IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Rusałczy taras

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieRusałczy taras   Pią Kwi 01 2016, 00:34



Rusałczy taras

Na rusałczy taras można wejść przez duże oszklone drzwi z holu na parterze. To nic innego jak będąca na niewielkim podwyższeniu kamienna płyta w kształcie dużego prostokąta. Nie została jednak zabezpieczona w żaden sposób przez zdobioną balustradę czy chociażby zwyczajny murek, mimo tego że znajduje się zaraz nad jeziorem, w którym urzędują agresywne rusałki – stąd też jego potoczna nazwa wśród braci szkolnej. Należy więc zachować szczególną ostrożność, gdyż te niebezpieczne i demoniczne stworzenia lubią czyhać na niewinnych uczniów w pobliżu tarasu, nieoczekiwanie próbując wciągnąć ich w głębiny lodowatych i jeszcze niezbadanych wód. Nie ma tutaj prawie niczego, oprócz przybudowanej do ściany, nierzadko zakurzonej i starej ławy, na której można na chwilę przysiąść.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Wto Maj 03 2016, 21:43

Dziewięć miesięcy - dzień pierwszy.
Pora zacząć.
Długo patrzyłam w lustro przed wyjściem, zbierając się w całość. Dwadzieścia sześć lat, powtarzałam w myślach. Dwadzieścia sześć lat, drugi rok tutaj. Przynajmniej w robi pielęgniarki. Biały kitel już na mnie czekał, łypał przewieszony przez krzesło, kusił i szeptał. W nim wyglądam tak poważnie, dorośle, w nim nie jestem zagubioną dziewczynką - a oparciem. Spowiednikiem. Dorosłą. Człowiekiem, który potrafi udzielić odpowiedzi. Pewnie dla tych małych dziesięciolatków wydaje się być personą nieomylną. Autorytetem.
Wiedzieć już wszystko - nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Podobno moment w którym nie zadaje się już pytań jest tym ostatnim.
Nie chcę przestać szukać - w takich chwilach jak ta nie chcę nawet znajdować celu, dobrze jest mi z wieczną wędrówką, brakiem stałości. Ciągle płynę i ten stan jest mi najbardziej znany, najbezpieczniejszy. Dwa miesiące wędrówki z plecakiem na plecach, rozchodzone buty już nie obcierają. Każda noc w innym miejscu, każdego dnia nowe doznania, czy to już uzależnienie? Od adrenaliny? Od przygody? A może po prostu zwykła ucieczka?
Przez dziewięć miesięcy nie ruszę się z miejsca.
Ile może zmienić się przez tak długi czas?
Wiem, że wiele. Przecież rok temu, równo rok temu kiedy zaczęłam pracę, byłam zupełnie innym człowiekiem. Pamiętam tamto popołudnie, chociaż jak przez mgłę. Wieczór wcześniej byłam w Berlinie, moje oczy raziło światło neonów a głowa była lekka. Do ósmej rano tańczyło moje ciało, umysł wyłączył się wiele godzin wcześniej. Kiedy o szesnastej pojawiłam się na sali balowej nie było już we mnie śladu wczorajszej zabawy - a umysł przecież wciąż był wyłączony. Wtedy nie czekałam na nic, myślałam, że to tylko kilka tygodni, co najwyżej semestr.
Dzisiaj - dzisiaj czekałam na bardzo wiele.
Najpierw zaplotłam włosy w warkocz. Potem je rozpuściłam, potem znowu zaplotłam, w końcu uwiązałam w kok. A przed wyjściem z wynajmowanej klitki - chociaż to tak wielka strata pieniędzy skoro i tak większość czasu spędzam w szkole, to tylko bufor bezpieczeństwa, przestrzeń do oddechu - ściągnęłam gumkę, nieomal automatycznie, nie myśląc o wymyślnych fryzurach. Schowałam do torby biały kitel, wojskowe buty wepchnęłam pod łóżko wkładając coś elegantszego. Taka okazja, trzeba wyglądać. Już nie jestem uczennicą - jestem pielęgniarką, autorytetem.
Źle mi w tej roli. Dobrze mi w Koldovstoretz
Z każdym krokiem zbliżającej mnie ku balowej sali czułam coraz większą lekkość, jakbym unosiła się dwie stopy nad ziemią, leciała - i aż samej było mi trochę wstyd. Aż tak bardzo Elodio, aż tak bardzo?
A potem spadłam pięć stóp pod ziemię. Pokryłam się szkarłatem cała, żołądek zwinął się w kulkę. To było jak uderzenie w splot słoneczny, poczucie winy walnęło we mnie z całą siłą, zabierając dech.
Chyba trzeba się z tym liczyć uciekając. Przeszłość zawsze znajdzie miejsce i czas by cię znaleźć.
Żałuję, że nie mam przy sobie papierosów. Świeże powietrze nie relaksuje tak bardzo. Opieram się o zimną ścianę, wdech i wydech, pod palcami czuje jej chropowatą fakturę. Zbieram się w całość po raz kolejny tego dnia. Zanim zacznę nocną zmianę, zanim zajmę się każdym bolącym z przejedzenia brzuchem, każdym łkającym pierwszoklasistą. Muszę się wziąć w garść i zebrać w całość, zgromadzić całą swoją odwagę.
Dziewięć miesięcy. Nie ma ucieczki.
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Wto Maj 03 2016, 23:09

Po obiedzie wszyscy chcieli z nim rozmawiać, chociaż sam do końca nie wiedział, dlaczego. Nauczyciele i co ambitniejsi uczniowie zwalili mu się na głowę, gdy tylko skończył jeść i chciał udać się w stronę swojej sypialni, aby nieco odpocząć przed jutrzejszym dniem - niestety, nie mógł. Został otoczony wianuszkiem osób, które nie wyglądały, jakby chciały prędko go opuścić. Czuł się jak pacjent zakładu psychiatrycznego. Wszyscy po kolei zadawali mu pytania. Czy wszystko u niego w porządku, jak się miewa jego rodzina, czy jego siostra jest z niego dumna - jego siostra, z którą nie rozmawiał od dziesięciu lat. Ciągle czuł się przytłoczony ilością nowych informacji, powrotem do Akademii i odpowiedzialnością, jaka na niego spadła. Nigdy nie był zbyt odpowiedzialny, a teraz miał przygotować do egzaminów nie tylko pierwszoklasistów, ale również uczniów z klasy dziewiątej, którzy w tym roku mieli zdawać egzaminy ostateczne. Przejmowanie pieczy nad rozwojem młodzieży, której praktycznie nie znał, a która była ze sobą zżyta już od ośmiu lat, wydawała mu się być prawdziwym problemem. Kiedy tylko zdołał się pożegnać ze swoimi nowymi podopiecznymi i profesorami, których bardzo interesowała jego kariera po ukończeniu szkoły, udał się w kierunku rusałczego tarasu. Lubił to miejsce, mimo że taras nie posiadał barierek i znajdował się tuż nad Rusałczym Jeziorem - jeziorem, przed którym co roku ostrzegała wszystkich szanowna pani dyrektor. Gdy tylko przeszedł przez oszklone drzwi na parterze, odetchnął świeżym, deszczowym powietrzem. Pokonał kilka kroków, rozprostowując kości i początkowo nie zauważając kobiety opartej o ścianę tuż przy drzwiach. Dopiero kiedy się odwrócił, zamarł - Elodie. Tam, oparta o ścianę, stała Elodie, jego Melodia, w białym kitlu pielęgniarki, z niezdrowymi rumieńcami na twarzy i oddychająca bardzo nierównomiernie. Łukasz nie wiedział, jak mógł przegapić jej obecność na uczcie. Cóż - pewnie siedziała przy krańcu stołu nauczycielskiego i dlatego jej nie zauważył. Rozłożył ręce, otworzył usta. Był dość zszokowany. - Co tutaj robisz? - wyrwało się nagle z jego ust, mimo że po tylu latach rozłąki mógł wysilić się na coś bardziej mądrego. Podszedł do niej kilka kroków, z trudem powstrzymując się przed złapaniem jej w ramiona. Uciekła. Uciekła od niego, dlatego na pewno - na pewno - nie miała ochoty na przytulanki. Może miała narzeczonego? Męża? Może ułożyła sobie życie? Bez niego. Brakowało mu słów. Był zbyt zaskoczony, że widzi swoją byłą ukochaną w takim miejscu. Przyjrzał się jej na tyle uważnie, na ile pozwalało światło pierwszych gwiazd. Nic się nie zmieniła. Ciągle miała tą samą, śliczną buzię, ciągle miała te same, długie nogi. Tylko... od kiedy Elodie była czarownicą? Przystanął niecały metr od pielęgniarki, nie mogąc znaleźć żadnych słów, które wyraziłyby jego obecny stan emocjonalny. Okłamała go. Rozkochała. Porzuciła bez słowa. A teraz paradowała sobie po Koldovstoretz w białym kitlu. Łukasz naprawdę poczuł się jak pacjent zakładu psychiatrycznego.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Sro Maj 04 2016, 01:06

Ile miałam wtedy lat, dwadzieścia? Dwadzieścia jeden?
Czasami mam wrażenie, że tamte czasy to nieustanna rewia disco. Przenoszenie się z jednego miejsca w drugie i taniec. Oczy zamknięte, myśli wyłączone, w głowie tylko muzyka. Jedynie światła się zmieniały, rytmy wszędzie takie same. Tak na ślepo przemierzałam wszystkie zakątki, czasami zamknięta w ciemnych klubach, czasami oddzielona od świata zewnętrznego jedynie słuchawkami.
A potem znienacka się zatrzymałam.
To miał być tylko żart i chwilowa zabawa - potem ożyło to własnym życiem i nad swoim straciłam całkowicie kontrolę. Wiesz, że nawet nie wiedziałam, że ty nie wiesz? O tym, że też mam różdżkę i podobno potrafię się nią posługiwać w stopniu ratującym złamane nogi. O tym, że nazwy tych wszystkich ziółek nie są dla mnie pustą gadaniną.
Sporo jest rzeczy których nie wiem.
Nie czuje się mądrzejsza po tych wszystkich latach, może nawet jeszcze głupsza bo z głowy wyleciały mi nazwy niektórych ziół. Wiedza czasem użyteczna zamieniona tonami nic nie ważnych faktów. Dlatego wypracowałam dość dobrą komitywę z profesorem Nofelovichem, kiedy miałam wątpliwości to przychodziłam do niego, całe godziny spędzaliśmy nad herbatką. Dlatego poczułam smutek na wieść, że uległ wypadkowi, dobry był z niego człowiek. Smutek był to jednak bardzo powierzchowny, gdzieś tylko musnął, emocji innych była za to cała gama. Siedziałam z boku stołu trochę jak na szpilkach, z lekka przygryzając wargi, uśmiechając się kącikiem ust. Mieszanina ekscytacji i zdenerwowania, adrenalina uzależniająca bardziej niż jakakolwiek podróż. A potem to już jak w tych wszystkich banalnych historiach. Wystarczy chwila. Obróciłam się by spojrzeć z kim teraz przyjdzie mi pić herbatki, żołądek wywrócił się na drugą stronę.
Nie tknęłam nic więcej.
Czy uwierzysz mi kiedy powiem, że wcale nie chciałam, żeby to tak wyszło? Nie spodziewałam się, że wszystko tak bardzo wymsknie się mojej kontroli? Wcale nie miałam złych intencji, wcale nie chciałam źle - nawet gdzieś tam, przez chwilę, było we mnie dużo wiary. W wiele rzeczy. W ciebie, też, naprawdę. W siebie samą znacznie mniej i ostatecznie to przeważyło szalę, wtedy nie potrafiłam. Przełamać się, nie całkowicie, otworzyć się, obnażyć. Nie cieleśnie, to nigdy nie jest problem - o bliznach na ciele można po prostu milczeć, o nich się zapomina w ferworze uniesień. Gorzej mówić o tym co boli w środku, o tych niezasklepionych ranach. O bagażu doświadczeń cięższym niż wojskowy worek. O strachu, i bólu, i brudzie, o wszystkim co doświadczało się złe.
Stoję tutaj, marznąc, łapczywie zachłystują się powietrzem i zastanawiam się czy teraz już potrafię. Mówić - czy wreszcie po tych latach dwudziestu prawie sześciu nauczyłam się mówić.
I nie wiem.
Wciąż tylu rzeczy nie wiem.
- Oddycham - odpowiadam od razu, przestraszona niczym dziecko przyłapane na kradzieży cukierka. I klnę szpetnie pod nosem, bo to chyba najgorsza z możliwych odpowiedzi, aż się krzywię na własną głupotę, to nie jest pierwsze słowo które powinieneś ode mnie usłyszeć po tych wszystkich latach. Nie jeśli był taki moment w historii czasu kiedy nie liczyło się nic bardziej od nas - Pracuje. Jako pielęgniarka - to chyba poprawniejsza odpowiedź, tak myślę, szczelniej otulając się białym kitlem i zamykając za bezpieczną fasadą ramion - Już drugi rok. Składam kości, leczę przeziębienia… - i milknę, teraz, hamując potok bezsensownych słów. Po co ci one?
Po co teraz?
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Sro Maj 04 2016, 11:56

Nigdy przedtem nie przyszło mu do głowy, że spotka w Koldovstoretz kogoś takiego jak Oseyna. Pięć lat temu dała mu się poznać - nie wiedział, w jakim stopniu, ale myślał, że zna ją bardzo dobrze. Melodia była albo bardzo świetną aktorką albo nie powiedziała mu wszystkiego. Do dziś dzień pamiętał, jak w zupełnie przypadkowych momentach ciągnęła go to tańca, nawet bez muzyki, zadowalając się szumem liści, wiatrem huczącym w kominie i świergotem ptaków. Była taka wyjątkowa. Beztroska. Myślał, że przywiązała się do niego - nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że mogłaby go opuścić. Jednak zrobiła to. Zostawiła go bez słowa pożegnania, zupełnie tak samo jak on, przed laty, opuścił swoją rodzinę. Również bez słowa. Byli tacy podobni, a jednak tacy różni. Ciągle zadawał sobie jedno pytanie - dlaczego? Dlaczego go zostawiła? Nagle do jego myśli wkradł się ojciec. Czy on również się zastanawiał, dlaczego ich syn ich zostawił bez uprzedzenia? Jednak nie zamierzał bawić się w syna marnotrawnego. Nie chciał rozdrapywać starych ran, nie chciał przypominać ojcu o swoim istnieniu. Czy Oseyna miała podobny pogląd? Nie chciała ranić ani siebie, ani Łukasza? Westchnął, po czym zbliżył się do niej - w tym białym kitlu wyglądała troszeczkę zabawnie - i oparł się o ścianę obok niej, stykając się z nią jednym ramieniem. Była ciepła, czuł to nawet przez gruby materiał swojej odświętnej szaty. Miał ogromną ochotę na przytulenie jej, zwłaszcza, kiedy spoglądał w jej rozbiegane, przestraszone oczy. Nie spodziewała się go tutaj spotkać, tak samo, jak on nie spodziewał się spotkać tutaj jej. Uśmiechnął się pod nosem, po czym odetchnął głęboko. To wszystko wydawało mu się taką abstrakcją. Może Elodie była widmem zesłanym przez rusałki? Nie, na pewno nie. Czuł jej ciepło obok siebie. - Oddychasz - parsknął, krzyżując ręce na piersi i zerkając na nią z góry. Nie zmieniła się wiele. Nadal była indywidualistką, nawet jej krótkie odpowiedzi na to wskazywały. Nagle zaczął się śmiać. Cicho, gardłowo. To na pewno była reakcja na szok, jaki przed chwilą spowodowała jego była dziewczyna. Prawie narzeczona. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek przydarzy mu się coś takiego. W głowie echem odbijała się jeszcze jedna myśl - siostra na pewno jest z ciebie dumna, Łukasz. Była tutaj? Czy Łucja tutaj była? Dwie najważniejsze kobiety w jego życiu waliły mu się na głowę w jednym czasie. Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo. - Pracujesz - znowu powtórzył jej słowa, jakby w ten sposób łatwiej było mu przyswoić tę dość istotną wiedzę. - Jesteś pielęgniarką - dodał, znowu ciężko wzdychając. Kiedy Melodia zamilkła, zamilkł również. Nie wypowiedział żadnego słowa. Stał jedynie obok niej, rzucając kobiecie krótkie spojrzenia na zmianę z nocnym niebem. Wiele razy wyobrażał sobie tę chwilę. Wyobrażał sobie, że staje twarzą w twarz z Elodie i mówi jej długie poematy o ich przeszłym związku, oskarżając ją i jednocześnie oferując, że ciągle jest gotowy ją przyjąć z otwartymi ramionami, że mogą wspólnie zamieszkać, odkładać na wspólne mieszkanie. Jednak teraz nie był na to przygotowany. Po jego głowie chodziło tylko jedno pytanie. Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dlatego postanowił je wypowiedzieć. - Dlaczego? - wydusił w końcu z siebie, odchodząc od ściany i stając naprzeciwko niej. Miała takie piękne oczy. Zupełnie takie same, jak pięć lat temu. Chciał położyć jej dłoń na policzku, sprawić, by się uspokoiła - ale nie był w stanie. Uciekła.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Sro Maj 04 2016, 14:49

Nie mieszajmy w to ojca.
Wolałabym nie mieszać w to ojca. Na pewno nie mojego. W tym momencie wchodzi jakaś głębsza psychologia, nie robię takich rzeczy. Zagłębianie się w przeszłość i szukanie w tym klucza do teraźniejszości, to nie działa w ten sposób. Są rzeczy, których nie da się naprawić. Może ja sama jestem taką beznadziejną sprawą, którą lepiej zostawić w tyle?
Kiedy byłam młodsza lubiłam po prostu tańczyć. Moment, w którym muzyka uderza do głowy i wyłącza myślenie, wtedy nie czułam nic. I to był stan bezpieczny. Ta dziura, która jest gdzieś tam w środku mnie, nie przeszkadza. Przez chwilę po prostu jej nie czuję. Jakby jej nie było, jakby nie było niczego dookoła. Lubiłam uciekać w ten sposób. Chociaż na chwilę. Gdy robiło się zbyt poważnie, kiedy czułam się źle sama ze sobą, po raz kolejny zderzając się z własnymi barierami. Dzisiaj wciąż lubię potańczyć. Ale przestałam całkowicie wyłączać świadomość czy zatracać się w muzyce, to progres, prawda?
Muszę wierzyć, że urosłam chociaż trochę, chociaż trochę się zmieniłam. Nie zmądrzałam, w to nie wierzę, zobaczyłam trochę więcej ale to nie znaczy, że jestem teraz znacznie mądrzejsza. Wręcz przeciwnie, więcej we mnie naiwności. Jakiejś wiary i właśnie przez to chcę wierzyć, że nastąpił progres, że nie jestem już takim…
tchórzem.
Wciąż chcę podróżować. Przemieszczać się z miejsca na miejsce w mniej bądź bardziej uporządkowany sposób, czasem planować trasy, czasem spontanicznie wsiadać w najbliższy pociąg, nie wiem czy to kiedykolwiek się zmieni. To już część mojej natury. Może kiedy będę mieć pięćdziesiąt lat (potrafisz to sobie wyobrazić? Mnie wciąż jest ciężko) będę potrafiła wyrzucić swoje podróżne buty, ale dzisiaj nie chcę tego robić. Nie zmienia to faktu, że gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się coraz bardziej nęcąca wizja. Po części przerażająca. Mrożąca do samego szpiku kości, to jak wystawienie się na czysty strzał. Ale znalezienie miejsca, które można nazwać Domem, nie tylko mieszkaniem - może warto spróbować? Może wtedy wizja przyszłości dalszej niż jutro przestanie być przerażająca.
- Tak, oddycha się wszędzie - kręcę głową i sama wybucham śmiechem. Dość nerwowym, cichym, pewnie znacznie mniej gorzkim niż twój. To może jakiś sposób wewnętrznej hiperwentylacji, próba uspokojenia trzęsącego się ciała.
Podziałało. Trochę, ale to zawsze coś. Nie jest mi aż tak przeraźliwie zimno.
- Jestem - przytakuję. I chwilę milczymy, przestępuję z nogi na nogę, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Cześć, dobrze cię widzieć? Zdrowo wyglądasz, nowa dieta? Ćwiczyłeś trochę ostatnio? Głupie pytania chodzą mi po głowie. Zwykłe co u ciebie - nie wiem czy zadziała, nie widzieliśmy się trochę, co można odpowiedzieć na takie pytanie? Wszystko dobrze. Jakoś leci. Nic nowego?
Zawsze byłam beznadziejna w te wszystkie pogawędki. I jestem tym bardzo zafrasowana, na tyle, że kiedy zadajesz mi wreszcie pytanie, przez sekundę sama zastanawiam się dlaczego - Eeee… całkiem nieźle płacą i mogę mieć na oku brata? - i dopiero kiedy zamykam usta zdaję sobie sprawę, że wcale nie pytasz o wybór zatrudnienia - O - nagłe zrozumienie maluje się na mojej twarzy i policzki zaczynają palić. Wyrzuty sumienia po raz kolejny skręcają mi żołądek, palce nerwowo uderzają o ramiona - Myślę… - nie, nie tak. Prościej - Było dla mnie za wcześnie - było? Było. Wtedy tylko taniec był mi w głowie, wtedy nie lubiłam wystawiać się na czysty strzał - I tak było prościej - chyba zbyt prosto. Nie to wmawiają nam we wszystkich baśniach? Prosta droga to zawsze zła droga, ta właściwa jest kręta i kamienna, często się człowiek przewraca, obija, czasem nawet mu odbija. Ale kiedy już dochodzi do celu to bez wyrzutów sumienia, z bilansem zysków przewyższających nad stratami.
Chyba już jestem w takim miejscu, że mogę się z baśniami zgodzić.
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Sro Maj 04 2016, 19:54

Łukasz wiele razy zadawał sobie jedno, podstawowe pytanie - dlaczego Weles karał go w ten sposób? Dlaczego po kolei odbierał mu wszystko, co ledwie zdążył pokochać? Plantację. Matkę. Dom. Ukochaną. Nie wiedział, co zrobił niewybaczalnego w oczach Welesa, że karał go w ten sposób. Najpierw splątywał jego los z przeznaczeniem innych, aby następnie uciąć wszystko za jednym zamachem, jak zielarz ucinał zarażone chorobą liście rzadkiej rośliny. Westchnął. Całe jego życie wydawało mu się absurdem. Owszem, uwielbiał podróże, alkohol, kobiety. Uwielbiał budzić się na jednym końcu kontynentu i zasypiać na drugim, uwielbiał robić, co tylko chciał, uwielbiał się uczyć, uwielbiał swoją niezależność, ale... ile można było bawić się w małego chłopca? Jak długo mógł udawać wiecznego Piotrusia Pana? Dopiero niedawno stwierdził, że taki tryb życia mu nie odpowiada. W momencie, kiedy przyjmował ofertę pani dyrektor Vakhenko, zostawił za sobą przeszłość. Nie miał siły na mierzenie się z jej demonami. Nie miał odwagi na konfrontację z ojcem i siostrą, których zostawił samych sobie. Nie miał wystarczająco taktu, aby teraz pozwolić odejść Elodie. Nie po to szukał jej po całej Anglii, aby teraz puścić ją bez słowa, po wymienieniu tych kilku nic nieznaczących zdań. Uniósł głowę w momencie, gdy usłyszał jej śmiech - cichy, nerwowy. Denerwowała się tak samo jak on? Jednak pewien szczegół przykuł jego uwagę. - Masz brata? - spytał z niedowierzaniem, prychając nagle i zaczynając krążyć po tarasie. Zdenerwował się. Pobladł na twarzy, w oczach zabłysła złość. Było dla mnie za wcześnie? Tak było prościej? I co jeszcze? - Czego jeszcze mi nie powiedziałaś? - prawie warknął. Jej bzdurne wytłumaczenia go irytowały. Nie tak postępowali dorośli ludzie. - Więc te wszystkie słowa były niczym, tak? Wszystkie wspólnie spędzone chwile, wszystkie obietnice, każdy pocałunek, gest... to wszystko było dla ciebie niczym? - spytał, gestykulując żywo i nie potrafiąc się opanować. Zawsze taki był. Nie chował swoich emocji wewnątrz siebie, pozwalając im ujrzeć światło dzienne. - Było dla ciebie za wcześnie, mówisz? To czemu pakowałaś w związek? - dodał, mając ochotę puknąć się kilka razy w czoło. - Tak było prościej? Prościej wyjechać bez słowa niż powiedzieć komuś, że to koniec? Martwiłem się. Na Welesa, ja! Ja się martwiłem, rozumiesz?! - zawołał, rozkładając ręce bezradnie. Przerwał swój krótki spacer po tarasie i stanął naprzeciwko niej. Była taka drobna, bezbronna, patrzyła na niego swoimi wielkimi oczami, a on nie mógł nic zrobić. I tak wiedział, że nic do niej nie dotrze i znowu zrobi to samo. Zawsze była lekkomyślna - chyba że to też była część jej krótkiej roli. Znowu westchnął. Wyciągnął rękę w jej stronę, jakby chciał, żeby do niego podeszła i się przytuliła. W gruncie rzeczy wcześniej tak robiła. Ich związek był krótki, burzliwy, ale pełen miłości. Przynajmniej tak to wyglądało w odczuciu Łukasza. - Przepraszam - szepnął w końcu, wzdychając ciężko i opuszczając dłoń. - Nie chciałem - dodał, poddając się zupełnie. Ramiona mu opadły. Nie potrafił na nią krzyczeć. Minęło pięć pieprzonych lat, a on nadal nie potrafił być na nią zły dłużej niż parę chwil.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Czw Maj 05 2016, 02:23

Kiedyś powiedziałabym, że klucz to się nie przywiązywać.
Tylko nie myśl, że z tobą tak właśnie było - bo kiedyś powiedziałabym, że klucz to się nie przywiązywać nie zdając sobie sprawy z tego, że to wcale nie jest takie proste. Można uciekać na najdalsze krańce świata a i tak znajdzie się powód by zostać. Na tyle długo by zaczęło to po prostu boleć. Przywiązujesz się do czegoś i nagle to tracisz, jak mogłam ci to zrobić?
Uznałam chyba, jak na przyszłą pielęgniarkę przystało, że lepiej szybko ściągnąć plaster niż pozwolić ranie gnić. Uznałam, że tak będzie lepiej. Wtedy myślałam, że dla nas, potem, że tylko dla ciebie. Teraz widzę, że żadne z nas nie zyskało na mojej pozornej przezorności.
Nie będę też oszukiwać. Tak miało prościej. Dla ciebie - ale bardziej dla mnie. Żeby nie było żadnych krzyków, żadnych łez, wyrzutów i pytań.
A proszę - tylko to odłożyłam w czasie.
Może teraz będzie jeszcze gorzej, lata pytań i oczekiwań usnuły konkretne wyobrażenie mojej osoby, co jeśli w ogóle nie jestem do niej podobna? Co jeśli nie jestem dziewczyną o której myślisz wymawiając moje imię? Jedynie jej cieniem, niczym więcej, powłoką w którą włożyłeś wszystkie swoje pragnienia i niepokoje? To duży ciężar do udźwignięcia.
Ja już nie radzę sobie z prostym poczuciem winy - towarzyszącym mi gdzieś tam przez te wszystkie lata. Z czasem udało mi się je zepchnąć gdzieś głęboko, na samym początku ciążyło niesamowicie. Kilka razy byłam bliska powrotu, raz nawet miałam już spakowany plecak, jedynie myśl, że i ty ruszyłeś w świat zatrzymała mnie w miejscu. A potem…
Potem mijał czas. Wiosna, lato, znowu zima, kwiaty kwitną i pada śnieg. Zdrapywałam kolana, te się goiły, ze strupów robiły się blizny, po bliznach nie został nawet ślad. Chodziłam, wędrowałam, gubiłam drogę, z czasem udało mi się wmówić samej sobie, że mimo wszystko zrobiłam dobrze. Że dałam tobie i sobie najlepszą z możliwych szans.
Aż do dzisiaj?
To zabawne - przyszło nam osiąść w tym samym miejscu. Zawsze byliśmy do siebie podobni.
- Jest tego trochę - przyznaję od razu, nieco przerażona warknięciem. Twoja złość włącza dawne wspomnienia, całkowicie mimowolnie kulę się pod ścianą, tak bardzo podobnie do tego jak kuliłam się dwadzieścia lat wcześniej. Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Nie powiedziałam ci tak wielu i to był właśnie problem - nie potrafiłam tego zrobić. Otworzyć się. Wylać z siebie tę całą czerń i żółć, zalać cię wszystkim co siedzi we mnie, tam w środku. Każdym krzykiem. Każdą podniesioną dłonią. Każdym siniakiem na ciele, każdą rozbitą wargą, każdą złamaną kością. Każdym słowem, które wciąż siedzi gdzieś w środku i rani kiedy tylko nadarzy się okazja. Odcięłam to wszystko murem, nie potrafiłam go przeskoczyć, zniszczyć, wyminąć. Nie dla ciebie. Nie wtedy - Uczniowie - mówię cicho, bo brakuje nam tylko widowni, to by dopiero było. Gorąca ploteczka na początek roku, wszystkie oczy skierowane na nas. Kolejny ciężar do dźwigania, już teraz jest ich za dużo - To nie prawda -  odpowiadam w końcu, obserwując opadającą dłoń. I biorę głęboki oddech. Pięć lat temu nie potrafiłam się przemóc i otworzyć, może przez ten czas coś się zmieniło? Dorosłam? Chciałabym, żeby tak było - To nie prawda, że nie było ważne. Było. Bardzo - nie planowałam tego w żaden sposób. Pewnie gdyby spytać mnie wcześniej - nawet nie chciałam. Ale kiedy się już stało, było najważniejsze. Właśnie dlatego tak bardzo bolało, kiedy mimo wszystko nie potrafiłam dać ci wszystkiego czego chciałeś - Było najważniejsze. A mimo to nie potrafiłam… powiedzieć ci o wielu rzeczach. O sobie. Było dla mnie za wcześnie. Dałam ci tylko część, ty chciałeś całość, prędzej czy później to obróciłoby się przeciw nam - wzruszam ramionami - Znienawidzilibyśmy siebie nawzajem. A ja nie chciałam cię nienawidzić - prościej było po prostu odejść niż słuchać jak zadajesz mi pytania, na które i tak nie potrafiłabym odpowiedzieć.
Nie wtedy.
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Czw Maj 05 2016, 19:18

Nie chciał, żeby ich pierwsze spotkanie po latach przebiegało w ten sposób. Wyobrażał to sobie inaczej - że spotkają się przypadkiem na ulicy, umówią na kawę, opowiedzą sobie, co działo się przez ostatni czas i... rozstaną się. W miłej atmosferze, zapisując sobie swoje adresy, gdyby któreś z nich miało ochotę napisać list. Pisał do niej listy. Napisał ich może pięć. Jednak kruki nie potrafiły jej odnaleźć. Nie potrafiły odnaleźć kogoś, kto z dnia na dzień potrafił zmienić swoje miejsce pobytu, urwać wszelkie kontakty i uciec. Według Łukasza uciekali tylko tchórze, ale nie potrafił nazwać tak Elodie; przez te wszystkie lata ją usprawiedliwiał. Usprawiedliwiał ją jak syn usprawiedliwia rodziców, kiedy robią coś niewybaczalnego. Tak musiało być, nie mieli wyboru. Na pewno stało się coś ważnego, coś, co zmusiło Elodie do wyjazdu. Liczył na wyjaśnienia - jakiekolwiek. Nawet absurdalne. Według niego lepsze były absurdalne powody niż stwierdzenie, że tak było prościej. Przez jego przepełniony złością umysł błysnęła myśl, że w takim razie nie była z nim szczęśliwa i wyjechała, ponieważ znudziło jej się udawanie szczęśliwej, dwuosobowej rodzinki. To cholernie bolało. Bolało, że nie potrafił zatrzymać jej przy sobie. Bolało, bo nie potrafił jej usatysfakcjonować. Bolało, bo nie potrafił o niej zapomnieć. Ocknął się, kiedy Oseyna zwróciła mu uwagę na uczniów. Uniósł głowę i rzucił krótkie spojrzenie za szklane drzwi, ale na szczęście nie dostrzegł nikogo - cóż, nawet gdyby za drzwiami ktoś stał, nie skończył jeszcze rozmowy z Melodią i nie zamierzał tak łatwo dać jej odejść. Tym razem nie byli jedynie głupią, młodą parą zakochanych. Dojrzeli. Dlatego liczył też na dojrzałą rozmowę. Szkoda tylko, że sam nie pokazał klasy, wydzierając się na Elodie jak na psa. Skrzywił się. - Nawet gdyby ktoś tam stał, zabrałbym cię w jakieś bardziej ustronne miejsce i tam dokończył rozmowę. Tym razem się nie wymigasz, Melody - powiedział stanowczo, kładąc dłoń na jej ramieniu. Była taka chłodna. Potarł jej ramię kilka razy, ale zaraz opuścił rękę. Na więcej sobie pozwolić nie mógł, nawet jeśli chciał ją teraz objąć, utkwić nos w jej jasnych włosach i ucałować jej czoło. Nie znosił tego wyrazu twarzy Elodie. Wydawała się taka zagubiona i przestraszona, a on miękł pod wpływem jej spojrzenia, gotów poświęcić wszystko dla tych błękitnych ocząt. Nienawidził tego w sobie. Elodie jako jedyna kobieta na świecie potrafiła roztopić jego lodowate serce za pomocą jednego spojrzenia. - Nie porzuca się tego, co się uznaje za ważne - stwierdził po chwili, siadając na ławce pod ścianą i gestem zapraszając Elodie, aby usiadła obok. Jak kiedyś. - A ty nie chciałaś całości? Nie zaoferowałem ci tego? - spytał w odpowiedzi, przyglądając się jej uważnie. Na wzmiankę o nienawiści parsknął śmiechem. Gorzkim, krótkim, cichym. - Nie jestem w stanie cię nienawidzić - rzucił, niby od niechcenia, ale bacznie przyglądając się jej reakcji. - Nawet teraz - dodał na koniec szeptem, ponownie ciężko wzdychając. Cała ta sytuacja go przerastała. Rzadko przeprowadzał tak poważne rozmowy z kimkolwiek - odkąd zmarła jego matka, z nikim nie rozmawiał na temat, który można uznać za poważny. Gdy tylko rozmowa zaczynała przebiegać nie po jego myśli, gdy tylko z twarzy rozmówcy uciekał uśmiech, uciekał. Jednak nie nazywał siebie tchórzem, mimo że był specjalistą od ucieczek. Tego dnia po raz pierwszy od bardzo dawna stanął twarzą w twarz z przeszłością, którą zwykle zostawiał daleko za sobą. - Byłaś jedyną, którą kochałem - powiedział nagle, opierając głowę na łokciu. Ostatnie zdanie z trudem przeszło mu przez gardło, ale chciał, żeby Elodie zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo go zraniła.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Pią Maj 06 2016, 12:25

Nie wiem dokładnie w którym momencie przestałam mówić, a zaczęłam tylko odpowiadać.
Już jako mała dziewczynka intuicyjnie wyczuwałam, że nie rzucanie się w oczy jest najlepszym z możliwych rozwiązań. Ciche zabawy w kącie, krótkie odpowiedzi, brak głośnego płaczu. Nie byłam w Workucie od prawie ośmiu lat, ale do tej pory słyszę w głowie głowy wszystkich przypadkowych babć i cioć powtarzających - taka grzeczna z ciebie dziewczynka.
W szkole też zawsze mówili - taka grzeczna z niej dziewczynka.
To była moja rzecz. Bycie grzecznym. Nikt nie oczekiwał ode mnie niczego więcej dopóki potrafiłam siedzieć cicho w kącie. Nie musiałam być geniuszem, błyszczeć na zajęciach, wystarczy, że bez problemu wykonywałam wszystkie polecenia. Dobra dziewczynka. Grzeczna dziewczynka.
Gorzej kiedy pora wyrosnąć z wieku dziecięcego. Bycie grzeczną dziewczynką już nie wystarczy, teraz jesteś kobietą. Cisza przestaje być rozwiązaniem. Zaczyna być problemem. Nagle nie trzeba tylko odpowiadać - należy zacząć mówić. Nie wystarczą proste tak i nie, starannie ułożone w głowie formułki i regułki, zbitki zdań dopasowane do każdej sytuacji. Nie wystarczy prosty kod. Trzeba wejść głębiej. Powiedzieć więcej. Wyciągnąć na światło dzienne to, co zazwyczaj schowane.
A przecież nieużywany organ zanika.
To nie było udawanie, nie jestem w tym dobra. Lubię grać w szarady, ale zawsze przegrywam, wybuchając śmiechem w najgorszym z możliwych momentów czy czerwieniąc się kiedy przychodzi do zbytniego zaangażowania się. Jest we mnie dużo barier których nie potrafię przeskoczyć. Nie czuję się zbyt swobodnie przy innych ludziach. Z tobą było inaczej. Miałam tylko niewinnie zażartować, bardzo rozbawiło mnie twoje królowanie. A nieomal natychmiast popłynęłam z prądem, dałam się wessać sytuacji, bezmyślnie, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Pierwsze tygodnie miały coś ze snu. Pewnie czasem takie miewasz. Jakbyś płynął, świat dookoła się rozmywa, po prostu trwasz. Realizacja przychodziła powoli. Zaczęło się, jak zawsze, od małych rzeczy. Gestów, które nie przychodziły mi naturalnie. Pobudek w środku nocy. Pytań, które zbywałam kręceniem głowy. W końcu sen zaczął mnie dusić. I mogłam albo pozwolić wpełznąć całemu brudowi w naszą idealną bańkę, albo samemu zmierzyć się z syfem, zostawiajac ją nietkniętą.
Wybrałam to drugie.
To było prostsze. To nie niszczyło żadnego ze wspomnień. To wciąż czyniło nas wspólny czas wyjątkowym. Dzięki temu - ja przynajmniej - nigdy nie pomyślałam, że to były zmarnowane miesiące.
Tylko jak to wszystko teraz powiedzieć tobie? Jak to ubrać w słowa? Nie wiem.
Przyjemne ciepło rozchodzi się po moim ciele kiedy gładzisz moje ramię. Czasami mam wrażenie, że bardziej przypominam wpół oswojone zwierzę niż człowieka. Jeszcze trochę boję się dotyku, ale kiedy ktoś przekracza granicę i czuję ciepło innego, od razu się temu poddaję. Brakuje mi go - ciepła, kontaktu, moje dłonie zawsze są zimne. Ale wiąże się z nim  tyle ryzyka, niebezpieczeństwa, prościej jest trzymać dystans.
Prosto. Prosto. Prosto.
- Ja ciebie też nie nienawidzę - to żaden sukces - Myślałam, że… że kiedy już - musisz mi wybaczyć zdania urywane, to trudne. Czuje się jakbym mówiła po raz pierwszy, składanie całych sentencji wydaje się ogromnym wysiłkiem, mam wrażenie, że muszę gonić słowa, wszystkie uciekają - Myślałam, że kiedy już pokażę ci całość to zaczniesz. Mną gardzić - przecież to tylko wyrazy, można tak pomyśleć.  Poskładać je w logicznie i gramatycznie poprawny szyk - żaden problem. Ale za każdym słowem kryje się tyle znaczeń, za każdym znaczeniem emocje. Kilka potrafi zmienić absolutnie wszystko.
Jak teraz. Mówisz słowa wielkie, mnie znowu brakuje oddechu. To przecież tylko jedno zdanie. Można rozebrać je na czynniki prostsze. Znaleźć czasownik. Liczebnik. Określić czas (przeszły), szyk zdania. To przecież tylko słowa. A proszę, ty milczysz teraz, chowając się przede mną. Ja przygryzam wargi i wpatruje się w punkt odległy czując jak powoli zbiera mi się na płacz. Ja przecież nie płaczę. Nie pamiętam ile czasu minęło od ostatniego razu. Cztery słowa. Nie wiem co mnie bardziej boli, samo ich brzmienie czy to, że nie jestem pewna, że mogę je powtórzyć.
Lepsza, znacznie, jestem w gestach. Wyciągnięciu dłoni, złapaniu twojej. Złączenia naszych palców, uścisku. Zdaje sobie sprawę z tego jak bardzo cię boli, chcę ci trochę tego bólu zabrać.
Czy mogę?


Ostatnio zmieniony przez Élodie Osyena dnia Nie Maj 08 2016, 15:14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Sob Maj 07 2016, 14:18

Pytania. Po kilkumiesięcznej znajomości pozostało tylko kilka trafnych pytań. Zasługiwał na odpowiedzi. Wiedział to. Jednak nie zdawał sobie sprawy, że otrzymanie ich może być takie trudne. Walczył z wiatrem - wiatrem, który kochał, i którego nie potrafił zranić. Powoli odpuszczał. Nikt nie może wygrać z wiatrem. Elodie była jak wiatr. Rządziła się własnymi prawami. Sama. Nie powinien burzyć porządku jej życia. Życia, na które sama zapracowała. Życia, które sobie ułożyła. Gdyby wiedziała, kto obejmie posadę naczyciela botaniki w tym roku, odeszłaby? Uciekłaby, jak zawsze uciekała? Od zobowiązań, od pytań, nawet od odpowiedzi, od... miłości? Uciekłaby? Jednak - czy to była miłość? Prawdziwa? Czy może przelotna miłostka, młodzieńcze zauroczenie, które trwało troszeczkę dłużej niż zazwyczaj? Pierwsza zdała sobie sprawę, że ich związek jest bez przyszłości? Wiatr porzucił lwa. Lwa, który w spokoju zostawiał swoje ofiary po zapędzeniu ich w kozi róg. Po raz pierwszy lew zaryczał. Głośno. Boleśnie. Żałośnie. Wiatr mu umknął. Nie mógł być ofiarą. - A co tak uparcie ukrywasz? Nawet teraz, kiedy nie jesteśmy już razem? - spytał w końcu, pozwalając jej na ujęcie jego dłoni. Zacisnął palce na jej palcach, przymknął oczy. Dotyk parzył. Przywoływał wspomnienia. Te słodkie, te gorzkie, wszystkie. Zapach włosów po porannej kąpieli. Perfumy. Słowa. Mnóstwo słów. Cichy szept tuż obok jego ucha, gdy zasypiał. Wspólnie spędzone noce. Blask świec, zapach ziół. Napary. Mnóstwo naparów uspokajających, naparów przeciwbólowych. Maści. Pachnące kwiatami. Czy aby na pewno? Wspomnienia były zatarte. Zanikały powoli, jak litery w bardzo starej książce, której od wielu, wielu lat nie otwierano. Otworzył oczy. Nie chciał o tym myśleć. To była przeszłość, a on nie myślał o przeszłości. Nigdy. Dlatego nie odwiedził rodziny. Dlatego szybko zapomniał o Oseynie. Zapomniał? Nie. Nie zapomniał. Oszukiwał siebie samego. A teraz, gdy była obok, nie był w stanie jej uchwycić. Była jak płomień świecy. Raz dotknięty, gasł. Dlatego nie mógł wyciągnąć dłoni po to, czego pragnął. Zdał sobie sprawę, że wcześniej nie zdążył jej poznać. Stykali się udami, zerknął na jej nogi. Czy to była blizna? Nie, chyba nie. Ile razy dotykał tych nóg? Ile razy kładł się obok niej, bawiąc się jej długimi, blond włosami, ile razy jej usta szeptały jego imię, ile razy palce splatały się ze sobą? Najwidoczniej za mało. Za mało, by zatrzymać ją przy sobie, za mało, by ją od siebie uzależnić. Za mało, żeby w jej sercu pojawiła się iskierka. Uczucia. Jakiegokolwiek. Obojętność jest gorsza od nienawiści. On o tym wiedział. A ona? Czy wiedziała? - Kochałaś mnie? - ciche pytanie wydobyło się z jego ust, nawet nie zdawał sobie sprawy, w którym momencie to nastąpiło. Naprawdę to powiedział? Naprawdę patrzył teraz na jej twarz, ponieważ bała się spojrzeć mu w oczy? Nadal wyglądała tak młodo jak tamtego wieczora, kiedy stanęła w drzwiach jego mieszkania. Nadal cała jej postać była owiana tajemnicą. On nie był tajemniczy. Zawsze dawał jej to, o co prosiła. To go zgubiło. Nie zostawił pola na wyobraźnię. Ona żyła wyobraźnią.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Nie Maj 08 2016, 15:16

To byłoby takie proste, prawda?
Gdybyśmy teraz usiedli nad butelką wina, a ja opowiedziałabym ci wszystkie historie. Zaczynając od tej pierwszej - złamany nadgarstek lewej dłoni, dlatego nie mogę go w pełni obrócić, kiedy idą zimne dni często drętwieje. Potem - ta paskudna blizna po papierosie przed prawym kolanem. Ta przy brwi, od szklanego odłamka. Kilka pręg na plecach. Przejeżdżałbyś palcem po moim ciele, każda szrama to opowieść. A kiedy już uda nam się obgadać ten temat, wejdziemy głębiej, pod skórę.
Widzisz, blizn się tylko wstydzę. Kilka kieliszków wina i mogłabym o kilku coś powiedzieć, ale wiem jaka reakcja wymalowałaby się na twojej twarzy. Współczucie. Myślałbyś wtedy, że zrozumiałeś. Tak skrzywdzona dziewczynka wyrosła na ostrożną kobietę, bojącą się zaangażować. Co byłoby potem? Pewnie obietnica. Zostań ze mną, już nic złego ci się nie stanie.
Najmłodsza blizna, ta na przedramieniu, ma osiem lat. To był ostatni raz kiedy byłam w domu, od tamtej pory nic złego mi się nie dzieje. Nie fizycznie. Dałam sobie radę, uciekłam.
Problem tkwi w tym co pod skórą. We wszystkich czarnych myślach. W całej nienawiści, którą w sobie noszę, w całej złości. Uciekam, przemieszczam się z miejsca na miejsce, pozostaję w ciągłym ruchu bo nie jestem pewna czy kiedy się zatrzymam - to wszystko nie eksploduje. Nie wybuchnie w twarz mnie i ludziom, którzy będą mieć to nieszczęście by być akurat w pobliżu.
Z drugiej strony jednak, i to jest na najsmutniejsza część, dobrze wiem, że dopóki nie pokażę tego, co pod skórą, nigdy nie będę mogła się zatrzymać. Przy kimś - dla kogoś. Z kimś.
Inaczej będę się dusić. Będę czuć się jak oszust, złodziej, cieszący się czymś co nie należy do mnie.
Więc co mogę ci odpowiedzieć, w tym konkretnym momencie, kiedy jest nam zimno i stoimy naprzeciw siebie po raz pierwszy od lat. Co tak uparcie ukrywam? Prawie wszystko, chociaż nie wiem jaka w tym upartość - Wszystko czego się wstydzę - nie ubiorę tego w ładną formułkę. Mam w sobie dużo siły, wiem o tym, bo pomimo całej tej ciemności w sobie potrafię wciąż iść do przodu. Nie wpadłam w żadne bagno. Nie zostałam żoną człowieka pokroju mojego ojca. Ale nie mam w sobie na tyle odwagi by powiedzieć „urodziłam się 31 grudnia w Workucie. Trwała noc polarna. Pierwsze promienie słońca zobaczyłam mając kilka miesięcy. Kiedy miałam pięć lat mój ojciec tak mocno ciągnął mnie za rękę, że złamał mi nadgarstek. Kiedy miałam trzynaście lat zrobił to samo mojemu bratu, wtedy postanowiłam, że skupię całą swoją energię na magii leczniczej i zostanę uzdrowicielem. Nie udało mi się - bo kiedy miałam lat osiemnaście, po skończeniu szkoły, wróciłam do domu po raz ostatni żeby zabrać stamtąd brata i już nigdy więcej nie wrócić. Zamiast pójść na studia zaczęłam wędrować po świecie i zarabiać na nasze utrzymanie. Nie udało mi się namówić do ucieczki matki, do dzisiaj żałuję. Nie wiem czy jeszcze żyje. Wiem co powinnam zrobić, co chcę zrobić z całego serca, ale wciąż brakuje mi odwagi. By do Workuty wrócić i wreszcie go zabić”. Ile to, kilka zdań, zgrabna formułka. Idealna do bezuczuciowego wyrecytowania. Gdyby tylko dotyczyła kogokolwiek innego.
Ale jest o mnie. I nie przejdzie mi przez gardło, na pewno nie tutaj.
Za to na drugie pytanie odpowiadam od razu - Tak - bo kochałam. I wciąż jest we mnie dużo miłości. Nie wiem tylko, nie jestem do końca pewna, czy jest ona tylko dla ciebie, czy mogę z czystym sumieniem dodać „tylko ciebie”.
Chyba nie. Przepraszam.
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Wto Maj 10 2016, 19:34

Zostań ze mną. Przy mnie nic ci się nie stanie. Gdybym tylko wiedział, jakie życie wiodłaś, ile bólu zniosłaś, gdybym tylko zdawał sobie sprawę z pochodzenia wszystkich twoich blizn, na pewno wypowiedziałbym te słowa. Przytuliłbym cię. Złożyłbym obietnicę. Współczułbym ci, mimo że nigdy tego nie chciałaś - jednak oboje nie mieliśmy w życiu łatwo, powinnaś to zrozumieć, zamiast odrzucać moją pomocną dłoń. Byłem gotów oddać wszystko za zburzenie muru dookoła ciebie, wokół mojej małej Melodii, która dzień w dzień grała mi wdzięcznie w uszach, podając gorące napary chorym i pomagając opatrywać rany. To takie zabawne. Ciągle mam wrażenie, że zaledwie wczoraj zapukałaś do moich drzwi, prosząc o nocleg. Tyle czasu minęło - zdążyliśmy się zapoznać, zauroczyć, zakochać - przynajmniej ja - zdążyliśmy zaplanować wspólną przyszłość. Zdążyliśmy też zatęsknić, odrzucić siebie wzajemnie, a nawet zapomnieć o sobie. Tak było, prawda? Zapomniałaś o mnie. Na początku na pewno było ci ciężko, zupełnie tak samo jak mi. Tak łatwo się do mnie przywiązałaś, zresztą z wzajemnością. Pierwsze dni bez twojej obecności były udręką. Czułem, jak każda kolejna chwila przepełniona twoją nieobecnością zostawia w moim sercu zadrę, której nie sposób wyciągnąć nawet na stole operacyjnym. Miliony drzazg, szpil, gwoździ. Niszczyły moje serce, emocje, po roku bez ciebie przestałem zwracać uwagę na odczucia innych. Znowu wróciłem do dawnego trybu życia. Podróże, kobiety, używki. To było prostsze. Masz rację. Prostsze od zmagania się z przeszłością. Najprościej było się upić, wylądować w łóżku z nieznajomą i wyobrażać sobie, że to ty. A teraz siedzisz obok mnie. Taka niewinna jak kiedyś. Budzisz wspomnienia, które ukryłem w czeluściach mojego umysłu, o których istnieniu zapomniałem. Czuję zapach twoich włosów, czuję ciepło twojej dłoni i to doprowadza mnie do szału. Chcę cię pocałować, mimo że wiem, że nie mogę - to ty mnie zostawiłaś. Ty musisz zrobić pierwszy krok, chociaż zdaję sobie sprawę, że już nigdy tego nie zrobisz. Znasz moje stanowisko. Zawsze na ciebie czekałem, musisz to wiedzieć. Jednak przez pięć lat mogłaś zakochać się w kimś innym - może masz już męża? Dziecko? Minęło przecież pięć lat. Parskam pod nosem, kiedy uświadamiam sobie, że gdyby nie ty, prawdopodobnie skończyłbym z obrączką na palcu i moje dzieci liczyłyby sobie co najmniej cztery wiosny. Potrząsam głową - nie czas na takie rozmyślania. Może dzięki tobie uniknąłem czegoś, co byłoby moim największym błędem? Może powinien ci podziękować? Nie wiem już sam. Wiem, że nie będę potrafił pokochać kogoś równie mocno jak ciebie. A może nadal cię kocham? Tego też nie wiem. Na razie nadal ogarnia mnie szok, że spotykam cię w takim miejscu jak Koldovstoretz. - Oboje lubimy ucieczki - stwierdzam nagle cicho, nawet nie zaszczycając cię spojrzeniem. Zmieniam temat. Celowo. I tak wiem, że już nigdy nie zdradzisz mi najskrytszych tajemnic swojej duszy. Nie powiesz mi, czego się wstydzisz. Wiem to. Nie patrzysz mi już w oczy, jesteś zdystansowana. Nic do mnie nie czujesz. Nie wiem, co jest gorsze - to, że już mnie nie kochasz i straciłem cię bezpowrotnie swoimi naciskającymi pytaniami, czy to, że... nadal mi na tobie zależy. Zepsułem wszystko. Kiedy odpowiadasz, że również mnie kochałaś, uśmiecham się nieznacznie, w kąciku ust. Ledwo zauważalnie. Poczułem lekką ulgę. Przynajmniej nie straciliśmy tych kilku miesięcy na marne. Przynajmniej przez jakiś czas czuliśmy, czym jest miłość. Wspólne śniadania, zaczepne uśmiechy, ocieranie kolan pod stołem. Pamiętasz jak przygotowywałem ci naleśniki, a ty, zwabiona zapachem, przychodziłaś do kuchni i trącałaś mnie łokciem, pośpieszając? Te wspomnienia wywoływały uśmiech. Siedzę na ławce obok ciebie, myślami oddalony wiele lat wstecz. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? Czy też się uśmiechasz, gdy wspominasz tamte dni? Nigdy nie zrozumiem, dlaczego odeszłaś. Wybacz.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Sro Maj 11 2016, 03:41

Gdybyś tylko wiedział.
Ale przecież nie wiesz. I możemy na tym skończyć, prawda? Uznać, że to miejsce w którym odbijamy się od ściany, uścisnąć dłonie, rozejść się. Jak dorośli ludzie. Oni żegnają się w ten sposób?
Popatrz. To może być epilog całej historii. Naszych wspólnych rozdziałów nie było zbyt wiele. Pierwszy - pojawia się Elodia. Drugi - pierwszy pocałunek. Potem trzeci, czwarty, piąty, szósty. Siódmy, ucieczka. A potem nieskończenie wiele rozdziałów osobnych historii.
Nie wiem jak wyglądały twoje. Ja odwiedziłam Sri Lankę. Przez trzy spałam w małej chatce przy plaży. I gotowałam. W niewielkiej restauracji nieopodal. Potem wróciłam do Rosji, przyszły wakacje. Wszystkie wyglądały tak samo, brat kończył szkołę, ja znajdowałam jakieś tanie mieszkanie i porządną pracę. Najlepiej wieczorową. Mogłam więcej czasu spędzić z bratem w trakcie dnia i wiesz co? Nigdy nie rozumiałam dlaczego znacznie lepiej płacą kiedy zaczyna się zmianę po 22 drugiej.
Często chodziliśmy do zoo. Do parku, po prostu posiedzieć i czytać książki. Graliśmy w warcaby i chińczyka, to próba zwrócenia mu odrobiny beztroski. Potem zaczęły się wycieczki. Najpierw trochę krótsze, potem dłuższe. A w te wakacje z plecakami przeszliśmy przez trzy kraje. Tylko ja pracuję, jemu nie pozwalam, chociaż się buntuje. Jest już dorosły, tak mówi, może mi pomóc.
Nie chcę żeby dorastał za szybko. Wcale nie musi tego robić.
Sama nie wiem dlaczego zdecydowałam się na pracę tutaj. Dowiedziałam się, że posada jest wolna i… może uznałam, że potrzebujemy więcej pieniędzy? Życie z nastolatkiem bywa kosztowne. A może po prostu się zmęczyłam?
Tęskniłam za tobą. Najczęściej podczas tych błahych, głupich, codziennych chwil. Robię coś i nagle myśl - o, to by się spodobało Łukaszowi. Tego Łukasz nie lubi. W tym miejscu bylibyśmy szczęśliwi. Było wiele takich miejsc, na całym świecie.
Wyobrażałeś sobie ze mną przyszłość, ale nie wiedziałeś nawet, że to transakcja wiązana, pakiet. Ja i mój brat, spacery do zoo, park i książki, warcaby i nocna zmiana. Tęskniłam w tym wszystkim do ciebie, ale nie potrafiłam znaleźć miejsca. Dla ciebie. To była zbyt skomplikowana układanka.
I tak, przyznaję. Przyszedł ten moment, nawet nie wiem kiedy, zaczęłam tęsknić za kimś innym. Inaczej. Nie - moglibyśmy być tutaj razem. Bardziej - wolałabym być teraz tam gdzie on.
To nie znaczy, że przestałam życzyć ci wszystkiego najlepszego. Przestałam myśleć o tym, że niektóre miejsca by się spodobały - przecież wciąż jesteś ważną częścią mnie. Jesteś moją pierwszą miłością.
Tylko nie wiem czy ostatnią.
Nie jestem mężatką, nie mam dzieci. Ty też nie, prawda? Myślisz, że gdybyśmy się nie poznali zabawiałbyś już sporą gromadkę? Ja wiem, ja nie. Może w ogóle nie jest mi to dane, życie na przedmieściach o smaku soku jabłkowego. Zatrzymanie się, już na dobre. Zapuszczenie korzeni, tak się to nazywa. Zapuszczenie korzeni.
Tak może być. To może być epilog.
Nie chcę cię jednak zostawić samego po raz kolejny z głową pełną pytań. Jasne, mógłbyś przyjąć, że taka po prostu jestem. Czuję pod skórą, że męczyłoby cię to dalej, żaden epilog, jeszcze więcej wątpliwości - Będziemy pracować tutaj razem. Przez pewien czas - co najmniej dziewięć miesięcy, nigdzie nie uciekam - Odpowiem ci, na pytania. Tylko...- co, potrzebuję więcej czasu? Wciąż nie jestem gotowa? - To nie jest jedna historia, bardziej zbiór… wydarzeń. Po kolei? - niedługo odwiedzę twój gabinet i opowiem pierwszą. Najłatwiejszą. O moim bracie. Potem kolejną. Kolejną. Jak bajki na dobranoc. Te makabryczne, z dreszczykiem.
W końcu zrozumiesz.
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Sob Maj 14 2016, 14:24

Zaczynasz mówić. Słucham twojego głosu, jednak nie wszystkie słowa do mnie docierają. Proponujesz, że mi wszystko opowiesz. Prycham pod nosem. Zabawne. Kiedyś zapewne złapałbym twoją dłoń i szepnąłbym ci do ucha, abyś zaczęła już teraz, abyś wyszeptała mi do ucha wszystkie swoje najskrytsze tajemnice. Byłem niecierpliwy. Teraz też jestem, ale teraz znam swoje miejsce - wiem, że gdy tylko opowiesz mi te historie, zapragnę więcej. Zapragnę troszczyć się o ciebie, zapragnę leczyć twoje rany i zapragnę starannie pielęgnować własne miejsce w twoim sercu, a wiem, że to niemożliwe. W twoim sercu nie ma już dla mnie miejsca, prawda? Wykorzystałem swoją szansę. Pozwoliłem, abyś się mną znudziła. Najgorsza porażka dla zdobywcy, którym byłem. Żadna nie mogła mi się oprzeć, a ty zdołałaś. Uciekłaś. Teraz przez najbliższy czas nie będę mógł pozbyć się tej myśli z mojej głowy. Uciekłaś. Zostawiłaś mnie. Ciągle mam w głowie pierwszy poranek bez ciebie - myślałem, że wyszłaś nazbierać ziół. Jednak nie wróciłaś. Ani wtedy, ani następnego dnia. Nie wiem, czy potrafię ci ponownie zaufać, nie wiem, czy chcę wysłuchać twoich tłumaczeń. Czy pragnę wysłuchać historii, która tak cię ukształtowała? W końcu twoje dzieciństwo miało wpływ na to, jaką jesteś teraz osobą. Prawda? Wszystkie sytuacje nas czegoś uczą albo czegoś nas pozbawiają. - Dobrze - słyszę nagle swój głos. Powiedziałem to? Odwróciłem głowę w twoją stronę, zerknąłem w twoje oczy. To współczucie? Nie chciałem współczucia. Czy opowiesz mi to wszystko tylko dlatego, że przed laty zostawiłaś mnie samego w naszej chatce? - Teraz? - spytałem po chwili, mając wielką ochotę zawinąć ten jasnoblond kosmyk wpadający ci do oczu za twoje ucho. Uniosłem nawet dłoń, ale zaraz ją opuściłem. Trochę czasu mi zajmie, zanim z powrotem nabiorę pewności siebie w twoim towarzystwie. Zabawne. Wcześniej tak łatwo przychodziły mi te drobne gesty, żarty. Spoważniałem? Nigdy nie sądziłem, że wydorośleję, że odnajdę swoje miejsce albo... napiszę do ojca? Nie. Nie napiszę. Ciągle byłem zagubionym chłopcem w mojej małej Nibylandii. Najpierw nauczyłaś mnie latać, a następnie pozwoliłaś, abym spadł. Upadki bolą, nikt mnie na nie nie przygotował. Ty też nie. Nie chcę znów latać, Elodie.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Pon Maj 16 2016, 13:08

Nie znudziłam się.
To jest sprawa fundamentalna, to musisz zrozumieć, nie znudziłam się. Chociaż zawsze wydawało mi się, że to taki ideału paradoks, jest nudny więc nie idealny - ciężko jest się znudzić perfekcją. Życiem w bajce, mydlanej bańce, miejscu w którym zawsze świeci słońce. Zawsze jest ciepło.
Teraz mam zimne ręce.
Nie znudziłam się. Bałam się, otworzyć. Bałam się, że jeśli pokażę ci wszystko - nie będziesz już chciał, mnie. Dla ciebie byłam tą idealną dziewczyną ze snu. Wróżką z dalekich krain. Ucieleśnieniem każdego z pragnień - dla ciebie byłam Domem. A widziałeś przecież tylko część. Nie chciałam się przekonać czy dalej będziesz patrzył na mnie w ten sam sposób kiedy poznasz całość.
Wciąż myślę, że nie. Przecież już nie patrzysz - a wiesz o mnie trochę więcej. Widzisz pierwsze rysy na wizerunku swojej Idealnej Melodii. Wiesz, że uciekam. Że jestem tchórzem. Że noszę biały kitel, że w kieszeni mam różdżkę, a w sali balowej brata. To dopiero początek.
Nie wierzę, że kiedy zobaczysz wszystko wciąż będziesz chciał bym była dla ciebie Domem. Nie będę w twoich oczach tą samą dziewczyną. Zobaczysz mnie, nie ją - na bogów, lubiłam nią być. Melodia miała wszystko czego mnie zawsze brakowało, życie jej życiem, nie spotkało mnie do tej pory nic lepszego. Były dni kiedy w lustrze widziałam właśnie ją, myślałam jej myślami.
Kiedy to sobie uświadomiłam zaczęłam się dusić. Bo jestem Élodią.
Czy tak będzie lepiej, kiedy ją zabijemy, nie wiem. Chciałabym zachować nasze wspólne miesiące w niezmienionej formie idealnego wspomnienia, miejsca bezpiecznego, Nibylandii dwójki zagubionych dzieci. Boje się, że z każdą kolejną historią i ona zacznie gnić. Jasne kolory zacznie wypierać szarość, nie chcę tego.
W moich oczach nie maluje się współczucie, drogi Łukaszu, tylko żal. Żal mi naszej wspólnej przeszłości. Mam wrażenie, że kiedy zacznę mówić stracę i ją, odejdzie wraz z Melodią.
- Nauczyłam się gotować we Francji, kiedy miałam szesnaście lat - historia pierwsza - Po siódmym roku już nie wróciłam do Workuty. Tam się urodziłam - możesz tego nie wiedzieć - Uciekłam z domu. Francja wydawała mi się wtedy naturalnym wyborem, moja mama wciąż ją wspominała. Ale wcale mi się tam nie podobało - nigdy więcej jej nie odwiedziłam - Byłam wolna, po raz pierwszy w życiu, a mimo to kolejne dwa lata spędziłam na nieustannym zamartwianiu się o mojego brata. On został. I wstyd mi za to, do dzisiaj, że nie wytrzymałam. Mogłam poczekać jeszcze te dwa lata, wytrzymać jeszcze dwie wakacyjne przerwy, nie zostawiać go samemu. Wiedziałam, że dopóki nie skończę szkoły nie mogę wziąć go ze sobą, przecież i tak dziewięć miesięcy spędzałam tutaj - a i tak egoistycznie wybrałam siebie. Mówi, że wcale nie ma mi tego za złe, ale ciężko mi w to uwierzyć. Jest znacznie lepszym człowiekiem niż ja - najlepszym jakiego znam. Pewnie niedługo go poznasz, na zajęciach. Lubi faunę i florę, jest z niej dobry.
Czy to będzie niezręczne? Prowadzić z nim lekcje?
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Nie Maj 22 2016, 12:50

Dążę do perfekcji. Nieudolnie, powoli. Staram się wytworzyć wokół siebie mydlaną bańkę. Chcę pożegnać moje dawne życie, rozpocząć wszystko od początku, uchodzić za idealnego. To nie może być trudne, prawda? Żadnych nietaktownych słów, co raz to nowe osiągnięcia, słodka rutyna. Rutyna. Zawsze bałem się rutyny, a teraz dobrowolnie się jej poddałem - wstawanie rano, prowadzenie lekcji, sprawdzanie klasówek, sen, i tak w kółko. Myślałem, że to pora na ustatkowanie się, na idealną rutynę. Jednak pierwszy dzień w Akademii jeszcze nie dobiegł końca, a ja już miałem dość. Może było to spowodowane emocjami, które nagle mnie przytłoczyły? Może dlatego, że cię spotkałem? A może dlatego, że rozbudziłaś we mnie wspomnienia, a teraz, jak gdyby nigdy nic, rozmawialiśmy? Nie wiem. Nie lubiłem nie wiedzieć. Zawsze byłem ambitny, dociekałem, a teraz zostałem pozbawiony tej możliwości. Nie mogłem przyprzeć cię do muru i kazać ci wydusić wszystkiego, co chciałem wiedzieć. Nasza relacja jest teraz krucha, a ja nie chcę niszczyć jej szczątków - wręcz przeciwnie, chciałbym ją rozwinąć, może nie na taki stopień jak kiedyś, ale... choć trochę. Chciałbym pielęgnować ją jak uschniętą roślinę, w której ciągle jest życie i z czasem, dzięki odpowiednim nawozom, wodzie, rozkwitnie na nowo. Daleko jej będzie do świetności sprzed uschnięcia, jednak będzie żyła. Nasza relacja nie uschła, prawda, Elodio? Przyglądam ci się z uwagą, kiedy opowiadasz mi te historie. Nie zdaję sobie sprawy z tego, ile cię to kosztuje. Słucham, zaciskając palce na twojej drobnej dłoni. Jestem ci wdzięczny. W końcu się otwierasz. Tylko szkoda, że dopiero teraz. Wzdycham ciężko, kiedy kończysz mówić. Co powinienem powiedzieć? Zganić cię za ucieczkę? Pogratulować wytrwałego brata? Milczę. Gładzę kciukiem wierzch twojej dłoni, nie bacząc na to, czy mi na to pozwalasz czy nie. Pozwalasz - w końcu nie cofasz ręki. Zawsze byłaś bezpośrednia, jeśli chodziło o gesty. Tak. Gesty wychodziły ci o wiele lepiej niż rozmowa. - Nigdy nie byłem w Workucie - stwierdzam nagle, posyłając ci spojrzenie. Mi również było żal naszej relacji i czasu, jaki ci poświęciłem. Czas to teraz najcenniejsze, co nam pozostało. A mieliśmy go tak mało - w końcu niedługo uciekniesz do swojej sypialni na drugim piętrze. Uciekniesz w krainę snów. Albo i nie. Może ktoś będzie potrzebował twojej pomocy? A co jeśli ja też jej potrzebuję? Potrafisz leczyć serca, Elodio? - Ładnie tam? - dodaję, starając się podtrzymać rozmowę. Analizuję. Analizuję słowa, które mi powiedziałaś. Myślę. A raczej rozmyślam. Tak łatwo stracić do kogoś zaufanie, prawda? Trzeba wiele czasu, aby je zbudować, a potem wystarczy jedno, nawet leciutkie pchnięcie, aby je zburzyć. Twoja ucieczka do lekkich nie należała, a ja ciągle nie potrafiłem zrozumieć. Musisz mi wybaczyć. - Czemu uciekłaś? Dlaczego nie zabrałaś brata ze sobą? - pytam nagle, marszcząc brwi. Tyle informacji. Miałem problem z przyswojeniem sobie tych strzępków wiadomości. Dlaczego uciekłaś z domu? Skoro już uciekałaś, jako niepełnoletnia, to dlaczego nie zabrałaś brata? Byłby dla ciebie ciężarem? Może twoje wyrzuty były wystarczającą karą za to, że go zostawiłaś? Zostawiłaś go jak mnie. Tylko po niego wróciłaś. - Jak się nazywa twój brat? - dodaję jeszcze, mając nadzieję, że odpowiesz mi na wszystkie pytania. Było ich tak dużo. Nie chcę cię przytłoczyć. Nie znowu.
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Nie Maj 29 2016, 03:38

Jesteśmy do siebie tacy podobni.
Może dlatego było nam tak łatwo, na samym początku. Dwójka uciekinierów. Do tej pory wydaje mi się, że to jest najprostszy i najlepszy sposób. Uciec. Zacząć od początku. Zamiast wstać po upadku, zamiast odbudować - rzucić wszystko i zacząć na nowo. Wciąż. I wciąż. I wciąż. Kręcić się w kółko.
To zabawne, że wybraliśmy to samo miejsce by się zatrzymać.
Ledwie pamiętam swój pierwszy dzień - a przecież było to rok temu. Siedziałam na samym końcu stołu, czując się przytłoczona ciężarem obowiązków. Zastanawiałam się co mnie podkusiło - to był przecież impuls. Dostałam list, wolna posada, aplikuj. Bez namysłu napisałam list. Odpisali - bardzo chętnie.
Może nie mieli więcej chętnych?
Jestem przekonana, że z tobą było podobnie. Może też dostałeś list? Albo otworzyłeś gazetę i rzuciło ci się w oczy ogłoszenie. Nie myślałeś wiele, nie myślałeś prawie nic. Po prostu odpisałeś. I proszę, rok później i ty siedzisz wsród profesorskiego grona, z dniem jutrzejszym rozpoczynasz zajęcia. Masz już plan zajęć? Wiesz czego nauczysz piątoklasistów, a co powtórzysz przed egzaminami z ostatnią klasą?
Zawsze miałeś rękę do roślin.
Zdawałam sobie sprawę z tego podobieństwa od samego początku - a mimo to nie potrafiłam. Mówić. Ani pytać, przecież nie pytałam przed czym uciekasz. O to właśnie chodzi w mydlanych bańkach, o brak - przeszłości. Przecież to właśnie przed nią uciekamy, upadamy, burzymy i zaczynamy na nowo, na drugim końcu świata.
A co jeśli powiedziałabym ci, że chciałabym zostać. Tutaj. Na dłużej. Jestem już zmęczona. Nieustannym ruchem, biegiem.
Ty też? Dlatego postanowiłeś się zatrzymać, chociaż na chwilę?
Twój dotyk jest znajomy. I budzi ciepłe wspomnienia, pewnie dlatego nie pokrywam się gęsią skórką na samo wspomnienie Workuty - Nie polecam tego kierunku wycieczki - nie przechodzi też dreszcz, chociaż zaciskam mocniej dłoń na twojej kiedy pytasz o urok tego miejsca - Nie. Nie jest ładnie - ani przyjemnie. Ani nawet ciepło. Szaro. Buro. Ponuro? Ponuro - Nie mogłam go wziąć ze sobą. Był za mały, ja… musiałam skończyć szkołę - czy to egoizm czy rozsądek, nie wiem do tej pory. Egoizm, że nie wytrzymałam tych dwóch lat, rozsądek, że skończyłam edukację. Zdałam egzaminy, znalazłam małą klitkę i pracę. Kiedy brat uczył się w szkole, ja podróżowałam. Z miejsca na miejsce. Zarabiałam, odkładałam, pisałam listy, odwiedzała. Widzisz - nigdy nie uciekłam od swojego brata. Był moment kiedy zostawiłam go za sobą. Ale wróciłam. Kiedy uciekłam od ciebie - wróciłam do niego. Nie ważne jak daleko ucieknę, on jest stałą.
Wciąż myślę, że zasługuje na więcej.
Pozwól mi tylko, proszę, opowiedzieć przed czym uciekałam innego dnia. Przyjdę do ciebie z filiżanką herbaty, zamknę oczy i opowiem. Opowiem - Antek, ma na imię Antek - do dzisiaj nie wiem jak mojej matce udało się namówić ojca na francuskie imiona. Élodie i Antoine. Dwoje zagubionych dzieci bez własnego miejsca - Ta blizna - ostrożnie kieruję twoją dłoń w kierunku przedramienia, wyczujesz ją opuszkami palców - Ostatnia. Musiałam po niego wrócić - gdybym zabrała go ze sobą od razu obyłoby się bez niej.
Gdybym zaczekała dwa lata - miałabym znacznie więcej.
Powrót do góry Go down
avatar

Wow.

Moskwa, Rosja

¾

28 lat

przeciętny

nauczyciel botaniki magicznej

PisanieRe: Rusałczy taras   Pon Maj 30 2016, 15:13

Nigdy przedtem nie rozmawialiśmy o przeszłości. Zawsze liczyło się tylko tu i teraz, liczyliśmy się my i chwile, które wspólnie spędzaliśmy. Liczył się dotyk, zapach, uśmiech czający się w kącikach ust. Nie zawracaliśmy sobie głowy faktami z przeszłości, mimo że często dawałem ci do zrozumienia, iż chciałbym wiedzieć. Dotykając każdej twojej blizny, kiedy spałaś, patrzyłem na ciebie wymownie, z wyrzutem i przymusem, moje spojrzenie mówiło powiedz mi wszystko, Melodyjko, ale nie mogłaś tego wiedzieć. Pewnie teraz też tego nie wiesz. Gdy się budziłaś, na mojej twarzy z powrotem pojawiał się pozorny, beztroski uśmiech. Interesowała mnie twoja przeszłość, ale gdy zbywałaś mnie półsłówkami i jednocześnie nie zmuszałaś mnie do opowiedzenia ci o moim dzieciństwie, milczałem. Usłużnie milczałem, dając ci prawo wyboru - codziennie miałem nadzieję, że coś się zmieniło, że w końcu mi zaufałaś, za każdym razem, gdy zaczynałaś rozmowę, nadstawiałem uszu. Może powiesz mi coś nowego? Nigdy nie powiedziałaś. Potem zniknęłaś. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, do teraz. Teraz uśmiechałaś się do mnie delikatnie, nadal ściskając moją dłoń w swoich drobnych palcach. Opowiadałaś mi powoli, słowo za słowem, istotne fakty z twojego życia. Powinienem być usatysfakcjonowany, ale nie potrafiłem pozbyć się dziwnego uczucia rozczarowania, które tkwiło we mnie gdzieś głęboko. Z jednej strony cieszyłem się, że mówisz mi o tym wszystkim - z drugiej żałowałem, że tak późno. - Jaki polecasz w takim razie? - spytałem, czując, że stąpamy po cienkim lodzie. Powiedz mi więcej o Workucie. Dlaczego ci się tam nie podobało? To tam zdobyłaś blizny? Co ci zrobili? Spuściłem głowę i utkwiłem wzrok we własnych butach. Nawet teraz nie jestem w stanie zadać ci tych pytań. Może następnym razem. Przy zupie albo herbacie. Będę sprawdzać klasówki, starając się nie zachlapać ich rosołem. Milczę. Nie mogłaś wziąć go ze sobą. To całkiem zrozumiałe, chociaż również nie byłaś pełnoletnia. Ja byłem pełnoletni, gdy wyjeżdżałem z domu - Łucja miała wtedy zaledwie siedem lat. Czy będę uczyć również ją? Tak samo jak twojego brata? - Antek Oseyn. Postaram się zapamiętać - odpowiadam z nieco chytrym uśmiechem, w ogóle nie pasującym do sytuacji. I skutecznie ścierasz mi go z ust, gdy wspominasz swój ostatni powrót do Workuty. Unoszę wzrok na twoje przedramię, gdy kierujesz moimi palcami. Czuję ją. Czuję bliznę, jest troszeczkę wypukła. Mam ochotę podwinąć ci rękaw i obejrzeć ją dokładnie, ale to nie ja jestem tutaj lekarzem. A czy ty jesteś zdrowa, Melodyjko? Czy lekarz może chorować na... wspomnienia? - Skąd te blizny? - pytam nieco oschle. Blednę, gdy słyszę swój ton. Nie powinien być taki ostry. Wzdycham ciężko. - Nie zrozum mnie źle, ale... zawsze chciałem wiedzieć - tłumaczę się nieporadnie, przejeżdżając dłonią po włosach. Ściskam mocniej twoje przedramię. Ile czasu już tu siedzimy? Powinienem pozwolić ci odejść i cierpliwie poczekać na kolejną opowieść. Jednak nie potrafię. Nie chciałem wypuścić ciebie z rąk przy naszym pierwszym spotkaniu po latach. Nawet nie zdaję sobie sprawy, kiedy słowa wydobywają się z moich ust. - Jesteś zmęczona? - pytam niepewnie, znowu obdarzając cię spojrzeniem. Uśmiecham się delikatnie. Jak kiedyś. Po każdym z naszych spacerów siadaliśmy pod jednym z drzew i patrzyliśmy w niebo, bardzo długo. A potem pytałem.
Jesteś zmęczona, Melodyjko?
Powrót do góry Go down
avatar


tu i tam

czysta

26 lat

ubogi

pielęgniarka

PisanieRe: Rusałczy taras   Czw Cze 02 2016, 20:28

Przeszłość to przeszłość.
Prosta zasada. Kończy się dzień, zamyka się drzwi. I się do tego już nie wraca. Nie jestem człowiekiem, który lubi wspominać - chociaż czasem tęsknię. Do momentów, na przykład. Włosów rozwiewanych przez wiatr. Ciepłej wody. Piasku pod stopami. Albo wysokich traw pod palcami. Kamieni rozgrzanych słońcem. Zapachu lawendy. Albo konwalii - późną wiosną. Wianki z bławatków i dużo śmiechu.
Nie wszystkie wspomnienia są złe. Powoli dochodzę do momentu, w którym tych dobrych jest znacznie więcej. Nie tylko z ostatnich siedmiu lat. Przecież jest kilka dobrych z tych zimnych murów.
I kilka zabawnych. Wiesz, że kiedy byłam w trzeciej klasie zostałam zaatakowana przez kaczki? Karmiłam je bułką skradzioną ze śniadania i kiedy się skończyła, zamiast odlecieć jak to kaczki mają w zwyczaju, rzuciły się na mnie. Pogryzły mnie na tyle mocno, że trafiłam do gabinetu - a pielęgniarka nie mogła przestać się śmiać.
Nigdy nie powiedziałabym, że dwanaście lat później zajmę jej miejsce.
Wielu rzeczy nigdy bym nie powiedziała - a z perspektywy czasu wydają się jedynymi właściwymi.
Skoro ty też musiałeś udawać, to źle świadczy o naszej relacji. Znaczy, że się myliłam. Nasza bańka też nie była idealna, ty też miałeś wątpliwości.
Ja byłam idealną Melodyjką, ty byłeś moim idealnym Łukaszem.
Co jeśli żadne z nich nigdy nie istniało?
- Jest cały świat. Workuta jest szara. Smutna. I niesamowicie zimna. Szczególnie nocą, która trwa kilka miesięcy - mówię, bo bywa dość przygnębiająco. Może dlatego większość kierunków które obieram w swoich podróżach to tak zwane „ciepłe kraje”. Jako dziecko przemarzłam do samego szpiku kości i do tej pory próbuję się ogrzać. Na plaży. W ciepłej wodzie.
- Antoine, ale niezbyt przepada za pełną wersją swojego imienia - dodaję. Wiele można powiedzieć o tej szkole, ale nie ma tu za dużo dzieciaków pochodzenia… no cóż, innego. A dzieciaki w wieku nastoletnim nie lubię się wyróżniać. Nie w ten sposób. - Antek brzmi zawsze lepiej - postaram się nie myśleć nad niezręcznością całej sytuacji. Chociaż to zabawne kiedy uśmiechasz się w  ten sposób. Zastanawiam się teraz jakim nauczycielem będziesz. Surowym? Pobłażliwym?
Na pewno będziesz popularny pośród uczennic.
Żałuję, że nie możemy zostać przy tych przyjemniejszych tematach. Twoje nauczanie. Mój brat. Nic więcej. Ale chcesz wiedzieć. Zawsze chciałeś wiedzieć - Jedna z pamiątek od mojego ojca.
Powiedziałam.
Świat dalej się kręci. Powiedziałam. I nic się nie zmieniło. Nic nie skończyło.
Albo - mam wrażenie, że dalej się kręci. Bo mnie kręci się w głowie.
- Chodźmy stąd.

Élodie i Łukasz z tematu
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Rusałczy taras   

Powrót do góry Go down
 
Rusałczy taras
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: