IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Basen

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieBasen   Pią Kwi 01 2016, 00:32

Basen

Wysokie, zajmujące dwie kondygnacje pomieszczenie zachwyca i zatrważa minimalizmem. Ściany wyłożone są drobną, turkusowo-czarną mozaiką, wzdłuż nich ustawione są niskie, drewniane ławeczki i trzy drewniane parawany. W ciągu dnia komnata oświetlana jest światłem sączącym się przez wąskie, strzeliste okna, natomiast wieczorami pod sklepieniem unoszą się nieduże, wypełnione bladą poświatą kule. Najistotniejszym elementem jest sam basen w całości wykonany z czarnego marmuru. Na krótszych ścianach znajdują się kurki regulujące temperaturę wody, jej barwę oraz zapach; dłuższe pokryte są płaskorzeźbami przedstawiającymi twarze bogów. Sam basen ma długość niemal trzydziestu metrów, szeroki jest na dwadzieścia metrów, zaś jego głębokość zmienia się w zależności od preferencji pływającej osoby.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Basen   Pon Cze 20 2016, 21:38

(nie potrafisz się bawić.)
Nie potrafi, nie potrafi wielu rzeczy. Nie umie zwinąć języka w rurkę, chociaż nie ma trudności z dotknięciem nim czubka nosa. Nie umie porządnie zawiązać krawatu, dlatego tak często zwisa mu luźno przewieszony przez szyję lub zawiązany na nadgarstku. Nie umie jeździć na łyżwach, na rolkach zresztą też. Nie potrafi opanować miotły. Może wybiera zbyt duże drzewa, trochę w myśl zasady: kto ma większą, ten wygrywa wszystko. Nie potrafi również usiedzieć na miejscu, zupełnie jak teraz. Basen to za mało, za mało w nim też miejsca, woda zbyt hamuje ruch. Woda i znajdujący się w niej ludzie – zaledwie trójka smarków, prawie topiąca się, gdy ciekawość i zachłanność ciągnie ich niebezpiecznie w dół, coraz niżej i niżej, zapewne w poszukiwaniu okrytych tajemnicą łaźni. Trudno, niech się potopią, będzie można poskakać po bezwładnie pływających po powierzchni truchłach, jak po kłodach. Teraz tylko bieganie zostaje wokół basenu. Kafelki śliskie są od porozpryskiwanej wody, kilka razy prawie wybiłby sobie zęby. Skończyło się jedynie na rozharatanych kolanach i łokciach. Krew pozasychała, tworząc różowe żyłki rozchodzące się mizernie po chudych kończynach.
(mógłbyś wreszcie przestać robić z siebie taką ofiarę. pokaż te cholerne pazury!)
Gdzieś musiał je pogubić. Może w drodze powrotnej z dożynek, może zagrzebał głęboko w pościeli, wyrywając je sobie razem z tymi ludzkimi. Ręce tak kurewsko go bolą za każdym razem, kiedy próbuje zacisnąć dłonie w pięści, a wszystko przecież jest na swoim miejscu, nie ruszał nawet srebra, żeby nie załatwić się bardziej. A mógłby, ochota na wlanie sobie w gardło całej zawartości buteleczki walczy wciąż zaciekle ze zdrowym rozsądkiem. Przecież nie wypada tuż przed wyjściem do Petersburga opuszczać choćby jednych zajęć. Ostatnie przeszło mu koło nosa – kolejne musi sobie zapewnić nie tylko odpowiednimi ocenami, ale również stuprocentową frekwencją. Teraz może, ma przecież trochę mniej na głowie, pod głową zresztą też. Wysypia się całkiem dobrze, tylko koordynacja ruchowa pozostawia nieco do życzenia – wina obarcza jednak znowu nie siebie, a nieodpowiednie podłoże. Gdyby posadzka była sucha, bez problemu obiegałby brzeg basenu dwukrotnie szybciej niż teraz. Z mniejszą ilością siniaków i większym samozadowoleniem. Może zwróciłby większą uwagę na to, co dzieje się wokół, jak dzieciarnia wreszcie postanawia umknąć po cichu (to chyba już ta godzina, niedługo wybije czas ciszy nocnej), jak basen pogrąża się w coraz głuchszej ciszy, jak świetliste kule rozjarzają się jaśniejszym blaskiem, rzucając na ściany basenu podłużne, rozedrgane cienie – jego, bez tchu okrążającego kolejny raz z pochyloną nisko głową zbiornik, rozstawionych pod ścianami parawanów, leżaków niechlujnie poskładanych na stos przy drzwiach. Jej.
(cześć, kruszynko!)
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Basen   Pon Cze 20 2016, 22:19

Dwa dni. Pół nocy tam, półtorej dnia po całym zamku. Dwa dni, jedna noga, jedna kula, jedna dłoń, jedno ciało, a wszystko dopiero w tak małym procencie jest naruszone, za mało, zdecydowanie za mało, przecież zasłużyła na więcej, przecież nie może sobie z głowy wybić i zagryza wargi, że to tylko tak krótko, że za chwilę wszystko wróci do normy, ale najbardziej nie może sobie tej dłoni poparzonej wybaczyć. Poparzonej-niepoparzonej. Przyglądała jej się po tym, jak zmyła maść przez paręnaście minut, rozpoznając swoją skórę, jakby nic się nie stało, żadnego śladu, a przecież miał być, na całe życie miał być, widoczna kara. Za słabo się opierała. Która to już godzina? Ma wrażenie, że wlecze się powoli, za wolno, że czas płynie za szybko i to ona nie potrafi się do niego dostosować. To przez tę kulę. Szybciej byłaby na miejscu, gdyby skakała na jednej nodze, ale wtedy zapewne skręciłaby drugą. Już wie, że jej za wiele czasu nie zostanie, a przecież dzisiaj miała się zgłosić na zdjęcie tego cholernego opatrunku, kiedy to, za godzinę tam ma być. Zdąży? Nie zdąży. Nie zdąży z nim porozmawiać i potem szybko pobiec, dokuśtykać się, z bolącą już łopatką, nadwyrężoną przez pomaganie sobie tych cholernym kawałkiem kija. Dzieci biegną wprost na nią, z mokrymi głowami, uwolnione wreszcie od pouczających kazań ich matek, że włosy należy wysuszyć, bo inaczej się przeziębią. Pewnie biegną jeszcze do kuchni, po basenie zawsze człowiek jest głodny. Najedzą się na noc, a potem będą mieć koszmary. Znikają za rogiem, a Tunder kieruje się do drzwi, przez które wyleciały, oczywiście ich nie zamykając. Robi to za nie i rusza w głąb pomieszczenia, przystając w końcu, nie idąc dalej, aby nie zmoczyć jedynej skarpetki i monxowych spodni od piżamy, bo to jedyne, w co była w stanie wejść z tym białym kramem na nodze.
Stoi i patrzy, bo to takie tundrowe, bo co ma zrobić, gdzie ma się ruszyć, może zsunąć tą skarpetkę, ale problem kałuż na posadzce wciąż pozostanie. Myślała, że będą mieli okazję porozmawiać w innym miejscu. Suchym. Gdziekolwiek. Tyle w szkole jest ławek, tyle dywanów, na których można się skulić. Ale to chyba, jak na złość, wypadło na basen. Gniew bogów wciąż ją ściga, mogłaby zwalić na dożynki, ale przecież ścigał ją od początku jej czasu.
Czemu on biega? To nierozsądne. Zrobi sobie krzywdę. Już otwiera usta, aby coś powiedzieć, aby go ostrzec, upomnieć, zamiast powitać się, ale nie robi tego, cofa te ciche, niewyraźne słowa do gardła, bo chyba nie od tego powinna zaczynać rozmowę.
A od czego? Od powitania? Od przeprosin? Od skomentowania lewitujących kul, warunków na basenie, dzieci, które ją minęły, czarnego dna, czy zaduchu i gorąca? Już jej jest ciepło, w tym swetrze ohydnym, o wiele na nią za dużym, okropnie żółto-musztardowym, jej ulubionym. Już czuje, jak dostaje wypieków, przekleństwo basenów, bo najchętniej zanurzyłaby w tej chłodnej wodzie twarzy, żeby się pozbyć tego uczucia gorąca. A może to nie tylko przez temperaturę powietrza? Na pewno. Przecież w głowie też ci się gotuje i trochę mu zazdrościsz, że nie możesz tego wybiegać, teraz, w tym momencie. Nie tutaj, oczywiście, przecież tutaj jest niebezpiecznie.
Cześć.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Basen   Sro Cze 22 2016, 06:47

Jesteś pojebana, ciśnie mu się na usta, jak zwykle zresztą, kiedy ją widzi. Ale nie mówi tego, znowu pewnie zinterpretowałaby to na opak, a po tylu razach już wiedzieć powinna, że to jak „cześć” jest, jak komplement, bo do nikogo innego z taką żarliwością by nie mówił, że jest pojebany. Od razu by nos roztrzaskał, skwitował oględnie: idiotka. Ale tą pojebaną tylko dla niej zostawia, jak kwiatki na dzień dobry kładzione na łóżku ukochanej osoby, jak taca ze śniadaniem przyrządzanym bladym świtem, okruszonym niekończącą się serią ziewnięć, stopami mokrymi od porannej rosy, gdy z ogródka, dla smaku, zrywa świeżą miętę wrzuconą do lemoniady. Stopy teraz ma mokre tak samo pewnie, ale śniadań nie będzie nigdy, to za dużo. Ktoś jeszcze przypadkiem zechce posądzić ich o przywiązanie się do siebie, komuś innemu do głowy wpadną bardziej absurdalne pomysły, podchwycone zaraz przez żądną sensacji szkolną gawiedź i znowu zaczęliby być na językach, znowu zawłaszczyliby sobie uwagę kolegów, która zwrócona winna być przecież na ciekawsze jednostki. Taką Erikeevę na przykład, co na każdym kroku szuka okazji, by głośno było o jej godnych pożałowania próbach walki o niewzgardzanie uczniami mieszanej i brudnej krwi. Na Aristova i jego okołoślubne dramaty. A może to dramaty Uliany? Weles raczy wiedzieć, w Welesa rękach, by głośniej o nich było.
(no chyba byś się zrzygał od nadmiaru miłości.)
(brakuje ci jej? zazdrościsz im?)
Nie obchodzą go teraz żadne miłości, żadne dramaty, kiedy właśnie przyszło mu przeżywać swój. Ponownie bliski jest wybicia sobie zębów, próbując okrążyć róg basenu, nawet na moment nie zwalniając. Trochę chce dotrzeć do niej szybciej, trochę – minąć ją bez słowa, udowodnić sobie samemu, jak bardzo go nie obchodzi, jak świetnie bawi się bez niej. Ale wiedział przecież, że złamała nogę, że pewnie jej ciężko teraz. Te wszystkie lecznicze zaklęcia i mikstury to jego wielkie gówno, w pospiechu zrastane kości bolą jak cholera, bardziej niż samo złamanie. A kiedy jeszcze, zamiast leżeć bez ruchu tych kilka dni, włóczy się bez celu po zamku, nie może czuć się ani odrobinę lepiej. Lepiej też wcale nie wygląda: jakby ją przepuszczono przez wyżymaczkę i zostawiono taką… Taką właśnie, jak teraz.
- Przyszłaś popatrzeć, jak się topię? – Nie to chciał powiedzieć, nie takie powitanie kołatało mu w myślach w czasie tej krótkiej drogi z jednego końca sali na drugi. Pytanie wypłynęło jednak bez ostrzeżenia, rozbijając się o kafelki między nimi na tysiące drobnych, ostrych okruchów. Nie czuje potrzeby przepraszania za nie, ostatnim razem solennie przyrzekała, że patrzyłaby, jak się dławi. Może chciałaby zrobić sobie z niego prywatnego ducha? Ach, chętnie nie opuszczałby jej nawet na krok, towarzysząc podczas absolutnie każdej czynności. Do zawstydzenia, do obłędu. – Wybacz, że znowu cię zawodzę.
(ty psie zawszony, wcale nie jest ci przykro.)
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Basen   Sro Cze 22 2016, 17:19

Tyle wierszy czekało, aby nigdy ich już nie wysłała, nigdy się już nie podzieliła nimi z tobą, gnojku, bo to tylko słowa, chociaż zawierały tak wiele rzeczy, których nie trzeba było mówić wprost. Wciąż je masz pod poduszką? Czy zdążyłeś w ciągu tych paru dni je zniszczyć. Może połknąć w trakcie pełni? Miałbyś już od niej jedno śniadanie z głowy i na tym by się skończyło. Bo ona żadnych śniadań od ciebie nie chce. Żadnej mięty do lemoniady i poranków skroplonych rosą, przecież to zbyt dziwne, to zbyt niezręczne, za takie rzeczy się dziękuje i daje coś w zamian. Na przykład normalne życie. A tego nie może zagwarantować za największe skarby świata. Musiałaby chyba cofnąć czas o wiele za daleko i ponaprawiać kilka pokoleń wstecz. Wtedy wszystko byłoby tak doskonale inne, a ona pewnie nawet nie odwiedziłaby Rosji, jadąc gdzieś właśnie na rowerze z bratem, nie, nie na rowerze, na tandemie, ścigając się z ojcem i matką i pewnie jeszcze z innymi braćmi i siostrami. Kto pierwszy w domu dziadków dostałby podwójny kawałek placka, którym i tak po kryjomu częstowałoby się koty i psy, bo Gonzo, który wcale nie nazywałby się Gonzo, tylko pewnie bardzo klasycznie i grzecznie, jak Adam, kochałby wszystkie ich i babcine koty, zrobił licencję pilota, a ona, wcale nie będąc Tunder tylko jakąś jedną z wielu Astrid, bez czasu, bez aparatów, w długich włosach splątanych w warkoczykowy koszyk wokół głowy. Astrid Bjórkson, na pewno nie byłaby nazywana pojebaną. A już na pewno nie przez ciebie, bo nigdy byście się nie spotkali. A nawet gdyby, z pewnością byłaby jedną z tych dziewcząt, które przenoszą się do szkół prywatnych, bo mają doskonałe oceny i pochodzenie, a tam nie przyjmują takich jak ty. Po szkole wyszłaby szybko za mąż, za jakąś szkolną miłość, gwiazdę sportu, typowego Erika i była bardzo szczęśliwa, a przynajmniej na taką wyglądałaby na zdjęciach, nie czytając gazet i nie słuchając plotek sąsiadek o tym, co się ostatnio stało w Oslo. Och, kochana, to są bzdury wyssane z palca. Przecież w prawdziwym, jej życiu żadne nieszczęścia się nie zdarzają. Nie ma duchów, nie ma koszmarów, czasu płatającego figle i złamanego, wilkołaczego nosa, umiejętności magiczne mają się dobrze na swoim bardzo przeciętnym poziomie, wykorzystywane do pieczenia ciast, prasowania koszul i zraszania kwiatów w doniczkach na parapecie.
A może jednak, w końcu byście się spotkali, gdyby wybrała się do Moskwy czy Petersburga, na rodzinną wycieczkę, przemierzając jedną z uliczek, o której bruk stukałyby jej niskie obcasy białych czółenek i szeleściłyby halki żółtej sukienki, a za nią człapałoby trzyletnie dziecko, zobaczywszy ciebie zaczęłoby szarpać maminą spódnicę. Kochanie, przestań, zdenerwujesz pana.
Sielankowa scena sztuczna jak całe małżeństwo Hala i Sierry.
(chyba byś się zrzygał, od nadmiaru miłości.)
Zimno jej się robi, kiedy to mówisz, ale przecież zasłużyła i właśnie czegoś takiego powinna była się spodziewać. To zrozumiałe, że taki jest kwaśny, przecież ostatnie słowa, jakie ona do niego wypowiedziała, wcale nie były życzliwe i to krzywe nawiązanie do nich jest jak najbardziej na miejscu. Zagryza dolną wargę, żałując, że nie ma wystarczająco ostrych zębów, aby przebić się przez skórę. A może brak odpowiednich chęci? W końcu strużką krwi zgarnęłaby całą uwagę w tej sytuacji, a nie o to jej chodzi kompletnie. Nie będzie robić z siebie poszkodowanej.
- Nie. Nie chcę też abyś się udławił, ani aby przytrafiło ci się cokolwiek innego, równie złego. Chcę cię przeprosić. – Mówi w końcu i w odruchu rękę wyciąga, ale w połowie drogi zmienia kierunek, zaciskając dłoń w pięść i chowając za plecami, nie może przecież za każdym razem w przypływie czułości i odruchu troski głaskać go po włosach i policzku, a zwłaszcza po dożynkach. Poza tym, koniec końców, wcale nie był przecież psem, któremu można w ten sposób okazywać uczucia.
No i co dalej? Przecież jeszcze coś mu chciałaś powiedzieć. Jeszcze w głowie to układałaś. Siedząc na kanapie, schodząc po schodach, jedząc jarzynową. Zachowasz to dla siebie jednak wszystko? Nie bądź taka. Czego się boisz? Jego reakcji?
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Basen   Nie Cze 26 2016, 18:42

Chyba jednak trochę, troszeczkę chciałby się utopić albo chociaż zanurzyć w tej wodzie tak głęboko, by go jej wzrok nie sięgnął, by nie musieć słyszeć ani jednego słowa więcej, nie patrzeć w te jej wielkie oczy, smutniejsze teraz niż kiedykolwiek wcześniej – a przecież zdawało mu się, że już wystarczająco wiele smutku w nich widział, że więcej się nie zmieści. Nie może być taką studnią bez dna, mieszczącą w sobie wszystko. Każdy ma swoje granice, ona też, wszak ostatnio jedną udało mu się przekroczyć, tak myślał, tak to przecież wyglądało, dokładnie tak brzmiało. Może chciał tylko, żeby to było to? Żeby roztrzaskała się jak szklanka przypadkiem wypuszczona z dłoni, drobnymi odpryskami kalecząc nogi, dobrze znany teren zmieniając w pole minowe, bo za mało im – mu – jest wrażeń, zbyt spokojnie, za sielankowo się robi. W ich wieku wyzwaniem staje się wszystko. Góry nigdy nie powinny być niewystarczająco strome, znajomi zbyt nieskomplikowani, wrogowie – łatwi, a kłody pod nogami pojawiać powinny się zawsze, gdy tylko będzie ich za mało. Zupełnie jak teraz, kiedy to rozwiązanie sytuacji znajdowało się niebezpiecznie blisko, na wyciągnięcie ręki. Wystarczy powiedzieć: w porządku, wystarczy się uśmiechnąć, zapomnieć o tym, co było. To takie proste.
(za proste. gdzieś musi tkwić haczyk.)
Chciałby, żeby gdzieś był; żeby wbił mu się w twarz z szatańskim śmiechem za to, że przez myśl w ogóle przemknęła mu możliwość zakończenia tego tak szybko, tak bezproblemowo, prawie bez wyrzutów sumienia. Bo to nie on musi przepraszać, to jednak nie jego wina, wciąż z butami włazić może w jej życie i panoszyć się w nim, jakby był u siebie. A jednak czuje, że coś go szarpie, że coś płatami od niego odchodzi, zostawiając sam szkielet, któremu trudno się w całości utrzymać i zaraz runie na nią, grzebiąc pod stertą kości. Teraz to takie oczywiste, że kiedyś stanie się jej gwoździem do trumny i czym prędzej powinien się z takiego układu wycofać.
(jakby robiło ci jakąkolwiek różnicę, kogo jeszcze będziesz miał na sumieniu.)
No już, przecież nie chciał z nią żadnych nowych spięć, na rękę mu obecny obrót sytuacji, nawet to jej wahanie, ta dłoń skryta za plecami. Prawie się uśmiecha, wyobrażając pojednawczy gest w ich wykonaniu – taki nieporadny, pełen skrępowania, szybki, by sami go nie zdążyli zarejestrować, aby nikt się nie dowiedział, że to takie ciepłe kluchy, którym nie wystarczą zwykłe przeprosiny. Cień uśmiechu szybko jednak gaśnie wraz z odwróceniem w bok głowy, jakby w wąskich oknach pomieszczenia więcej było do oglądania niż na jej twarzy; jakby w ich szybach światło załamywało się ciekawiej niż w tundrowych oczach. Słowa grzęzną twardą, duszącą grudą w gardle, zwijając się jak precle i nie chcąc rozplątać, nawet skinienie głową przychodzi z niewyobrażalnym trudem – jakby ta głowa ważyła mu tylce, co całe wszechświaty. Ona pewnie wie, ile to jest, jak to jest. Pewnie mogłaby mu to teraz pokazać, wyjaśnić, sprawić, że nie byłoby tak ciężko. Ale psia duma pozwala mu jedynie ręce spleść na piersi.
No idź już sobie, powiedziałaś, co chciałaś powiedzieć, nie?
(nie, dupku.
znowu nie patrzysz tam, gdzie powinieneś.)
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Basen   Nie Cze 26 2016, 19:51

Dlaczego się dziwisz, ile w tych oczach się smutku mieści, skoro sam go tylko dokładasz? Dokładasz i bezczelnie zamiast ponieść konsekwencje nie jesteś w stanie udźwignąć tego spojrzenia, za które trochę jesteś odpowiedzialny. Od kiedy psy to tchórze? Tyle rzeczy mógłbyś zrobić, taką odwagą się wykazać, a odwracasz wzrok. Wstydź się, Łaurysz, nie powinieneś mieć wstępu do takich pięknych przestrzeni, jak ten basen, to nie dla takich jak ty. Tylko go plugawicie, swoim zachowaniem i zaschniętą krwią na łokciach.
Chociaż Tunder wcale tak nie myślała. Głupi jesteś, nie znasz jej? Nie wiesz, że to co się dzieje teraz jest już w tej głowie białej jej winą? Musisz wiedzieć, specjalnie to robisz.
Kiedy w jej głowie roi się już od robactwa, które wiruje jak trąba powietrzna, nie zatrzymując się ani na chwilę, tylko powiększając i dziurę wiercąc i więcej tylko wciągając w siebie przykrych wydarzeń, kumuluje to wszystko i pęcznieje i to kwestia chwil, kiedy znowu głowa ją rozboli, kiedy zaszklą jej się od tego ciśnienia oczy, ale dopiero w pokoju, przy łóżku, w łóżku, będzie mogła sobie pozwolić aby to wszystko wypłynęło, aby świat tego, jej w takim stanie nie zobaczył, a zwłaszcza ty. Bo bałaby się, że sprawi ci ty przykrość, a przecież to ostatnia rzecz, której chciała, przecież przed chwilą to właśnie powiedziała, mając szczerą nadzieję, że wszystko będzie dobrze, wszystko będzie z tobą dobrze.
Nie dostrzega tego lekkiego skinienia czy zmieniającego się w oczach nastroju, bo spuszcza głowę, zawstydzona, kiedy Łaurysz tylko odwraca od niej wzrok. Płoną jej policzki, ze wstydu, z gorąca, z drapiącego swetra i przyklejających się spodni z piżamy. Ale dlaczego właściwie? Przecież co się z wami stało? Co się między wami stało? Co się zmieniło, przez te kilka miesięcy? I dlaczego przez te pytanie bez odpowiedzi jest teraz gorzej tylko i ciężej, przecież to absurdalne, przecież to kompletnie pozbawione sensu. Może to właśnie chodzi o to, przecież członkowie jej rodziny robią wiele rzeczy bez sensu, to ich domena, to ich przekleństwo. A ty, Tunder, nie jesteś lepsza od żadnego z nich, w myślach mając nawet zakodowane, że wręcz przeciwnie, o wiele gorsza jesteś, o wiele. Na samym, samym dnie. No już, nie stój tak, przecież nie po to tu przyszłaś. Przecież miałaś mu coś do powiedzenia. Unosisz głowę, przyglądając się jego profilowi, włoskom krótkim przy karku, wilgotnym i stojącym jak igiełki, kości żuchwy przykrytej gładką skórą i płatkowi ucha, a w dłoniach czujesz okropne mrowienie i świerzb, więc zaciskasz i prostujesz je tylko na zmianę, byleby je czymś zająć, byleby go tylko nie dotknąć, bo nie możesz. Chociaż pozwalasz sobie, na ten jeden krok do przodu, który mógłby być o jednym krokiem za dużo i pewnie tak właśnie jest. Pewnie miałaś zostać tam, gdzie byłaś. Chociaż wyrzuty sumienia sięgną cię gdziekolwiek będziesz.
No i co chcesz zrobić? Zadzierasz tylko głowę, starając się miarowo oddychać, owiewając mu brodę tym wilgotnym oddechem, co chciałaś zrobić? Uścisnąć go na pożegnanie? Chyba już wystarczający dałaś na dożynkach pokaz sił. Ale nie, to wcale nie o uścisk chodzi, prawda? Ale o obietnicę. Która staje ci w gardle, bo oznacza przecież więcej, niż on pewnie sobie pomyśli.
- Nie pozwolę mu więcej się do ciebie zbliżyć. – Słowa osiadają ciężko na twoich powiekach, na klatce piersiowej i ramionach. Tylko on jeden przecież sprawiał problemy i jesteś pewna, że gdyby nie jego obecność tam, sprawy potoczyłby się inaczej nie tylko dla ciebie. Na pewno miał wpływ na Łaurysza, na pewno. A na pewno dopiero się rozkręcał. Tacy nigdy nie zatrzymują się, dopóki nie osiągną swojego celu, a skoro celem jesteś ty, Tunder, to on będzie zawsze o krok za tobą. A to zdecydowanie za blisko Łaurysza.
Odwracasz się, aby wyjść, przecież nic tu po tobie. Z drzwiami trochę się siłujesz, chociaż za ciężkie są dla ciebie, zwłaszcza, kiedy walczysz z kulą i nogą, bogowie tak cię nienawidzą, że nie pozwalają ci nawet wyjść z godnością, kiedy otwierasz je w końcu zza dużym rozmachem, uderzając się w twarz, idiotka. Wolną rękę przykładasz do prawego oka, zaciskając powieki, mrucząc pod nosem krótkie szlag, szlag. Nawet nie chcesz się odwracać, pewnie zwija się ze śmiechu. Powinien. Każdy powinien się teraz z ciebie śmiać i każdy by to zrobił.
Podejmujesz więc kolejną próbę pozbawioną gracji, posiłkując się zdrową nogą, łokciem i ręką z kulą. Uważaj. Tym razem na pewno przytrzaśniesz sobie palce. Albo chorą nogę. Rozpłakałaś się już? Nie? To dobrze się trzymasz. Trochę za dobrze.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Basen   Nie Cze 26 2016, 21:26

Nawet nie patrząc na nią wie, że zachowuje się jak skończony dupek, jak tchórz. Z podkulonym ogonem ucieka od konsekwencji, od tego, co udało mu się przez ten krótki okres czasu wyhodować u swojego boku. Z takim zaangażowaniem, z poświęceniem o wiele większym niż można się było kiedykolwiek po nim spodziewać. A teraz, kiedy wreszcie przychodzi czas, by wziąć odpowiedzialność za swoje zachcianki, kiedy jeszcze bardziej o relację należy zadbać – i o tych, co ją trzymają – odsuwa wszystko w kąt, jak rozkapryszone dziecko, któremu znudziły się nowe zabawki. Tyle że kolejnych już nie będzie. Nikt nie zechce poświęcać mu swojego czasu, mając świadomość tego, jak zabawa może się skończyć. Nikt więcej nie jest na tyle bezmyślny, by pchać się w paszczę wilkołaka. Ona jedna zastanowiłaby się przed sprzedaniem go w starszyźniane łapy, cała reszta z radosnym kwikiem oddałaby go w cholerę, nie rozważając żadnych za i przeciw. Jej jednej mogłoby zależeć na nim na tyle, by chociaż zostać i popatrzeć, jak radzi sobie w nowym świecie; by w razie potrzeby podsunąć to wszystko, co do kąta odstawił. Czuje przecież to szybsze bicie serca, krew galopującą arteriami, ściągającą się z adrenaliną. Może sobie tylko wyobrażać, jak jest ze złości czerwona, jak, mimo wcześniejszych słów, jednak pożyczy mu, by te ciemne otchłanie basenu pochłonęły go raz na zawsze i nie pozwoliły, by kiedykolwiek jeszcze musiała na niego patrzeć i mówić, i być przy nim. Słysząc jej krok, wzdryga się mimowolnie, napinając mięśnie, próbując przyszykować na każdą reakcję.
(nie tego się spodziewałeś.)
Jej oddech, jej słowa tną głębiej, niż wszystko inne, boleśniej niż srebro. Zatapiają się w głowie po ostatni fonem. Są jak ten hak, którego tak pożądał, z większą siłą się wbijając, rozszarpując każdą myśl, nie pozwalając skupić z powrotem na otaczającej go rzeczywistości, wyrzucając gdzieś, gdzie nie ma niczego poza nim samym i zżerającymi go z szaleńczą żarliwością wyrzutami sumienia. W końcu okazuje się, że jednak je ma – i sumienie, i wyrzuty; że nie jest jak ten posąg marmurowy, odporny na wszystko, jak kaczka, po której spływają konsekwencje. I korona mu z głowy nawet nie spada, przygniata jedynie swoim ciężarem, na zbyt długą chwilę nie pozwalając podnieść wzroku wbitego w posadzkę, w majaczące niewyraźnie odbicie jej sylwetki w niewyschniętych jeszcze kałużach.
I słyszy jak sobie nie radzi, jak jej ciężko z tymi drzwiami, jak czym prędzej chce zniknąć, zabierając ze sobą siebie i słowa, i tego gnoja, któremu powinien przecież mordę obić za wrzucenie ich w tę kosmiczną sytuację, która miejsca nie powinna mieć; za nieodstępowanie Tunder o krok; za robienie z niej kłębka nerwów i skupianie całej jej uwagi tylko na sobie, kiedy komu innemu poświęcać ją powinna. Gonzowi, Aliszy, Cyzi. Nawet tej roślince durnej, co ją na botanikę hodować mieli. Macierzanka rozrosła mu się niemiłosiernie, ciekawe jak z jej rozmarynem.
(zaraz przepuścisz okazję, żeby się dowiedzieć.)
(znowu.)

Doskakuje do drzwi, otwierając je szerzej, by się nie potłukła bardziej, by nic więcej sobie nie zrobiła. (by mogła szybciej od ciebie uciec.) Drugą ręką poprawia jej kulę, by pewniej mogła się na niej oprzeć.
- To dlaczego wychodzisz? – pyta wreszcie, gdy Tundra jednak wcale nie postanowiła się zatrzymać. Głupio zresztą pyta, jakby nie zdawał sobie sprawy, z kim ma do czynienia. Jakby nie mógł powiedzieć czegokolwiek innego. Podziękować, przeprosić, zaprosić. Zaproponować, że ją odprowadzi; że mogą którąś z tych kul świecących wepchnąć do basenu i sprawdzić, jak bardzo jest głęboki, gdy nie ma w nim żywej duszy. Mógł tak dużo, a znowu najgorszą z możliwych opcji wybrał, nie ucząc się ani trochę na poprzednich błędach. Kiedy stracił tę cenną umiejętność? Gdzie, w którym momencie mu przepadła? Zaciska rękę na framudze, kciuk głęboko wbijając w wewnętrzną stronę dłoni. Coraz mocniej, jakby tym bezsensownym gestem miał ją zatrzymać. Jakby mógł ją zawrócić.
Powrót do góry Go down
avatar


Sankt Petersburg, Rosja

czysta

medium

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Alruana

PisanieRe: Basen   Pon Cze 27 2016, 10:01

To bardzo spoko, że przytrzymałeś jej drzwi, ale czego oczekujesz? Że ci za to podziękuje? Chyba za bardzo jej głupio, że nie potrafi nawet wyjść bez robienia rabanu. Ale poradziłaby sobie w końcu, zamknęłaby te drzwi zostawiając za nimi ten wstyd, a może nie, przecież policzki wciąż by jej płonęły. Przez całą drogę do skrzydła szpitalnego. A potem za każdym razem, kiedy spotkają się pod klasą i przez całą lekcję, pomimo że usiądzie w przeciwległym kącie klasy.
Po co reagowałeś? Tylko wszystko utrudniasz. Łatwiej byłoby, gdybyś wyszedł, minął ją bez słowa i sam stąd poszedł, wyszumieć się, wyszaleć gdzieś, porozrywać tą swoją frustrację, na nią, na samego siebie, na gnoja. Którego nie widziała ani nie słyszała od dożynek i chodź to zaledwie parę dni, gdzie i tak ważniejsze sprawy zawracały jej głowę, to zaczynała się niepokoić. Tak, niepokoić. Nie dlatego, że myślała, że coś mu się stało może, tylko dlatego, że mógł przecież wrócić z o wiele cięższą artylerią. A co by się wtedy stało? Co miała zrobić? Przecież nie zgłosi się do nikogo o pomoc, nie chciałaby siebie wpisywać na listę czyiś problemów, zapewnić sobie dodatkową ochronę innego medium, co miałoby sens, ale nie dla niej. Zamknięta w tym martwym świecie nie czuła silnej potrzeby trzymania się życia, stanowiąc tym samym największe zagrożenie dla siebie samej. Idiotka. Zatrzymuje się dopiero na korytarzu, chcąc odpowiedzieć, przecież nie odejdzie znowu bez słowa, ale uderza ją nagłe zmiana temperatur, kiedy z dusznego, gorącego basenu wchodzi prosto w chłodną aurę o słodko-zgniłym aromacie z żurawinową nutą.
- Powiedziałam ci, przed chwilą. Zostaw. – Spokojny ton okrywa się płachtą poirytowania, bo ostatni wyraz wcale do niego nie jest skierowany, ale do kochanej cioci, która bladą, martwą ręką próbuje oderwać tundrową dłoń od zranionego oka i przyłożyć swoją, bo przecież jest zimna, jak lód, jak śmierć, stanowiąca doskonały okład. Nie daje za wygraną, nawet, kiedy Tunder odchyla się i odsuwa, cmokając niecierpliwie, dorzucając tym niewidocznym dla Łaurysza działaniem swoje trzy grosze do kopca niezręczności. Ale chyba powinno być ci już wszystko jedno, co, Tunder? Nie pozwalasz sobie pomóc w ten pokrętny sposób, odwracasz głowę w drugą stronę, bo denerwuje cię taka jej obecność tutaj, jak autystyczne dziecko, które nie wiadomo jak powstrzymać, aby go nie zranić. Czasami, w chwilach jak ta, postanawiasz, że bez względu na brak najmniejszych poszlak, odszukasz to, co z niej zostało, aby mogła w spokoju przejść do kolejnego etapu, a nie tułać się po świecie bez celu.
Smutno jej, odrzucasz przecież dobrą wolę. Więc tylko bierzesz głęboki oddech, mrucząc pod nosem no dobrze już, dziękuję, kiedy przykłada ci chude palce do policzków, aby trochę je schłodzić i chyba zapomina, że chciała pomóc, kiedy wtulając się w twój żółty sweter opiera na tobie cały ciężar swojego nie-ciała.
Rodzina.
- Poza tym. Muszę iść na zdjęcie tego cholerstwa i zdążyć wrócić do dormitorium przed ciszą nocną, zanim tam dotrę minie tydzień. – Wyjaśniasz, w końcu podnosząc na niego wzrok, z jednym okiem trochę zaczerwienionym od zderzenia z drzwiami. Odsuwasz się jeszcze trochę, wolną ręką nie pozwalając Lemon zostać tak blisko, bo nie masz teraz najmniejszej ochoty na jej towarzystwo. Ani jej wątpliwej jakości opiekę. Uśmiechasz się do niej słabo, aby nie czuła się odrzucona, ale to wcale nie jest twój szczery uśmiech, bo spełza natychmiast, kiedy tylko zjawa znika. Poprawiasz kulę, wiele czasu ci nie zostało. Mimo wszystko, chyba powinna w myślach dziękować Lemon, przecież odciągnęła dużą część jej uwagi od Łaurysza.
Powrót do góry Go down
avatar


Orsza, Białoruś

półkrwi

wilkołak

17 lat

VIII klasa

przeciętny

Czarcie Włócznie

PisanieRe: Basen   Nie Lip 10 2016, 17:09

(tak szybko zapomniałeś, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu?)
Nie jest pewien, na co liczył. Że się zatrzyma? Że będzie chciała jeszcze chwilę porozmawiać? Że wyrzuci mu coś jeszcze? Na pewno sporo żółci wciąż w sobie trzyma, może chomikuje ją na odpowiedniejszą okazję, gdy znów wokół siebie będą mieli cały tłum gapiów, tym razem nieco bardziej skupionych na nich, nie na czymkolwiek innym. A może chciał przekonać się, że, mimo wszystko, odejdzie bez słowa, bo tak pewnie byłoby prościej i bezpieczniej. Żadnych więcej interakcji, żadnego wchodzenia sobie pod nogi, w życie, w myśli; żadnego nieplanowanego przeszkadzania sobie wzajemnie – żadnych planów też już nie musiałoby być. Może wreszcie raz na zawsze porzuciliby zapuszczanie się do josefinium, karykaturalne istoty pozostawiając w spokoju, na jaki zasłużyły. Spaliby w końcu mniej spokojnie, nie potrafiąc odzwyczaić się od starych przyzwyczajeń i nadal budząc się w nocy – chcąc wysłać kolejny list, reagując na najdrobniejsze nawet chrobotanie i stukanie, mnąc niespokojnie fałdy pościeli, przewracając się z jednej strony na drugą, nie umiejąc we własnych łóżkach znaleźć sobie miejsca. Nowe wkroczyłoby jednak zdecydowanym krokiem w ich światy, z hukiem wyrzucając na bruk wspomnień stare nawyki. Może nie byłoby wcale tak źle? Poradziłby sobie w ten czy inny sposób, zepchnąłby niewygodne relikwie przeszłości w odmęty umysłu, jak robił to wielokrotnie.
(to rozczulające: niedobrze ci na samą myśl, że mógłbyś nazwać ją niewygodną.)
(powinieneś zacząć ćwiczyć pamięć.)
Tundrowy tok rozumowania zbija go z pantałyku. Nie jest w stanie pojąć, jak swoją nieobecnością miałaby uchronić go przed czyimkolwiek towarzystwem. Zwłaszcza kogoś, kto ją samą napawa lękiem i obrzydzeniem, i doprowadza do stanu, w jakim nigdy już nie chciałby jej znaleźć. Ze zdziwienia przestaje wbijać w dłoń paznokcie, a pozostawione ślady na kilka chwil nie pozwalają mu jej rozprostować. Odrętwienie mija dopiero wraz z kolejnym wytłumaczeniem Tunder, choć głowę co rusz nadal dryluje mu ostre zostaw, rany po nim zalewając kwaśnym no dobrze już, dziękuję.
- Aha.
Aha. Daj mu chwilę na przetrawienie tego, słowa są cięższe niż wszystko inne, nawet niż te twoje ciastka, ciasta, babeczki, wszelkie słodycze, które sam musiał w końcu po dożynkach zjeść, bo szkoda mu było, by jedzenie się zmarnowało; bo nawet nie próbował cię wtedy znaleźć; bo nie chciał się dzielić nimi z nikim innym. Tak, jak teraz z tobą nie chce dzielić się wątpliwościami, całym tym mętlikiem harcującym mu w głowie. Wie już, że nie powinien nic na siłę z ciebie wyciągać, bo jak kłębek włóczki jesteś i wystarczy nieodpowiednio pociągnąć za koniec sznurka, byś się cała rozpadła.
- Nie musisz – mówi wreszcie, trochę zbyt pewnie, ponowie dużo za późno, bo w momencie, gdy Tunder już odwraca się do dalszej drogi. Zwlekanie do ostatniej chwili nikomu jeszcze się nie przysłużyło, jemu na pewno nie wyjdzie na dobre, tak trudno wbić mu się teraz w odpowiedni czas. Jakby usilnie próbowali się nie mijać, nie potrafiąc obrać właściwego kursu. – Gdybym zdjął ci go teraz, zajęłoby ci to tylko pół tygodnia. – Nieudolnie sili się na żart, mimo że wargi nie drżą mu nawet w imitacji uśmiechu. Przez gardło zawsze ciężko przechodzą mu przeprosiny, szczególnie wtedy, gdy są niezbędne. Jak teraz. Choćby za to rozbite oko. – Poza tym. Przyda ci się okład.
(ależ ty spostrzegawczy jesteś!)
(szybkość tylko gdzieś ci uciekła. jak Tunder.)


zt oboje
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

błękitna

cień

18 lat

IX klasa

przeciętny

PisanieRe: Basen   Nie Paź 23 2016, 22:50

Marna pociecha – że w domu by cię nie chcieli, ale może wzięli do klatki, tej, co stoi na stoliku w bawialnym. Żebyś im była kanarkiem, Rita, prawdę powiedziawszy dość perwersyjną formą rozrywki, bo kto przy zdrowych zmysłach zgodziłby się słuchać, jak śpiewasz.
Ale z drugiej strony, los kanarka na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka, lepszym się zdaje losem niż los matki dzieci wielkich, czy też matki w ogóle, gdyby zachciało ci się emancypować. Korzystaj, póki nie ustawiają się jeszcze do ciebie kolejki absztyfikantów, którzy nie mają już innej okazji; korzystaj, póki są jeszcze inne Dolohovny i nie przyjdzie komuś do głowy przymknąć oko na twój defekt. Być może zdarzy im się właśnie pomyśleć, że jesteś tylko o wydłużenie nóg od sukcesu.
Łatwo mu mówić o bezzębnych dziadkach, jakby nie wiedział, jak ograniczone to zasoby – w końcu złośliwość świata to kobiety obdarowuje statystycznie dłuższym życiem, więc o wdowców trudno. O kawalerów tym trudniej, bo taki plan to w zasadzie plan idealny. Gdyby nie było w tym wszystkim więcej przeszkód niż korzyści, już dawno chadzałabyś popołudniami do domów spokojnej starości, czytywać staruszkom gazety w tej niebieskiej sukience podprowadzonej dziewczęciu o krowim spojrzeniu.
- Obiecałeś, że to mnie zabierzesz. – wcale nie obiecał, ale jesteście po jednych pieniądzach, Rita. Ty też nie dopuszczasz do siebie ewentualności niefigurowania w planach… tego, kogo akurat sobie wypatrzysz.
Zabrałaś go z tej nudnej, sterylnej klasy w przypływie zapału. Miewasz je czasem, kochanie, a gdybyś dostała do ręki w międzyczasie siekierę, już byś drzewa ścinała, nawet ten chodzący las zrównała z ziemią. Zadowolona spokojnym i rozlazłym szczęściem z jego przepastnych zapasów, uznałaś w międzyczasie, że zasłużył jednak, by spełnić jego życzenie; być może jednak w nieco godniejszych królowej i książątka warunkach.
Ty wierzysz w miłość, Rita? Nie wiesz jeszcze o tym, ale to nie szkodzi: ja ci powiem, że wierzysz. Wierzysz uparcie i skrycie, tak się z tym chowasz, jakby to była metafora na trąd co najmniej. Nic się nie bój, królów trędowatych też już sadzano na tronach, ale że uparta jesteś – rób, co chcesz. Kryj się po kątach, gryź się w język, wyśmiewaj podniosłe gesty i ckliwe wyznania. W tym akurat nie ma nic zdrożnego.
Jeśli nie chcesz mojej zguby – krokodyla? Niekoniecznie. Ty już się pogubiłaś, Rita, po kątach nierozważnie zostawiasz siebie kawałki i pewnie ci mądrzejsi amanci się połapią, że krokodyl to na ciebie za droga impreza. Ale może daniela do ogrodu kupią? Albo pawia?
- Co jednemu lekarstwem, drugiemu trucizną.– klarujesz ze zwycięską miną wprowadzając chłopca do pomieszczenia z basenem, która to towarzyszy ci za każdym razem, kiedy masz okazję przytoczyć motto rodzinne. – Kto by śmiał cię otruć, kochanie? Na pewno twoja nowa mamusia tylko zrobiła ci rumianek na noc. - wytłumacz mu to z obrzydliwie słodkim uśmiechem; akurat w matczyną miłość nie wierzysz ni krzty.
Nie kto by śmiał, tylko: komu by się chciało. Elijah jest wrzód na dupie, nikt tego nie wie lepiej niż ty, Rita, ale na dłuższą metę niewart zachodu. No, chyba że to kłopotliwy fakt, że jest pierworodny i zamiast nowej żoneczki jemu się wszystko dostanie.
A gdyby tak żoneczkę też odziedziczył? Stare rody podobno tak mają, że wszystko zostaje w rodzinie.
Glonów, jak nalegałaś, nie będzie i twoje książątko wcale nie powinno chodzić z tego względu takie nafunflane, czyż nie? W czystej wodzie wszystko widać lepiej. A ty masz tę zaletę, żeby to, co dobrze widać momentalnie jeszcze poprawić. Może zostawisz sobie figurę modelki?
Sukienka nie skrywała tych długich nóg, wcięcia w talii, które zamknęłoby się w dłoniach. Sukienka skrywała prawdę, a ty nie pokazujesz prawdy. Nawet kolana masz ukradzione z plakatu.
I jak tu oczekiwać, żebyś wierzyła w cokolwiek, sarenko, skoro nawet chcąc popływać wciskasz ludziom kit?
Nadajesz się do telewizji.
Powrót do góry Go down
avatar

cześć

Irkuck, Rosja

błękitna

17

VIII klasa

bogaty

książę

PisanieRe: Basen   Pon Paź 24 2016, 00:51

Z tego co się Elijahowi zauważyło, to do klatek zawsze biorą chętniej niż do domów - pewnie dlatego, że domy gwarancją są swobody, a klatki kojarzą się raczej z ciągłą obserwacją i sztuczkami za zawołanie.
Raz w życiu był w zoo, niezbyt mu się podobało. Nieco się zainteresował kiedy przyszło do karmienia pingwinów. I kotików, kotiki są super. Gdyby jego korgorusz nie był tym czym jest (tutaj nastąpi chwila przerwy w pisaniu by sprawdzić czym jest, a przynajmniej czym być ma. Tygrys syberyjski, tu się zdziwiłam wielce) to pewnie nie byłby kotikiem, bo za Chiny ludowe nie pasuje do charakteru, ale ten wywód miał mieć jakiś sens zanim się nie rozproszyłam chwilowym przestojem. Zapewne jego celem było podkreślenie tego jak wybitnie spodobały mu się akurat te zwierzęta.
No tak, matka dzieci wielkich to jeszcze większa odpowiedzialność niż ten ojciec - dzieci w końcu trzeba urodzić. I zapewne znacznie większy wpływ ma matka na cały proces wychowania… Chociaż co do tego to młody Sorokin taki przekonany nie jest. Na jego własne miała niewielki, nawet paciorka się porządnie od niej nie nauczył, chociaż - póki jeszcze pod jednym dachem mieszkali - ta co wieczór przychodziła i uczyła jak poprawnie odmawiać. To pięć minut przed snem i pół godziny po podwieczorku to jedyne były ich spotkania, nie zauważył większej różnicy kiedy wyniosła się z Sorokińskiej posiadłości. I trzeba zauważyć, że Elijahowi do realizacji swojego dopiero co odkrytego (przeze mnie, nie jego) powołania wcale się nie śpieszy. Ustatkowanie to najlepiej po czterdziestym roku życia, bo wtedy człowiek i tak jest już na tyle stary i znudzony, że mu wszystko jedno.
Dużo prawdy jednak w tym, przeskakując z tematu na temat, że w dzisiejszych czasach łatwiej o wdowę niż wdowca. Drastycznie się ta proporcja przez ostatnie sto lat zmieniła. Kiedyś, jak się miało szczęście, to żona była co najwyżej do pierwszego porodu, potem można było sobie znaleźć kolejną, bo dziedzic przeżył, a ona mnie. Jak się szczęścia miało mniej, to na gwałtu trzeba było szukać kolejnej - bo i z wydaniem na świat dziedzica się nie udało. Ale kto wie, może się Ricie poszczęści i znajdzie jakiegoś staruszka u progu śmierci. Elijah trzyma kciuki.
- Jestem prawie pewny, że nie - marszczy brew swoją piękną, upijając przy tym nieco palącego przełyk płynnego szczęścia. Prawie wynika tylko z tego, że zdarza mu się od czasu do czasu mieć dziury w pamięci przy spotkaniach z Dolohovą. Nie wiadomo czy przy ostatnim wieczorku z alkoholem (który przepłacił dnia kolejnego strasznym bólem głowy. Aż się wybrał do gabinetu medycznego, ale natknął się jedynie na potępiające spojrzenie lekarza - takiego miał pecha, nie było akurat ładnej pielęgniarki! - i zamiast zwolnienia na cały dzień dostał tylko jakiś eliksirek, taka tragedia) nie obiecał jej, że w ostatni piątek października zabierze ją do miasteczka - Ale muszę się zgodzić, z tobą będzie znacznie ciekawiej. I nie będę musiał kupować kwiatów - ciekawie jakby się Margarita zdziwiła, gdyby jednak jej takie kupił?
Wiem za to jak bardzo by się młody książę zdziwił na wieść, że spędza czas z ukrytą romantyczką - może zatem powinien jej wręczyć ładny bukiet róż od czasu do czasu, tak bez okazji? Dobrze by mu w życiu zrobiła troska o coś (a najlepiej, o kogoś) poza własną fryzurą i wygodą. Dorósłby trochę chłopak, a nie, wiecznie taki zafunflany chodzi - Teraz to powiedziałaś - aż mu ręce opadają na te trucizny i lekarstwa, w takim momencie się jej przypomniały rodowe motta - Nie sądzę by moja nowa m a m u s i a potrafiła obsłużyć czajnik - nie sądzę też by Elijah to potrafił. Myślę, że sam nigdy nie zrobił sobie herbaty.
Myślę też, żonglując tematem po raz kolejny, że młody Sorokin postawił sobie za punkt honoru zobaczyć kiedyś prawdziwe kolana Margarity - i oczywiście kolana są tu pewnym rodzajem metafory. Naprawdę się nad tym głowi (okazjonalnie, w sytuacjach takich jak ta) jak ma się prawda do talii modelki. Ogląda dokładnie, ale przecież się nie dopatrzy, niezależnie od przejrzystości wody. Nie można w końcu zapominać, że pod tym sarkazmem i samouwielbieniem kryje się człowiek, który nigdy nie skłamał. Jasne, w dużej mierze z lenistwa - jest w tym jednak pierwiastek zamiłowania prawdy samej w sobie.
A może po prostu tak się tym prawdziwym wizerunkiem lubuje, bo sam nie zmieni kościstego ciałka w mięśnie jak z telewizyjnego serialu o ratownikach?
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

błękitna

cień

18 lat

IX klasa

przeciętny

PisanieRe: Basen   Pon Paź 24 2016, 22:30

No tak, to przecież prosta rzecz: kiedy się bierze coś do domu, to trzeba mieć gdzie to postawić. A nie daj Boże gdyby to coś było żywym stworzeniem – same utrapienia… Nigdy nie wiadomo, czy nie narobi na wycieraczkę, butów nie pogryzie, łokci na stole nie będzie trzymało. A w klatce nawet narzygać byś mogła i nikt by się tym nie przejął tak długo, jak byliby gotowi znosić smród. Tobie taka sytuacja odpowiadała by równie dobrze, ale ty lubisz kiedy ładnie pachnie. Bzem, konwaliami. Albo piżmem i skórą. Kurzem.
Na najlżejszy ślad zapachu terpentyny niedobrze ci się robi. Będziesz łaskawa puścić pawia, miss Rita? Co ty masz z tymi pawiami? Jest ci, co prawda, jeszcze niedobrze od tych rozmyślań nad Prawdziwą Miłością, ale masz chyba w sobie dość klasy, by oszczędzić wodzie czyszczenia, a twemu książątku niesmacznego widoku?
Lubisz myśleć, że przydałaby mu się brzydota. Nie tylko brak piękna i przeciętność, ale brzydota bijąca po oczach, bezczelna i wyuzdana, mieszkająca w śmietnikach, zsiniałych ustach i wybitych szybach samochodów.
- A ja jestem zupełnie pewna, że tak. To było we wtorek, albo w czwartek, przy kolacji, albo po alchemii. Ale obiecałeś. – ty, żmijko, pamiętasz każdą obietnicę, której ci nikt w życiu nie złożył. Na te matczyne to masz już w główce osobny kuferek.
Dostaniesz sukienkę z falbanką. Jeszcze tylko jeden obraz, jeszcze jedna twarz. Zamieszkamy w pięknym domu.
Twoja mama nie jest mamą dzieci wielkich. Dzieci wielkie mają „matki”, „mateńki”, „panie matki” w ostateczności. Nie widzą ich, jak piją herbatę, jak ubierają buty, nie wspomnę o widoku matki przy śniadaniu, kiedy myli jej się kubek i wrzuca do kawy pędzel. Oczy ma podkrążone i trzeba sprawdzić, czy nie ma nowych siniaków.
Przemawia do ciebie ta estetyka rozbitego samochodu i odłamków szkła, ale siniaków nie lubisz. Nie kiedy robią się żółte i znikają bez śladu i nie ma takiego, który by przez dwa dni został identyczny. Idąc tym tropem, jesteś siniakiem, Margarita.
Gdzie się umiejscowisz na paniczu Sorokinie? Pod okiem ze złością? Zrobisz ze swojej obecności w jego życiu prowokujący plotki manifest? A może z przekory gdzieś na szyi? W tym zagłębieniu, tuż obok czuć puls.
Lubisz być tak blisko życia.
- Kwiatów nie. Niepraktyczne i zbyt zalatują romantyzmem, a nie śmiem cię na taki narazić. Mógłbyś kupić klepsydrę. Przydałaby się w nudnawych rozmówkach. Trzy minuty? Jajko na miękko. Lubisz? – to chyba wystarczy, by wydmuszkę na wylot przejrzeć, a w niektórych przypadkach ta zasada tyczy się też fotografii. Nie żebyś posądzała takie osobowości, Rita, z właściwą swemu wiekowi dojrzałością doceniasz łatwość wynikającą z jednowymiarowości.
Poczęstuj się alkoholem, ty zakało dla przepisów BHP. Ledwie trzymasz się krawędzi, a głębokość? Cztery, pięć metrów? Zawsze ciekawiło cię dno, ale uparcie jeszcze odmawiasz opaść na nie. Nie ma się czemu dziwić, nawet coś tak zero-jedynkowego jak fizyka ci to wyjaśni: jesteś pusta w środku, skazana na dryfowanie na powierzchni dopóki coś cię nie przygniecie.
Zapiekło cię w ustach, pusty żołądek podskoczył, przez chwilę straciłaś nawet iluzję gruntu pod nogami, która musiała wystarczyć ci na tej głębi. Zapadłaś się pod wodę, ręce pluskały jak spanikowane ryby w sieci.
Nastrasz go trochę, Rita, niech innym mówi, że dzięki tobie czuje, że żyje. Może to o to chodzi? Może to kryterium, które trzeba spełnić, by zostać panią Sorokiną? Ciekawe, czy Dimitri tak mówi o swojej nowej wybrance.
Wymiary wszak nie stanowią dla ciebie problemu.
Wynurzasz się w końcu, plujesz i włosy masz kasztanowe. Krótkie, ścięte po męsku, oblepiają nową wąską twarzyczkę. Lubisz urządzać mu przedstawienia, lubisz udowadniać mu (wstyd, a fe), że choć to jemu się dostało nazwisko, ty możesz pochwalić się wciąż nową fizjonomią. Tobie się nie nudzi. Albo przynajmniej nie nudzić by się mogło, gdybyś przestała w końcu uparcie boczyć się na świat.
Trudno wydobyć z ciebie zachwyt, Rita. Prócz rzeczy martwych, jeden chyba człowiek tylko to potrafi.
Woda jest ciepła, ale strach cię nagle zmroził. Wytrząsasz z głowy niepotrzebne obawy i plany na popołudnie, wyciągasz rękę do książątka.
- Chodź do mnie. Też sobie popatrzę. Pościgamy się.
Tobie nie przeszkadza wątłe ciałko. Zechcesz mięśnie, będziesz miała mięśnie.
Spójrz, jaką jesteś idealną dziewczyną – spełnisz każde wymagania estetyczne, te które postawi on i te, które wymarzą się tobie.
Świat nie musi wyglądać, póki ma ciebie, cyrkonio ty nasza bezcenna.
Powrót do góry Go down
avatar

cześć

Irkuck, Rosja

błękitna

17

VIII klasa

bogaty

książę

PisanieRe: Basen   Wto Paź 25 2016, 02:21

Smutno by mu się zrobiło i tak ciężko na duszy na wieść, że Margarita mu życzy w życiu brzydoty. On do niej tak szczerze, ze staruszkami i ich majątkami, a ona mu w skrytości ducha takie okropności. W życiu Sorokina nie ma miejsca na nieprzyjemności - dotyczy to również widoków. Nie, żeby nigdy nie przeszedł obok rozjechanego, dogorywającego jeszcze i w przerażeniu machającego oddzielonymi od reszty ciała łapkami psa - bo zdarzyło mu się kiedyś przyglądać podobnemu widokowi z pewnym rodzajem nieomal Baudelairowskiej ciekawości, ale szybko się od nich odwrócił plecami, zapominając o ich istnieniu. Zobaczył, nie wzruszyło go, stwierdził, że więcej mu tego w życiu nie trzeba.
Nie tylko o biednych, rozjechanych kapitalizmem zwierzętach może to powiedzieć. O wielu dziewczętach, o jeszcze większej ilości wypracowań i szkolnych obowiązków. O kilku filmach, niektórych książkach i większości francuskiej filozofii. I własnej matce. To odwracanie się plecami zaczął zapewne od niej - Nie jestem przekonany, że tak było - mówi, jak zwykle, szczerze - Ale zupełnie mi to nie przeszkadza - może jej przecież obiecać teraz, dać słowo i w piątek stawić się równo o piątej pod dormitorium dziewcząt. Włoży z tej okazji nawet nową koszulę, by nadać odpowiednią rangę spotkaniu… A tak naprawdę to od tygodnia szuka powodu by ją włożyć, przecież nie może sobie ot tak, na jakąś alchemię zmarnować wybitnego efektu. Może nim powalona Rita nie nabije mu siniaka w widocznym miejscu. Na, o zgrozo, twarzy! Pewnie zapłakałby nad takim limem niszczącym jego piękne lico. Gładkie i patrzące teraz spod byka na te jej rewelacje o kwiatach i klepsydrach - Klepsydrę? - jego cała postawa wyraża teraz najszczerszy sceptycyzm, ale głowi się nad tym ułamek sekundy i dochodzi do następującego wniosku - Nigdy nie kupiłem dziewczynie klepsydry - kwiaty, owszem. Czekoladki, nie raz. Zdarzyła się nawet jakaś drobna biżuteria, flakonik perfum i torebka. Raz bliski był zakupu pary butów, ale między krzesełkiem w przymierzalni a kasą dziewczyna powiedziała coś głupiego, więc ją z pudełkiem zostawił. Przecież nie będzie kupował prezentów głupim dziewczynom - Ale nie rób mi jajek na miękko, są paskudne - płynne żółtko, płynne białko, zarodek kurczaka, fuj! - Za to herbatę, bardzo cię proszę - bo dobrą herbatę powinno się parzyć trzy minuty.
A lubi dobrą herbatę, jakieś musi mieć zalety.
Ślad też jakiś po sobie może zostawić, może nie limo pod okiem bo to będzie poważny test znajomości (długo go nie ujrzy po takim wybryku, nie wyjdzie z pokoju dopóty siniak nie zniknie), ale taką pamiątką obok obojczyka to może się pokazywać wszędzie. Pamiątkami młody Elijah nie lubi się dzielić - na dobrą sprawę to nie lubi się dzielić w ogóle, mało co wystawia w kierunku drugiego człowieka (najczęściej - butelki), takie więc oznaki brzydoty i zmieniające kolor siniaki wolałby zostawić dla siebie. Schować pod kołnierzykiem czy guzikami koszuli, uśmiechać się sam do siebie na samo wspomnienie uśmieszkiem tajemniczym.
Nie miał jednak chłopak okazji przemyśleć sprawy klepsydry i wszystkich jej pochodnych, bo nagle widzi jak ciało Dolohovej zapada się pod wodę, a ręce wiją się w dziwacznym tańcu wzywania pomocy. Oczy otwierają mu się szerzej i w minie bardzo zniesmaczonej jej zachowaniem pojawia się jakiś cień. Może to przejaw niepokoju? Może jedynie świadomość, że jak mu się teraz utopi to będzie się musiał z tego tłumaczyć - a to takie zamieszanie, on nie ma siły na wymyślanie jakichś tam wymówek. Umęczon wskakuję do wody i łapie ją za boczki. Zanim się jednak napoci by wynurzyć dziewczynę i niczym prawdziwy ratownik odholować ją do brzegu (a potem, o ile zajdzie potrzeba, wykonać pozostałe czynności ratownicze), ta się wynurza. W kudłach jakiś innych, z twarzą jakąś dziwną, na żarty się jej zebrało - Jezu, Dolohova, weź się - tyle jej mówi, tyle. On tu poświęca doskonałą fryzurę by ją z głębin wyciągnąć, a ta sobie własną zmienia i znowu jest jakaś inna. Kolana pewnie też zmieniła na cudze. Ciekawe czyje kolana podgląda i skąd czerpie wszystkie inspiracje? Ciekawe też co złego jest w Margaricie samej w sobie - nie wiem jednak czy Elijah w swoich rozważaniach zaszedł aż tak daleko - Nie będę się ścigać. Jeszcze się utopisz - prycha, z wolna podpływając po butelkę. I kilka łyków trochę nastrój mu poprawia, bo zanim się obejrzała, to już pod nią nurkuje i łapie za kostki, by pociągnąć w dół.
Kto by pomyślał, że z Elijaha taka rybka.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

błękitna

cień

18 lat

IX klasa

przeciętny

PisanieRe: Basen   Czw Paź 27 2016, 19:13

Herbata jest zbyt nudna, by jej poświęcać aż trzy minuty. A jajko z lenistwa można zjeść rozlazłe.
To się często zdarza, żmijko moja lśniąca, że to, co ogólnie postrzega się za zalety tobie z reguły zbrzydło. Oto proszę, kolejny raz znajduje zastosowanie twoje rodowe motto, choć być może nie tak dosłownie jak w kwestii nowej mamuśki Sorokina.
Swoją drogą, to gdyby w Rosji chcieli nakręcić swoją wersję Gotowych na wszystko, i ona i ty byście się tam nadawały jak ulał. Bardzo jesteś serialowa, bardzo skłonna do wypowiedzi przypominających paplaninę wypisaną na ekranie promptera i oklepanych gestów i formułek.
Żyć bez ciebie nie mogę.
A pewnie i tak cię zdradza.
Jest przecież podręcznikowym okazem swego gatunku i wodzi oczyma za wszystkim, co się rusza. Jesteś w stanie to zrozumieć, Rita, zajączku spłoszony, ty też wciąż masz uszy na sztorc.
Nic bardziej naturalnego niż brzydota, tak sobie myśl. Więcej jej na świecie niż rzeczy ładnych. Brzydkie cieniutkie nóżki pajęczaków, brzydkie wyłupiaste oczy żab. Cera zawsze zbyt jasna, zbyt ciemna, kapryśna. Nos zawsze zbyt zadarty albo scentrowany, kolana krzywe choćby się patrzyło w cyrkowe lustro.
Żeby coś było ładne, trzeba się postarać, a to zarówno żeby pokazać jak i by zobaczyć.
Wcale nie dziwi cię, że taki leń śmierdzący jak ten tutaj Elijah tak się odwraca od wszystkiego.
Niech go ręka boska broni, jak odwróci się od ciebie. Albo nie. Po prostu dalej będziesz sobie stać przy oknie, wyglądać przezeń z miną właściwą malkontentom-estetom i poczekasz, aż ktoś inny zechce kupić bilet na twój spektakl.
Zaśmiewasz się, wypluwając przy tym nieelegancko chlorowaną wodę. Kto to widział, magiczny świat mknie do przodu, za twoimi oczekiwaniami są może jeszcze tylko dekadę, a nikt jeszcze nie wymyślił, by jakoś zneutralizować ten paskudny smak chloru. A może to właśnie na okoliczność topielców – jak się ktoś nałyka tego paskudztwa, to aż mu się zachce umierać i przestanie się wierzgać; woda go weźmie dla siebie, a potem – nie mogąc poświęcić ofiary głębi – zostawi, by unosił się smętnie i zgnił.
Gdyby ciebie dostało morskie dno, tylko by się oburzyło i mogłoby być z tego jeszcze jakieś tsunami. Puszek po coca-coli, papierków, szkiełek, nawet pordzewiałych samochodów ma już dosyć.
(Gdybyś ty zobaczyła taki obrazek z psem, taki jak namalował Goya, ale z elementem nowożytnej makabry, wszyscy przechodnie pysznie by się zdziwili widząc cię płaczącą.)
- Bohaterze. – zupełnie zignorowałaś jego zarzuty. To nie był zamach na jego fryzurę, a jedynie okazja, by wykazał się dzielnością, by w tej samotni wobec braku potencjalnych gapiów instant wyratował cię od… zmyły. Bądź prawdziwa choć przez chwilę.
Ech. Nie podobasz mu się. A przecież tak podobna jesteś teraz do niego. Twarzyczki macie prawie identyczne, a podobieństwo w tym, jak ze zwątpieniem wydymacie wargi jest uderzające i podziwu godne.
Może to dostałaś po swojej mateńce, ona też w końcu była przecież Sorokina. Nie dane ci nad tym teraz rozmyślać.
Boisz się nagłości, przez moment, kiedy ściąga cię pod wodę, wierzgasz się naprawdę, o mało nie zachłysnęłaś się paskudztwem i nie zachciało ci się zejść z tego padołu. A ustalone już przecież, że musisz żyć, by nie urazić majestatu żywiołu.
Szczerzysz się do niego pod wodą, dotykasz dna. Spróbowałabyś się na nim położyć, zamknąć oczy, pozwolić, by cisza doprowadziła cię do szaleństwa.
Niewyobrażalnym jest dla ciebie tylko jedno: nie widzieć. Musisz wciąż wszak otrzymywać potwierdzenie, że masz na wierzchu coś interesującego. Dlatego to, co mogłoby być tak ciekawe wcale nim nie jest – zmieniasz swój wygląd nie dlatego, że z twoim jest coś nie tak, że nie podoba ci się zadarty nosek, różnobarwne oczy i te szerokie usta, które umiesz jak żaba rozciągać.
Zmieniasz wygląd, by nie zgubić się w czasach kalejdoskopów i ktoś wciąż na ciebie patrzył. To nie dziwne. Niejeden by pożałował nawet.
- Ale przecież ja świetnie pływam. Tak tylko promowałam twoje bohaterstwo. Już, już.
Na odwagę podsuń mu tę butelkę. Ty, dla odmiany, dajesz wszystkim wszystko. Wszystko, co chcesz pokazać, a to przecież jednocześnie tylko to, co gotowa jesteś odsłonić. Patrząc na ciebie teraz, odsłaniasz całkiem dużo, ale to nie twoje.
Tylko używasz z taką pewnością, by nikt nie posądził cię o kradzież.
Skoro jednak nie chce, uszanuj jego królewskie przyzwyczajenia i pozwól nie ścigać się. Połóż się w zamian na powierzchni wody, co chwila czujesz jak twoje nogi ciążą w dół i znowu się zachłyśniesz.
Zabójcze to rozleniwienie.
- Krzyż Pański z tymi matkami.
A kysz, aż chciało by się powiedzieć.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Basen   

Powrót do góry Go down
 
Basen
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: