będę Cię ciągać tylko na te najlepsze.- zakończyła obdarzając ją kolejnym uśmiechem i mrugnęła porozumiewawczo.  
Drugi kieliszek smakował nawet lepiej niż pierwszy. Svietlana oblizała usta, które smakowały słodko i wiśniowo. Zwróciła ich puste kieliszki do barmana, a potem ujęła Lazarevę pod ramię i pociągnęła ją w stronę parkietu. Nie rzuciły się jednak w tłum tańczących. Gdyby Svieta była tu sama, pewnie byłaby już w samym środku tego wesołego chaosu, wirując w piruetach, głośno tupiąc i klaszcząc. Nie mogłaby jednak zostawić Iskry samej w tym tłumie, to zwyczajnie się nie godziło.
- Słuszna myśl! Cygańskie pląsy spodobają Ci się bardziej niż moje baletowe plié. - ucieszyła się, jednocześnie odwołując się do tych kilku okazji, gdy podjęła się próby wpojenia Iskierce podstaw baletu. Nie umiała w żaden sensowny sposób wyjaśnić niezręczności przyjaciółki w tańcu. A naprawdę próbowała! Wiele razy głowiła się nad tym obserwując jak wdzięcznie poruszała się, gdy wokół nie było muzyki. Zerkała teraz na swoją rudą towarzyszkę, snującą teorie o klątwie i uśmiechała się z pewnym rozbawieniem.
- Najmilsza, mi się wydaję, że ty po prostu musisz poczuć muzykę! - szepnęła jej bezpośrednio do ucha, bo wokół zrobiło się nagle dużo głośniej. Pewnie dlatego, że wspomniany wcześniej Zito właśnie wparował do lokalu i porwał tłum do tańca. - Ale jak już ją poczujesz to nie duś jej w sobie, pozwól jej się wydostać. - klasnęła w dłonie w rytm muzyki i roześmiała się dźwięcznie. - Jeśli te melodie nic nie dadzą... To przysięgam, że po powrocie do szkoły spróbujemy znaleźć tego kto rzucił klątwę. - narysowała palcem wskazującym krzyż na swoim sercu, pieczętując swoją obietnicę, a potem złapała dłoń Iskry i pociągnęła ją w stronę pląsającego w tłumie Zito. Skoro obiecał, to powinien zabrać się do roboty!
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

błękitna

17 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 23:13

Taniec, śpiew, muzyka... Tylko tyle wystarczyło, by przepędzić wszelkie zgryzoty Eleny. Rodzina została w Kaliningradzie, tak samo jak trudne pytania. W Kaldovstoretz byli ludzie, którzy wspierali jej wybory, niezależnie od tego, jakie były. Poza tym bardzo lubiła zajęcia ze swoim nauczycielem, a w tym roku zoologia oferowała ciekawy materiał. No i na wakacjach nie miała dostępu do wielu ksiąg, które były niezwykle pomocne, przy zgłębianiu tematu poświstów. Poza tym przy rodzicach tak trochę słabo...
- Lamerskimi? Ranisz... Wyjechałam z moją najcięższą altylerią. - Udała urażoną, jednak nie mogła długo powstrzymywać uśmiechu. Spojrzała z powątpiewaniem na jego bicepsy, albo raczej w miejsce, gdzie te powinny się jakoś odznaczać. -  Taaa...  Gówno prawda. - Skomentowała najprościej jak się dało, rozglądając po lokalu. I co tu robić? Nogi same rwały się do tańca i Elena z wielką chęcią dołączyłaby do Zito i jego kolegi, którzy królowali na parkiecie. Z drugiej strony, miała wielką ochotę zacząć nowy rok szkolny z kieliszkiem w ręku, a kuzynka przy barze szybko pomogła podjąć Wrońskiej decyzję.
- Dobrze, że nie na wino mam ochotę. - Puściła do Zakharenko oczko i pociagnęła w kierunku dwóch dziewiątoklasistek. Wciąż podrygiwała w rytm muzyki, nie mogąc się doczekać, kiedy w końcu dostanie zamowioną czystą. Stiopie dała zamówić samemu, bo cholera wie, co on tam chciał.
Szkoda tylko, że jej kuzynka była niczym ten wiatr, z którym pędzą cyganie i kiedy Helena dopchała się do baru, Sviety już tam nie było. Wrońska uniosła do góry jeden kieliszek, zerkając pytająco na towarzysza.
- Za co pijemy tego wieczoru? - Zapytała, bo niby każdy powód jest dobry, ale jak ma się taki naprawdę dobry, to człowiek jakby mniej się czuje alkoholikiem. Przynajmniej Elena tak miała, kiedy wódka za dobrze jej wchodziła.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 23:14

Wcale nie mam nastroju, żeby tu być, wręcz przeciwnie, wcale nie chcę. Źle się czuję w takich grupach, na imprezach, strasznie niepewnie, zwłaszcza, że wiem, podejrzewam, że będzie tu wiele osób, które podstawiają mi na szkolnych korytarzach nogi, kule, miotły i wszystko inne, co akurat mają pod ręką. Ale nie chcę też być sama z Gonzo, bo boję się, że poczułby się gorzej, widząc, że ja chcę rozmawiać. Więc muszę to przemilczeć, a najlepiej to może. Może z kimś innym porozmawiać. Plus jest taki, że hałasu nie słyszę, więc nie będzie aż takiego problemu, ze zwykłym odczytaniem, co ktoś do mnie mówi. Przez większość drogi do Scheherazade milczę, w końcu podejmuję jakiś temat lekki i niepozorny, migam o tym gołębiach, które siedzą na dachu budynku, w niemalże równych odstępach, powinny ci się spodobać, Gonzo.
Do lokalu wchodzę niepewnie, zastanawiając się, czy w ogóle będziemy tutaj mile widziani. Jak na potwierdzenie tej wątpliwości wyłapuję gdzieś pośród ludzi Svietę Wrońską. Nie powinnam być zdziwiona, wyłapuję rudą Iskrę i trochę mi milej, może dzisiaj niczym nie oberwę. Przeskakuję wzrokiem po lokalu. Kilka osób, które znam tylko z widzenia. Stiopa. Podeszłabym, ale chyba nie. To nie ten moment. Żałuję, że nie mam długich rękawów, które mogłabym naciągnąć na dłonie, bo nagle czuję się odsłonięta, w tym luźnym t-shircie, który w zasadzie wszystko i tak zasłania. Zerkam w bok na brata i widzę tą jego maskę, zastanawiam się, czy dzisiaj eksploduje, więc migam mu, że idę do toalety, zaraz wrócę. No przecież zaraz będę, Gonzo, chce mi się już siku.
Wcale mi się nie chce, ale potrzebuję chwili, a gdzie, jeśli nie w kiblu knajpianym ją zdobędę? Omijam większość szerokim łukiem, snując się gdzieś przy ścianie, nielicznym, którzy mnie zauważą podnoszę nieśmiało dłoń na przywitanie, a potem znikam za drzwiami toalety. Sprawdzam kabinę, nikogo nie ma, super. Odkręcam wodę w umywalce i przez chwilę przyglądam się mocnemu strumieniowi wody. W tym momencie wyjątkowo brakuje mi tego, że nie słyszę z jakim ciśnieniem ciecz odbija się od ceramicznych ścianek umywalki.
Powrót do góry Go down
avatar


Kraków, Polska

czysta

17 lat

VIII klasa

zamożny

PisanieRe: Café Scheherazade   Czw Kwi 14 2016, 23:55

Wyszedł zza rogu, z półcienia, cicho jak duch, które tak bardzo dobrze znasz - nic to jednak, przecież nie usłyszałabyś nawet, gdyby wparował w pełnej zbroi płytowej. Odkrajał po małym kawałeczku jabłko, czerwone jak krew, tym okropnym sztyletem, co szepcze Ci o strasznym, strasznym morderstwie. Opancerzone sygnetami palce podrzucają przedmiot raz, drugi, łapiąc to rękojeść to ostrze. Obchodzi Cię powoli, zerkając w lustro, w Twoje odbicie w nim, oczy zmęczone rozszerzające się powoli na jego widok. Pakujesz się w tarapaty, moja panno.
Nic nie mówi, ani słowa, kraja jeszcze jeden kawałek jabłka i bardzo powoli wkłada go do ust. Czy czujesz się niespokojna? On to czuje, jak psy na ulicy którym musisz patrzeć w oczy i nie okazywać strachu. Polski pomiot, pan Twardowski, od pierwszej klasy budujący niewybredną renomę - teraz nawet nie musi się starać.
Przyszedł tu w sumie z kimś, lubił muzykę bałkańską i tańce Vasilchenków, lubił alkohol i inne używki, a nader wszystko lubił ofiary losu, jak Ty. W prezencie. Tutaj. Sama.
Rzucił niedbale jabłko na ziemię i stanął za Tobą, wyciągając dłonie, jak węże, po obu stronach Twoich bioder. Obejmując Cię niezbyt czułym gestem opłukał swój umiłowany sztylecik i miękkim ruchem wsunął go do kieszeni. Trwał w tej pozycji za długo na przypadek, jednak - czy cokolwiek w jego życiu działo się przypadkiem?
Uniósł dwa palce, wciąż nie odrywając wzroku od Twojego odbicia i wskazał wpierw swoje oczy, a zaraz potem Ciebie. I to perskie oczko na koniec, jak wisienka na torcie. Wszystko w tym leniwie przeciągniętym tempie, jakby igrał sobie z Tobą, naśmiewał się, traktował specjalnie. Opuszczając dłoń równie powolnym gestem wysunął język i w skrajnie ordynarny, jednoznaczny sposób zachybotał nim w powietrzu pomiędzy palcami ustawionymi w znak wiktorii.
I wyszedł.

Zaśmiał się głośno widząc co wyprawia się na parkiecie. Uwielbiał patrzeć na tych szaleńców z ogniem zamiast krwi. Widział Wrońską, ciągnącą swój umiłowany drewniany kołek na parkiet i szczerze wciąż nie rozumiał jej zafascynowania tą przyjaźnią. Twardowski nie uznawał mediacji, ani pośrednictwa, ani układania się. Nie szanował żadnego z Lazarevów za to, jaką neutralnie słodko-pierdzącą pozycję sobie wyrobili w świecie czarodziejskich dynastii. Wiedział o świecie i historii zbyt wiele, by ignorować potężny wpływ dyplomacji na wydarzenia, ale po wszystkim to nie o dyplomacji pisano powieści, nie dyplomacja zatrważała liczbami, nie dyplomacja płaciła złotem i krwią. Iskra. Miał ją na swojej liście.
Skierował się w stronę baru, choć właściwie bez konkretnego zamiaru. Obracał w kieszeni kilka rubli o rozglądał po twarzach zebranych z równie wielkim zainteresowaniem co zwykle, tym pochmurnym wzrokiem i uśmieszkiem błądzącym po ustach.
A może by tak... potańczyć dziś?
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Café Scheherazade   Pią Kwi 15 2016, 15:58

Możesz skupiać się jak tylko chcesz, marszczyć brwi, wkładać palec pod strumień wody, nie usłyszysz tego ot tak, nie naprawisz się. Głupia gąsko, dajesz się zaskoczyć w tak paskudny sposób, nieświadoma w ogóle jego odrażających intencji, kiedy tylko zauważasz czyjąś obecność, przysuwasz się do umywalki, obracając lekko, bo pierwsze, co przychodzi ci do głowy, to to, że ktoś chce z toalety skorzystać, a nie to, że chce skorzystać z ciebie. Prawda, staje się dla ciebie jasna, kiedy widzisz Twardowskiego. Patrzy i nic nie mówi? Czego chce? Przyglądasz mu się uważnie, zastanawiając się, jakie są twoje szanse wyjścia z tego cało, bo nie podoba ci się ani on, ani jego sztylet trącący śmiercią. Jak sam Twardowski, cuchnie słodką zgnilizną, którą niewielu ludzi wyczuje, bo nie stykają się z nią na co dzień. Kiedy zbliża się do ciebie, z upiornymi oparami, przez chwilę masz ochotę złapać się za srebrny pierścionek, zawieszony na łańcuszku, ukryty pod koszulką, ale wiesz, że to niczego nie da, przecież to człowiek z krwi i kości.
Gdyby tylko Gonzo wiedział, wybiłby mu te palce.
Twardowski wychodzi, a ty spoglądając wciąż w lustro, odprowadzając go wzrokiem i kiedy drzwi się zamykają spoglądasz znów na kran.
Gnój nie zakręcił wody. Sięgasz więc go kurka i przekręcasz go, stojąc tak jeszcze przez chwilę nad umywalką. To był bardzo zły pomysł, aby tu przychodzić.
Wychodzisz z łazienki i wygląda na to, że impreza się rozkręca. Gdzie jest Gonzo? Nie możesz wyłapać jego białej czupryny, która powinna wręcz świecić pomiędzy wszystkimi tymi głowami. Nie wyszedłby bez ciebie i ty nie zrobisz tego samego. Podejmujesz więc decyzję o kolejnym masochistycznym kroku, chcąc podejść do jedynych osób, które znasz nie tylko z widzenia. Ale jesteś za wolna, bo Svieta już ciągnie Iskrę na parkiet, a tam nie pójdziesz zdecydowanie. Idziesz więc w drugą stronę, wyłapując przy barze Stiopę z Wrońską. Cóż, Tunder, przynajmniej nikt nie zmusza cię do tańca.
-Hej. - Bardzo ładne przywitanie, jesteś pewna, że wypowiedziałaś je na głos, a nie tylko wyszeptałaś w kierunku tej dwójki? Mogli nie usłyszeć, dobrze, że uniosłaś bladą dłoń, mogliby cię przeoczyć.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

półkrwi

wieszczy

18

VIII klasa

majętny

PisanieRe: Café Scheherazade   Pią Kwi 15 2016, 20:32

Zapach słodkich owoców. Pochłania go i obezwładnia, bardziej niż powinien, zanim jeszcze wejdzie do środka. Stoi przed drzwiami, chowając dłonie głęboko w kieszeniach. Krzywi się, prostuje, odchyla do tyłu. Zerka w niebo, w ziemię, z powrotem na lokal.
Co ja tu robię? Prycha na te myśl. Nie bywa na takich imprezach, nie lubi, nie przepada, nikogo nie zna, ludzie nie znają go, a jeśli znają, to z reguły nie przepadają. Ma pewną obawę, że gdy wejdzie, ktoś go zauważy, powtórzy innym i cały misterny plan runie w gruzach. A przecież nie chce, by niewinne, nieświadome panny zostały uprzednio uświadomione.
Ofiara jest bezbronna w jego obliczu, nawet gdy słyszała o nim wcześniej różne dziwne rzeczy. Owce zawsze lubią się z wilkami. Jednak owca wraz z całą obstawą, gotów skuć ją kajdankami, by powstrzymać ją od głupstwa – cóż. Sashy nie podoba się ten pomysł.
Bierze głęboki wdech, chwyta klamkę i wchodzi do środka. Szybko. Powoli. Cicho, by nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Wirujące kolorowe światełka, brzęczące koraliki, znów ten słodki zapach. Zaciąga się nim, staje przy ścianie, opiera o nią plecy. Rozgląda się po Sali, wyłapując jasnych, falujących włosów. Ma nadzieję napotkać jakieś nowe twarze, lub takie, do których nie udało mu się do tej pory dostać. Po chwili zaczyna trząść nogą w zniecierpliwieniu. Sporo minęło od ostatniego razu. Tak myślę. Te wakacje były okropne, jak każde inne. Śniąc, marząc i tańcząc ze śmiercią. I zatracanie się w romantycznych uniesieniach nie były żadnym rozwiązaniem, ani pomocą. Stąd ten brak zorientowania.
Stąd też irytacja, złość i potrzeba rozładowania napięcia. Błysk jasnego, srebrzystego włosa. Staje na palcach, by podejrzeć dziewczynę zza głów innych ludzi. Widzi w jakim zmierza kierunku. Uśmiecha się pod nosem. Schyla się, przeciska między roztańczonym, głośnym tłumem. Jak on nie lubi takich spędów. Tak bardzo. Powtarza sobie, że tylko konieczność powstrzymuje go przed wyjściem. A jednak jest coś w tym miejscu, w muzyce, jakaś magia, która szybko skradła mały skrawek jego serca.
Staje przy barze. Czeka na okazję. Macha ręką, zamawia coś, sam nie wie co. Trudno. Opiera się o blat i leniwie zerka na bok.
Jasne włosy, szare oczy, pełne usta, drobna twarzyczka.
Och.
Marszczy brwi, uchyla lekko wargi w zdziwieniu. Zamyka je szybko, opiera policzek na dłoni, obserwuje. Uważnie i uważniej, chwilowo zapomina o owieczce. Tutaj ma dziwną, inną, nieznaną istotę. A przez to ciekawą.
Przygląda się jej małej buzi i zastanawia, czy kiedyś ją gdzieś widział? Tak, na pewno. Coś się zmieniło. Opalenizna? Wzrost? Makijaż? Ach, tak. Włosy. Krótsze o dobre parę centymetrów.
Trochę była, trochę nie była na jego liście. Śliczna, w jego typie, ale inna, nieskalana. Mówił sobie, że jest zbyt niedostępna i cicha, więc szukał dalej. Tak naprawdę trochę nie chciał psuć tej porcelanowej laleczki. Kiedyś.
- Hej – mówi, gdy widzi, jak poruszają się usta dziewczyny. Cóż z tego, że te słowa nie były dla niego? Nie spuszcza z niej wzroku. Patrzy na nią trochę jak naukowiec obserwujący swój nowy obiekt. Trochę jak wygłodniały wilk. Nie uśmiecha się. Ma spokojny, może nieco leniwy wyraz twarzy.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

17 lat

VIII klasa

bogaty

Alruana, Świtezianka

PisanieRe: Café Scheherazade   Pią Kwi 15 2016, 21:55

Oczywiście po chwili dzikich pląsów zaschło mu w ustach, jednak widząc zbliżającą się Iskrę wraz z towarzyszką, nie mógł tak po prostu wyparować w celach czysto konsumpcyjnych. Szturchnął Antona, coby chłopak wiedział, że zaraz trzeba będzie się zająć damami i kiedy tylko były na wyciągnięcie ręki oderwał rękę od tamburyna. Niemal porwał Irskrę w ramiona, oczywiście w ostatnim momencie odskakując do tyłu, coby dziewczyna na niego nie wpadła! Uśmiechnął się do niej i znów zaczął bić rytm w małym instrumencie.
- Kogóż ja widzę na parkiecie! Na taką szczególną chwilę trzeba specjalnego repertuaru! - krzyknął w stronę dziewczyny, naturalnie ruszając się do rytmu. - Yuri! - krzyknął w stronę orkiestry - Kalashnikov! - zawołał wesoło patrząc na kapelmistrza, który oczywiście znał tegoroczny hit Bregović'a.
- Musisz się rozruszać i zrelaksować! Wsłuchaj się w muzykę! - krzyknął do niej, oczywiście nachylając się przy tym i nie przerywając swojego jakże istotnego wybijania rytmu na tamburynie. Widząc jej zamieszanie zaraz złapał ją za ręce, obracając wokół siebie, sprawiając, że cały świat zaczął niebezpiecznie wirować. Oczywiście nie przejmował się Antonem i towarzyszką Iskry, bo przecież wiadomo, że zrozumiał przekaz, iż koleżanka jest od teraz jego partnerką!

//Jak szaleć, to szaleć! Zmiana repertuaru!
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Café Scheherazade   Pią Kwi 15 2016, 23:49

Patrzcie tylko na nas – królowie życia. Nieskładni i jakże szczęśliwi w swojej dzikości. Fakt, tylko napić by się trzeba. Ale jakże tu pić, skoro oto towarzystwo zagęszcza się, a wszyscy wokół nas, na nas patrząc nogi same im podrygują w takt muzyki. Nie przystoi w takiej sytuacji zejść, to jak rycerz z pola walki.
Nadaję się na cygana jednak, powiem wam. Pokrzykuję całkiem jak oni, jak mnie widzą obok Zito, to przysiągłbym, że cieszą się na mój widok tak samo jak na jego. Pamiętaj, Anton, napić się z orkiestrą za to, że tak ładnie grają. Może nawet kupić kolejkę.
Ale teraz nie, bo teraz – chwała ci za to, Zito, bracie – najwyraźniej czas na nasz popisowy numer. Zanim jeszcze mój przyjaciel z tamburynem wywołał naszą piosenkę, ja już wiem o co chodzi i pełnym szacunku kuksańcem w żebra wyrażam swoją aprobatę. Do jego wybijania rytmu na rozklekotanym instrumencie dobijam swoje klaskanie i wkrótce będziemy klaskać wszyscy. I, rzecz jasna, drzeć się na całe gardło KA-LASH-NI-KOV!
Właśnie w połowie takiego okrzyku dotarło do mnie, że żyjątko uznane przeze mnie za lubą mą Iskierkę faktycznie Iskierką jest! Czegóż więcej można chcieć? Już-już ucałowałbym jej nader trzeźwy czerep, ale Zito porwał mi ją sprzed nosa. I pora na widowiskowe „hej, hej!” czy tam „’opa, ‘opa” z mojej strony, jakoś tak umykają mi w obliczu muzyki.
Ale chwila, chwila. Ja przecież znam tę dziewczynę, co to w zasadzie przywlokła tu do nas Iskierkę. Za samo to powinienem ją ucałować, albo chociaż jakiegoś kwiatka podarować. Koniecznie trzeba się dowiedzieć, czy lubi tulipany, czy może fiołki.
Znam ją jak znam, zdaje się, że jest jakąś zamożną kuzynką mojej Helenki ze Zmor, mojej podpory w drużynie. Może nam kibicuje. Oby. Wstyd mówić, ale teraz to nie ma takiego znaczenia.
KA-LASH-NI-KOV!
- Cześć! – wydzieram się pannie do ucha. Ona chyba ma na imię Svietlana, a nawet na pewno. Przecież ja zawsze słucham, co tam Hela do mnie mówi.
Ręce nad głową, nogi latają gdzie popadnie, dolatuje do mnie rozklekotane podzwanianie tamburyna. Pogadałbym, naprawdę, ale-
Dajcie mi skończyć piosenkę. Potem pójdziemy się napić.
Powrót do góry Go down
avatar


Połock, Białoruś

błękitna

18 lat

IX klasa

przeciętny

PisanieRe: Café Scheherazade   Sob Kwi 16 2016, 14:05

Nie wiedziała za bardzo jak się zachować, podśmiewała się pod nosem z uwag Sviety bo były dość urocze jak ona sama, jednakże w jej głowie ani plie ani tango ani żaden cygański taniec nie wydawał się tak prosty jak można by się po tym spodziewać. Przez chwilę swego czasu rozważała, czy nie markować poważnej powakacyjnej kontuzji nogi by w końcu uwolnić się od przekleństwa jakim było zmuszanie jej do tańca - to jednak wymagałoby kłamstwa, a takie przez gardło by jej zapewne nie przeszło.
- Znajd... - nie zdążyła nawet słowa dokończyć, gdy została pociągnięta za ramię i dosłownie wessana w wirujący i podskakujący tłum. Z każdym kolejnym popchnięciem i dźwiękiem czuła się coraz bardziej osaczona, sztywniejąc jak głaz i choć robiła co mogła, to w porównaniu z innymi tancerzami, a przede wszystkim samymi cyganami, wyglądała jak uciekinier z geriatrii z poważnym zapaleniem układu nerwowego. Styl tańca Lazarevy powinien mieć swoją własną nazwę, rzecz w tym, że do tej pory nikt nie ośmielił się go żadnym mianem określić, a nawet jeśli - nikt nie powiedział jej tego w twarz.
I całkiem słusznie, bo groziłoby to konsekwencjami.
Tak więc rudowłosa emerytka uwięziona w młodym ciele próbowała jak mogła kopiować ruchy swojej żywiołowej przyjaciółki, kończyło się to jednak jakimś bardzo niepokojącym rytmem slow-motion zupełnie nie pokrywającym się z muzyką, oraz pogłębiającą się konfuzją na twarzy Iskry.
Przez krótki moment widziała przerzedzenie między ludźmi i szczerze - liczyła na to, że wymknie się chyłkiem z rozentuzjazmowanego tłumu, niestety, wpadła w ręce Vasilchenka i choć potrzeba ucieczki była niewyobrażalna to miał ręce takie ciepłe, uśmiech tak szeroki i zamach tak energiczny, że poddała się zupełnie. Wirowanie bowiem było łatwiejsze od pląsów w jakimś konkretnym rytmie.
- To nie takie proste! - odkrzyknęła. Co to w ogóle za sugestia, że ona niby nie jest rozruszana? Zrelaksowana? Jest zrelaksowana jak hipogryf po sterydach! Z wielkim skupieniem, zmarszczonymi brwiami i zawzięciem próbowała nadążyć za skaczącym wesoło i bez wysiłku Zitem. Efekt był opłakany, jednakże hej, przynajmniej próbowała!
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Café Scheherazade   Sob Kwi 16 2016, 17:55

Wchodzę z Tobą i zostaje sam. Nawet nie wiem kiedy mi znikasz, bo sens Twoich słów o sikaniu dociera do mnie z opóźnieniem, choć odruchowo trzymam Cię za rękę trochę zbyt długo. Mam taką obawę, wiesz, coś mi do ucha szepcze, żebyś do tego kibla nie szła teraz, ani zaraz, ani w ogóle w tym lokalu bo w tym kiblu tutejszym padliną czuć trochę. To taki słodki, trupi odorek, znamy go dobrze oboje. Czuję go już od progu i nie umiem zlokalizować, więc kiedy zostaję sam krążę bezładnie, kiwając trochę głową bo ta muzyka do mnie dociera i linie moje tak skaczą jurnie w rytm, to czemu ja nie miałbym też trochę poskakać.
Nie umiem tylko tej radosnej emocji zrozumieć; z czego cieszą się ci wszyscy ludzie, zaraz zauważam Valerieva z jego uśmiechem szaleńca, chyba wszyscy muszą być tu dziś bardzo zadowoleni? Tłumaczę sobie wszystko, witam się z kim wypada, z kim mogę, czyje twarze znam. Robi mi się niedobrze od tych wszystkich ludzi ale twardo stoję gdzieś, tu, gdziekolwiek, nawet nie jestem pewien gdzie i niecierpliwie się strasznie, bo ten trupi odór nasila się niemożliwie. Czy tylko mi tak oddychać coraz ciężej?
Odwracam wzrok za kimś, choć nie mogę sprecyzować kto to jest dokładnie, bo pomiędzy ludźmi mi znika szybko, ale ciągnie wszystkie moje linie w swoją stronę i już byłbym gotów tym tropem podążyć - bo absolutnie nikt nie ma prawa robić bałaganu w moich liniach - ale rzucasz mi się w oczy na powrót, siostro, tam, przy barze, widzę Cię dokładnie.
Jakieś takie zimno mnie obejmuje, kiedy Karamazov zawiesza na Tobie spojrzenie. Patrzy tak, jak dusze, które do Ciebie przychodzą. Interesownie, ale bez najmniejszych skrupułów. Powieka mi skacze, ale tylko trochę, może coś mi wpadło kiedy ktoś obok zawirował w tanecznym piruecie i nie wiem nawet kiedy ruszam z miejsca, jestem już tuż obok Ciebie, zaciskam palce w pięść i walę Saszę prosto w ryj, jednym, zaskakująco płynnym i konkretnym ciosem. Rzadko kiedy mi się tak zdarza bo, wiem przecież, że zazwyczaj to jestem gdzieś obok i nie ingeruje w otoczenie.
I zaraz mi lepiej, zaraz cieplej, już to zimno poszło gdzieś zabierając jego spojrzenie zachłanne co mnie tak zmierziło niebywale.
Słyszę zza pleców jak ktoś jadaczkę otwiera i szczekać zaczyna, że się biją, to odwracam wzrok, szukać gdzie, bo ja to niespecjalnie do bitki w nastroju jestem.
- Tunder, gdzieś tu się biją. - migam do siostry- Chodźmy stąd...
Chciałbym pójść nad rzekę, mam nieprzemożoną ochotę popatrzeć na płynący strumień, niech coś płynie, bo mi krew tężeje w żyłach, serce zwalnia, czuję jakby zaraz czas miał się tu zatrzymać, a to nie jest ani dobre miejsce ani odpowiedni moment na zapaść.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 00:30

Kątem oka zauważam, że to wcale nie ludzie, od których oczekiwałam odpowiedzi, a ktoś zupełnie inny mnie wita, przenoszę więc wzrok na mężczyznę, chłopaka w zasadzie i zastanawiam się, czy to specjalnie tak, czy pomylił się myśląc, że do niego mówię, czy jest może kolegą Wrońskiej, czy czegoś od niej chce? Oh Tunder, na pewno czegoś od ciebie chce, ludzie zawsze czegoś od ciebie chcą. Poznęcać się, czy odpisać zadanie. Sasha Karamazov, przecież siedzi czasem w tej samej klasie, niewykluczone, że i on spisywał od ode mnie zadanie. Może od Alisy prędzej, przecież są jakąś rodziną, nie wiem, nie znam się na rodach, nigdy nie potrafiłam zainteresować się tym na tyle, aby być w stanie wymienić najważniejszych członków Starszyzny, w końcu, poniekąd, to wcale nie jest mój kawałek kontynentu.
Los zasadza dzisiaj na mnie chyba same pułapki a ja wpadam w nie miękko, bo nikt nie pyta mnie o zdanie, odwracam głowę odrobinę, ale zanim zdążę coś odpowiedzieć, widok zasłaniają mi plecy brata i już wiem co się dzieje.
Gonzo, Gonzo, to nie tak, to zupełnie nie tak! Wyskakuję zza jego pleców, odpychając go odrobinę, w razie, gdyby mu się z jakiegoś idiotycznego powodu zachciało bić dalej, a nikt tutaj nie będzie mi ani brata bił, ani kontynuował walki, którą wywołał bez powodu.
-To nie on! - Migam do niego niedbale, pewna, że gdzieś w tłumie wypatrzył jednak moje linie drgające, że kiedy tylko odnalazł mnie wzrokiem natychmiast powiązał niecodzienny stan ducha z osobą Sashy. To Twardowski, to jebany Twardowski. Co się dzieje i dlaczego tak naprawdę, jesteśmy tutaj od 10 minut, 10 minut Gonzo i już dzieją się rzeczy złe, to jest właśnie to przekleństwo, które mamy w genach.
Nie patrzę nawet, czy Gonzo coś miga, czy mi odpowiada, bo odwracam się do poszkodowanego i schylam trochę głowę, żeby móc spojrzeć mu w twarz, na pewno trochę się zgiął. Muszę ocenić, co mu się stało, tak mi głupio i zaczynam robić się nerwowa i nigdy nie byłam w stanie porządnie ochrzanić Gonzo i chyba nigdy nie będę.
- Przepraszam, naprawdę bardzo mi przykro, to pomyłka proszę cię odpuść mu, zaraz go stąd zabiorę. - Wyrzucam z siebie słowa bardzo szybko, chyba bardzo cicho, ale co z tego, skoro tylko do Saszy są skierowane. Krew mu się na wardze pojawia, więc odwracam głowę i spoglądam na brata, a ten mi miga, że gdzieś się tutaj biją.
Nie wytrzymam.
-Gonzo…. - Zaczynam z wyrzutem i jedyne, co ciśnie mi się na usta (i dłonie) to poważnie, no serio?!, ale opanowuję się, zawsze się przy nim opanowuję. Daję sobie dokładnie pięć sekund, przykładam palce do skroni i przymykam oczy. 5 sekund dla powierzchownego uspokojenia. Co robić?
W końcu prostuję się.
- Stój i nie rusz mi się, dopóki nie pozwolę. - Komenda, jak dla psa, ale jakiś porządek musi tu zapanować. Odwracam się znowu do Saszy, nie musząc się już garbić, by mu w twarz spojrzeć.
- Potrzebujesz pomocy? Mocno cię uderzył? - Znam się na magii leczniczej tyle o ile, a chyba powinnam lepiej. W tym roku uczę się systematycznie i przykładam do lekcji, nie odrabiam zadań domowych na ostatni moment z Lecznictwa i okej, nie ważne. Każdy co roku sobie to obiecuje.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

półkrwi

wieszczy

18

VIII klasa

majętny

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 02:07

Płomień na skórze. Czuje to, zanim dotrze do niego reszta zdarzenia. Kątem oka zauważa szybki, gwałtowny ruch, jednak jest już późno, by zareagować. Głowa odlatuje w bok, chwyta palcami blat baru, by nie obsunąć się razem z krzesłem.
Krótkie wspomnienie przelatuje przez głowę, łzy w oczach, płynące przez rozgrzane, zaczerwienione policzki. Drobne dłonie zaciśnięte w pięści, młócące powietrze i próbujące sięgnąć swojego celu.
Narasta w nim gniew. Kto to był, gdzie stoi, ile mierzy, gdzie przywalić, żeby najbardziej zabolało? Spokój. Przymyka i bierze głęboki oddech. Raz, dwa, trzy. Wycisz się, policz do dziesięciu. Nikt cię tego nie uczył. Poza doświadczeniem.
Otwiera powoli oczy, jak przez echo słysząc słowa dziewczyny. Odwraca głowę, spogląda na nią spod półprzymkniętych powiek. Uśmiecha się niemrawo kątem ust. Krzywi się, syczy, gdy czuje ból w rozbitej wardze. Unosi dwa palce i czubkami palców dotyka obolałe miejsce, powstrzymując westchnięcie. Zerka na nie i widzi świeżą krew.
Spogląda kątem oka na swojego napastnika, teraz zajętego rozmową. Brat tej małej. Mógł się domyślić. Widział go parę razy na korytarzu, zazwyczaj w obstawie swojej siostry. Ma ochotę parsknąć śmiechem, gdy pomyśli, że w sumie, miało by to sens, po mordzie oberwał już nie raz. Tylko chciałby najpierw zdążyć coś zrobić. Nie wie, co jest powodem, dla którego mu nie oddał. Może to fakt, że znajduje się w środku baru i naprawdę, ale to naprawdę nie ma ochoty wdawać się w bójki. Może dlatego, że woli zaplanować małą, słodką zemstę i oddać mu w bardziej wyrafinowany sposób, na uboczu. A może dlatego, że ta jasna istotka go o to poprosiła. Wypiera jedna z głowy tę myśl. Przecież nie jest aż tak sentymentalny.
- Zawsze tak robi, gdy wita się z tobą nieznajomy? – pyta, unosząc jedną brew i uśmiechając się krzywo. Nie jest w stanie całkiem unieść warg. Krew spływa powoli po brodzie. Zauważa to, wyciera palcami skórę i zlizuje płyn.
- Mogło być gorzej - odpowiada, dotykając ostrożnie zranione miejsce. Pęknięta warga, to na pewno, boleśniej, niż mogłoby się wydawać. Ale też – jak mówi – faktycznie mogło być gorzej. Sasha już nie raz chodził z całą poharataną, posiniaczoną twarzą. Przeżyje.
Zauważa, że dziewczyna nie zamierza tu długo pozostać. Kiwa tylko głową na jej słowa, rzuca lekki uśmiech, krzywi się. Jednym haustem dopija resztę zamówionego trunku, wstaje i wychodzi bez słowa. Nie jestem na szczęście w centrum uwagi, a mały chochlik zdążył skupić swą uwagę na bracie, niż jego rozbitej wardze. I dobrze.
Przebija się przez tłum ignorując ludzi dookoła. Coś zyskał, niewiele stracił.
Tylko szkoda, że nie trwało to dłużej, myśli, rzucając ostatnie spojrzenie na bawiący się tłum i wychodzi.

zt


Ostatnio zmieniony przez Sasha Karamazov dnia Pią Kwi 22 2016, 14:30, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

czysta

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 08:26

Nic nie rozumiem, zaraz kryształowa kulka moich marzeń o szumiącej wodzie rozsypuje się w drobny piasek i nie mogę za nic połapać ich z powrotem. Wszystkie linie jakoś mi się rozjechały, kiedy mnie szturchasz i jakoś jak przedmiot odpychasz na bok. Chyba mi to nieodpowiada, czuję jak naciąga mi się mięsień w karku więc przymykam oczy przekręcając głowę i odstępując jeszcze jeden krok.
Widzę Twoją komendę i krzywie się, unosząc kącik ust i wypuszczając z sykiem powietrze. Jak mówisz do mnie? Czasem, bardzo wprawdzie rzadko, ale budzi się we mnie takie uczucie, myśl kudłata, że masz mnie za jakiegoś niedorozwoja. Nie to, żebym coś do niedorozwojów miał i rozumiał nawet pełną definicję tego słowa, ale patrzysz na mnie, miny robisz, jakbym był gorszy. Jakbym był słabszego sortu niż reszta ludzi. I to jedna z niewielu myśli, czy uczuć, które wiercą mi w sercu dziurę Tunder, bo ja mam wrodzoną umiejętność puszczania wszystkiego bokiem. Rzadko kiedy coś mi się w sieć myśli zaplącze, ale ten jeden drobiazg, palce Twoje, powieki, płatki nosa drżące - nie mogę tego.
Obserwuję mimo to jak nachylasz się nad tym ordynarnym kupskiem mięśni i krzywych spojrzeń, zajmuje mi chwilę, żeby zauważyć, że krwawi, rzuca mi spojrzenie pogardliwe i dopiero wtedy czuję, że mnie kłykcie bolą.
Podnoszę dłoń do góry, rozprostowuję palce i poruszając nimi odrobinę przyglądam się wierzchowi mojej dłoni. Skóra tańczy po stawach, żyłach i ścięgnach dłoni i znów gubię wątek. Tak ciężko się skupić, kiedy takie obrazy widzę, rumiane kosteczki i świąd nieznany.
Podnoszę wzrok i widzę, że kolege znalazłaś jakiegoś, no dobra, to się koleguj. Ja i tak jestem zajęty sobą, korzystając z chwili nieuwagi robię krok jeszcze w tłum, drugi i znikam.

z/t
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 11:48

Nie. Nie zawsze. A nawet rzadko, przecież nieznajomi ze mną nie rozmawiają, a nawet jeśli to nic złego, nie zrobiłeś mi niczego. Nie wiem dlaczego, bo nie rozumiem co się z nim stało, co się z nim dzieje. Nie odpowiadam nic, przyglądając się chwilę tej wardze, ale widzę przecież, że faktycznie mogło być o wiele gorzej. To tylko jedno uderzenie. Gonzo doprowadzisz mnie kiedyś na skraj załamania.
Gonzo…?
Odwracam się akurat aby widzieć, jak znika w tłumie i wychodzi i stoję tak chwilę zupełnie zbita z tropu i czuję się, jakby to mnie, a nie Saszę uderzył w twarz.
Zostawił mnie tu.
Gonzo mnie zostawił tutaj samą.
Czuję, jak czas zwalnia, a ciśnienie dosięga moich gałek ocznych, a ja nie jestem w stanie się ruszyć, bo próbuję z prędkością światła przeanalizować wszystkie aspekty tej sytuacji i co zrobiłam źle i nie widzę, nie jestem w stanie pojąć, dlaczego mnie zostawił. Czuję, jak gniew wzbiera we mnie, a ja przecież nie wybucham, a zwłaszcza nie wybuchnę tutaj, nie przy tych ludziach, więc powtarzam gest sprzed paru chwil, zaciskam powieki i palce przyciskam do skroni, aż czuję, jak mnie bolą i pulsują i biorę głęboki oddech i próbuję opanować to, co chce się ze mną wylać. 5 sekund. Przy szóstej wydech. Po 10 się prostuję. Unoszę tylko dłoń do Saszy, wyszeptując przeprosiny, bo muszę wyjść i nie może mnie tu być. I nie mogę być też tam, gdzie jest mój brat, gdziekolwiek poszedł.

zt
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

17 lat

VIII klasa

bogaty

Alruana, Świtezianka

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 19:07

Naturalnie Zito podziwiał próbującą pląsać Iskrę, choć trzeba przyznać, że wyglądało to komicznie, nie śmiał się. Po prostu był szczęśliwy z możliwości przebywania w tak znakomitym towarzystwie, w końcu Anton, Iskra i jeszcze towarzyszka, której imienia zapomniał, a z którą z pewnością kiedyś się zapoznał, to nie byle kto! Widząc upór dziewczyny wpadł na cudowny pomysł, ona musi się spić!
Zwolnił z obrotów i puścił dziewczynę, oczywiście sprawdzając gdzie też jest Anton ze swoją towarzyszką. Naturalnie wszystko przebiegało w dość stonowanym tempie, dlatego wypuszczona Iskra wręcz nie miała prawa upaść, choć różnie to bywa na tych potańcówkach! Rozweselony znów zaczął uderzać w tamburyno, które uprzednio włożył za pas.
- Już wiem czego Ci trzeba! - krzyknął zaraz po kolejnym Kalashnikovie, który krzyknął razem z tłumem - Antonem, w prawdzie można uznać go za tłum, chłopaczyna ma porządne płuca! Zaraz po okrzyku, Zito gwizdnął mu nad uchem i pokazał ręką w stronę barku, być w Café Scheherazade i nie wypić libańskiego wina to niemal bluźnierstwo! Naturalnie pozwolił sobie wziąć Iskrę pod rękę i podejść do baru, zaraz przy rozpoczęciu kolejnego, parnego utworu.
- Teraz Moja Droga skosztujesz najlepszego wina jakie można wypić w ten rozkoszny wieczór! - wiadomo, cyganie wiedzą co dobre! Zaraz poprosił o wspaniały trunek dla czterech osób, choć oczywiście jako niepełnoletni musiał ładnie ominąć temat wieku, dlatego zaraz przypomniał sobie imię rzekomego sprzedawcy i ze szczerym uśmiechem przywitał się z rodzimym kompanem. Jako Rom, Zito miał dużą rodzinę, a jeszcze więcej znał osób spowinowaconych z wujostwem i kuzynostwem, po prostu Vasilchenkowie i ich możliwości! - Anton! Za co dziś wzniesiemy toast? - spytał się kolegi, coby nie było, że jest samolubny, musi dać mu się wykazać! Tamburyno oczywiście znów zostało schowane z tyłu za pasek spodni.

//KOLEJNA ZMIANA REPERTUARU
Powrót do góry Go down
avatar


Kazań, Rosja

błękitna

16 lat

VII klasa

zamożny

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 21:04

Nikolai nie do końca wiedział co robić z czasem wolnym. Przybył do Petersburga zbyt wcześnie, lecz wszystkie znane mu zoologiczne były już zamknięte. W bibliotece z jakiegoś powodu nie miał ochoty dziś siedzieć, więc najzwyczajniej w świecie się nudził. Nie był osoba towarzyską, a jego relacje z członkami rodziny były bardzo skomplikowane, więc nawet z Alisą rozdzielił się dawno temu. Spojrzał na zegarek, upewniając się że czas jednak ciągle płynie do przodu, i powolnym krokiem zwiedzał czarodziejską część Petersburga. W pewnej chwili ujrzał całkiem miło wyglądający lokal "Cafe Scheherazade" o którym kiedyś opowiadał wuj. Oczywiście nie pamiętał z tej historii kompletnie niczego, jak z wielu rozmów, czy raczej monologów, z ojczymem. Wewnątrz było sporo ludzi. Łatwo domyślił się, że trwa tam jakaś impreza, czy coś w tym stylu. Mimo wiedzy o tym wszedł do środka i zbliżył się do barku, czy też kasy.
- Poproszę małe latte karmelowe - zamówił napój od razu płacąc i kątem oka dostrzegł wolny stolik w rogu lokalu, najbardziej jak to możliwe oddalony od imprezowiczów. Skierował się w jego stronę i zajął przy nim miejsce, wyciągając z kieszeni niedawno otrzymany gwizdek. Lubił mu się przyglądać przez wzgląd na niezwykle dokładne zdobienia. Niektórzy chłopcy też lubią ładne zabawki, prawda?
Powrót do góry Go down
avatar


Kaliningrad, Rosja

błękitna

17 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Café Scheherazade   Nie Kwi 17 2016, 21:51

Rozmawiała, piła i naprawdę chciała obrócić się do blondynki, jednak zanim zdążyła przełknąć kolejkę, dziewczyna nawiązała rozmowę z tym drugim. A właściwie ciężko nazwać to rozmową, bo przyszedł blondyn i zdzielił typa i... Elena zamrugała oszołomiona, mrucząc coś do Stiopy o pięknym sierpowym. W jej głosie pobrzmiewało umiarkowane zainteresowanie przemieszane z podziwem. I jedno i drugie, zostało załatwione, tym razem przez sok malinowy, który zamówiła. Gdy przy barze zaczęło robić się trochę zbyt tłoczno, Helena uznała, że to dobry moment, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Przeprosiła kolegę i z napojem w ręku, zgrabnie przecisnęła się pomiędzy ludźmi. Już kladła dłoń na klamce, gdy zauważyła siedzącego w kącie chłopaka. Rozejrzała się, jednak nikt nie wydawał się nim zainteresowany. Uśmiechnęła się pod nosem, przygryzając wiśniową wargę, jakby niezdecydowana, czy podejść. Może nawet chłopak podłapał to jej spojrzenie... Chwilę później już była przy stoliku.
- Co taki przystojny dżentelmen, robi w takiej knajpie? - Bardziej był to żart, niż podryw, o czym mogło świadczyć puszczone do bruneta oczko. Położyła dłoń na oparciu drugiego krzesła, popijając swój sok.
- Pan pozwoli, że się dosiądę. - Żywa parodia jej ciotek, tego całego szlacheckiego życia i dystyngowanych panien. Jednak ona w przeciwieństwie do nich, nie czekała na pozwolenie, po prostu odsunęła krzesło i usiadła, znów sącząc swój sok. - Helena. Helena Wrońska. - Nazwisko powiedziała jakby ciszej, wyciągając do chłopaka swoją smukłą dłoń, na której jedyną skazą było kocie zadrapanie.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Café Scheherazade   

Powrót do góry Go down
 
Café Scheherazade
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next


Skocz do: