IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Stadion quidditcha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisanieStadion quidditcha   Pią Kwi 01 2016, 00:08

Stadion quidditcha

To miejsce, w którym trzy akademickie drużyny – Bełty, Smędy i Zmory – regularnie rozgrywają między sobą zacięte mecze. Cały stadion quidditcha został umieszczony w wyjątkowo niecodziennym miejscu, bo w jednej z wiecznie zamarzniętych szczelin w pobliskiej górze. Jego powierzchnia jest zachwycająca i w żaden sposób nie hamuje ani nie krępuje ruchów podczas meczy. Dookoła boiska zostały dość wysoko powieszone kilkuosobowe, skute w lodzie trybuny wraz z powieszonymi herbami trzech drużyn i szkoły Koldovstoretz. Po jednej ze stron znajduje się wysoka wieża o cebulastej kopule, skąd najczęściej dobiegają rozentuzjazmowane głosy szkolnych komentatorów. Cały stadion szkolny oświetlony jest czterema ogromnymi pochodniami, które dają nieprawdopodobną ilość światła – a wszystko to za sprawą magii.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

cień

18 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Stadion quidditcha   Czw Maj 05 2016, 12:31

- O Kapitanie, mój Kapitanie - twój przyobleczony w ironiczny ton głos przebija się przez nawałnice powietrza. Wiatr rozwiewa ci włosy, bo elastyczna gumka zsunęła się z nich już jakiś czas temu, sprawiając, że pojedyncze kosmki nieustannie wpadają ci do oczu, nieco przysłaniając widok. Dolna warga raz po raz wygina się do przodu, wędrując przy tym lekko do góry, gdy podmuchem głębokiego oddechu próbujesz je nieco odgonić. Przecież nie możesz pozwolić sobie nawet na chwilę zagapienia, to nie pora na przerwę!, choć ponowne zebranie ich w kształtny koczek, zdobiący czubek głowy, zajęłoby zapewne zaledwie kilka sekund. Cenne to jednak ułamki czasu, bo liczy się przede wszystkim szybkość, refleks i wrodzona umiejętność, pozwalająca bezbłędnie posyłać tłuczek w stronę przeciwnika. A dzisiaj to zadanie arcytrudne, skoro Anton odgrywa na miotle akrobatyczny spektakl, którego wykonania nie powstydziłabyś się nawet ty sama, stąpając po linie linoskoczka zawieszonej kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Zawsze wiedziałaś, że jest zdolny.
I nieobliczalny, jak teraz, gdy nabiera tempa, bez skrupułów i mrugnięcia okiem, leci prosto w twoją stronę, jakby sprawdzając jak duże pokłady odwagi, zimnej krwi i pozornego spokoju, jesteś w stanie skrywać w swoim wnętrzu. Wbrew pozorom masz niezłego stracha, choć zatrzymujesz się w miejscu, czekając na rozwój sytuacji. - J e s t e ś w a r i a t e m, Anton. Wariatem! - krzyczysz, mimowolnie przymykając oczy, choć prawa powieka podnosi się do góry co kilka sekund, jakby kontrolnie, bo chcesz wiedzieć, czy to właśnie dzisiaj wylądujesz z gruchotem na ziemi, czy może Valeriev pozwoli ci jeszcze polatać na miotle chociaż przez parę najbliższych tygodni. Wszak od dawna wiadomo, że cenny z ciebie nabytek. Fajnie by było wziąć udział przynajmniej w pierwszym tegorocznym meczu.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Czw Maj 05 2016, 14:02

Nareszcie.
Nie słychać nic, prócz wiatru: huczy w uszach, obija poły peleryny o boki, boleśnie wdziera się do płuc z każdym oddechem. Niech nikt nie mówi, że quidditch nie jest na śmierć i życie.
Kiedyś, pamiętam to jak dziś, cztery bite godziny lataliśmy za piłką, na mistrzostwach regionu. W drużynie Durmstrangu grał jeszcze Krum, ale wtedy był po prostu bardzo zdolny. Nikt się nie spodziewał, że będzie gwiazdą. Ja się spodziewałem, że sam nią zostanę, choćby za samo bohaterstwo i wbicie im dziewięćdziesięciu punktów w plecy. Wtedy, chyba to było trzy lata temu, byłem rozgrywającym. Potem przez chwilę pałkarzem, cały siódmy rok obrońcą, a teraz, jak objąłem kapitanat to... się zobaczy. Mogę nawet łowić znicza.
Wypuściłem trzy, bo co to za ćwiczenie na jednym tylko. Jednego to każdy złapie. Jeszcze tylko jeden, poza moim polem widzenia. Veroshka co chwilę mierzy we mnie tłuczkami i już-już byłaby mnie trafiła - uratował mnie tylko klasyczny Zwis Leniwca, zsunąłem się z miotły i na jednej ręce zawieszony czekałem chyba z pięć minut aż wredna piłka dostanie od mojego pierwszego oficera pałką i się ode mnie odczepi.
Niech nikt nie mówi, że quidditch to tylko siedzenie na miotle.
Pod wiatr, z oczyma przymkniętymi jak się tylko da i z wariackim śmiechem gonię znicze i Veroshkę na zmianę, podpuszczam, kręcę beczki, spadam w dół, by poderwać się tuż przy ziemi.
Jest.
Tuż za nią, tuż nad jej ramieniem. Maleńka złota kuleczka, ledwo ją widać, gdyby nie zdradziecka złota powierzchnia skrząca się w słońcu jak drogowskaz.
Wszyscy szukający nienawidzą deszczu.
Pędem, wprost przed siebie lecę, póki widzę tylko to, tylko znicz się liczy. Aż do ostatniej chwili, kiedy przed oczyma miga postać Veroshki, nieruchoma na samym środku mojej drogi.
Podrywam miotłę, wykręcam koziołka w powietrzu i cudem łapię znicza, który czuł się bezpiecznie ukryty za Veroshką, ale zorientował się przez mój manewr, że pora wiać.
Z okrzykiem triumfu zataczam koło wokół Veroshki i trącam jej uzbrojone ramię.
- Nie przesadzaj, nie znokautuję przecież najlepszego zawodnika przed pierwszym meczem.
Wyznaję filozofię pochwał, zwłaszcza zasłużonych, a Veroshce wszystkie, co do jednej, się należą.
- No, prawie najlepszego.
Nie zmniejszając prędkości zlatuję na ziemię i w kieszonkach kufra z piłkami umieszczam wszystkie znicze. Zajęły mi może dwanaście minut. Do Veroshki wracam z drugą pałką w ręku.
- To może Dubel?
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

cień

18 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pią Maj 06 2016, 19:52

Tak. Nareszcie.
Kiedyś jedynie obserwowałaś Antona w locie, zajmując miejsce w ostatnim rzędzie szkolnych trybun, bo właśnie stamtąd mogłaś podziwiać go najlepiej. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że to właśnie w nim leży przyszłość, jeżeli jeszcze nie samego Quidditcha, to szkolnej drużyny Zmor. Sama nakreśliłabyś jej konkretny obraz, bez mrugnięcia okiem nadając mu szalenie intensywnych barw. Już wtedy musiałaś przyznać, że młody Valeriev całkiem nieźle prezentuje się w tych ciemnych szatach, choć jakby nie patrzeć, nawet w powyciąganym worku po ziemniakach mógłby odgrywać w hollywoodzkim przeboju rolę czołowego amanta. O nie, zdecydowanie nic nie pozwalało o tym zapomnieć. No cóż zrobić, doskonale pamiętasz jak sama bezwiednie poddawałaś się jego urokowi, może nie biegałaś za nim z wywieszonym jęzorem jak jedna trzecia dziewczyn zgromadzonych na szkolnym korytarzu, nie ukrywajmy jednak, że sama nie byłaś odporna na ten jego zwierzęcy magnetyzm. Która była? I chociaż to już trzy lata mijają, gdy ramię w ramię pojawiacie się na szkolnym boisku, jego widok nie przyprawia się o szybsze bicie serca (nie podskakuje też ono w niejasnych konwulsjach usiłując podejść ci do samego gardła), motylki nie szaleją w brzuchu (nie tylko dlatego, że już wiesz, że z racji pewnych cech, jak choćby brak gęstego owłosienia na twarzy, nie miałabyś szans), to wciąż za każdym razem patrzysz na niego z niemałym podziwem.
Zaraża energią, wariackim śmiechem, dzięki niemu naprawdę czujesz, że żyjesz. Choć chwilami niemal tracisz oddech, chcąc wiecznie dotrzymać mu tempa, to nie zamieniłabyś tych chwil spędzonych na boisku na nic innego.
- Świr - dorzucasz tylko, choć zapewne zdołałabyś wyłuskać z pamięci jeszcze więcej synonimów słowa wariat. - Swoją drogą, jeszcze nie zdążyłam ci pogratulować. Ciekawa jestem, kiedy Vankhenko przejrzy na oczy i odbierze ci tę błyszczącą odznakę... Jakby nie miała innych kandydatów - mówisz nieco kpiącym tonem, gdy miękko lądujesz na ziemi, zaraz obok niego. Dobrotliwie targasz mu jednak przy tym włosy, bo w rzeczywistości rozpiera się wewnętrzna duma. Przecież sobie zasłużył.
Korzystasz z okazji, tym razem o wiele mocniej związując włosy, splatając go w gruby warkocz. Uśmiechasz się zawadiacko w odpowiedzi na jego pomysł i karykaturalnie chwytasz się pod boki.
- No pewnie! Będziemy sobie liczyć po sześć punktów za każde dobre przyłożenie - w pętle ma się rozumieć... Co z tego, że walimy w tłuczka razem... - Punkty zawsze motywują. Uśmiechasz się krzywo, korzystając z okazji przeskakując na zgoła inny temat. - Swoją drogą coś słyszałam... Podobno z innymi przyłożeniami idzie ci wcale nie gorzej. Milo wciąż nie zdradził, ile punktów zdołałeś zdobyć...
Mrugasz do Antona porozumiewawczo, pochylając się nad kuframi i wypuszczając z nich większą ilość tłuczków. Nie będziecie się przecież bawić w quidditchowych przedszkolaków. Nonszalanckim gestem rzucasz w jego stronę drugą pałkę i nie czekając na reakcję znowu odbijasz się od ziemi. Czekasz na niego na wysokościach.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Sob Maj 07 2016, 13:15

Podobno najlepiej wygląda się, kiedy człowiek w ogóle się o to nie stara, kiedy zapomina, że wokół są inni, zapomina, że ma ciało w ogóle, ma kształt, kolory i zapach.
W locie, ze wzrokiem utkwionym w maleńkiej piłeczce. W tańcu, gdy życie sprowadza się do rytmicznych uderzeń w bęben i tamburyno. Odrzucając głowę do tyłu przy kolejnej szklance wódki. Trzeba przestać myśleć, a będzie się pięknym.
Kiedyś w takich błogo instynktownych momentach, momentach, w których Anton jest dziki i czysty i jest czymś więcej, niż wszystko, co da się zamknąć w powłokach cielesnych, czułem na sobie wzrok Veroshki i on palił mnie w twarz. Bo ja znam ten wzrok, znam spojrzenia niby przyjazne, ale tyleż tęskne, tyleż głodne.
Od razu wziąłem ją na bok, zdusiłem wstyd (to był chyba jedyny raz, gdy udało mi się to tak szybko i całkowicie) i wszystko już wiedziała. Nie mogłem sobie pozwolić, żeby i ona tęskniła.
To tak jakby patrzeć na pejzaż, olejem na płótnie: piaszczysta plaża, czysta zimna woda, w tle klif, i czekać, aż poczuje się we włosach słony wiatr znad akrylowego morza.
Wychodzi na to, że Veroshka Vasilchenko jest tą osobą, do której mam na świecie największy szacunek.
Gratuluję, kochana. Może wolałabyś wygrać zegarek, ale ja sam nigdy nie miałem zegarka.
Kto by się zresztą po mnie spodziewał, że pilnuję czasu...?
- Dziękuję ci, słoneczko. - największym wyrazem sympatii może być tylko przemoc, więc znowu trącam ją w powietrzu, jednocześnie obserwując jak będzie radzić sobie wobec prób chamskiego faulu. - A, właśnie: niniejszym mianuję cię zastępcą kapitana.
I z powagą drewnianą pałką dotykam jej ramion - najprawdziwsze pasowanie. Tylko gdzie moja korona? Nie tylko odznaka mi się należy, ale wszystkie królewskie insygnia.
O cholera.
Powiedziałbym, że prawie zapomniałem, jak się rusza z ziemi w górę, ale to przychodzi mi prościej niż ubieranie się co rano. Ale czuję się dość wyeksponowany, i chociaż ona wie i on też wie i nikogo innego tu nie ma, słowa zamierają mi w ustach.
A to bardzo, bardzo zły znak. Oznacza bowiem, że coś znaczy dla mnie więcej, niż myślałem, że znaczy i na szybko trzeba sobie z tym poradzić.
Z kamienną twarzą (zbyt kamienną, zorientuje się, że coś jest nie tak) szukam w głowie reakcji.
Nie wiem, o czym mówisz.
Przecież Milan nie gra w quidditcha.
Nic się wtedy nie stało, to plotki.

Ale to nie zadziała, przecież są bliźniakami. Milan na pewno, jeśli nie sam opowiedział jej o naszym nieoczekiwanym momencie na ich wspólnych urodzinach w Kijowie w maju, to sama się wszystkiego domyśliła: z uśmiechów, wymijających odpowiedzi, po prostu z powietrza między nami.
Bo znowu czuję na sobie to samo palące spojrzenie. Tym razem jednak to nie ta Vasilchenko na mnie patrzy.
Przecież mam jakiś krzyż Pański z tą rodziną, doprowadzą mnie do grobu.
Ale przynajmniej tanecznym krokiem.
- Ja zawsze zdobywam maksimum punktów. - i oddaję jej to porozumiewawcze mrugnięcie. To wcale nieprawda, było bardzo nieśmiało i niezdarnie i obaj byliśmy w swojej zaprawionej alkoholem mądrości ukryci w dość widocznym miejscu. Nawet o tym zapomniałem i dopiero spotkanie z Milanem pod teatrem w sierpniu wzmogło moją pamięć.
Czyżbyś się rumienił, Antoni? To się chyba nie zdarza takim jak ty.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

cień

18 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Maj 10 2016, 12:41

Ta wzajemna szczerość, to chyba najlepsze, co mogło się wam zdarzyć. Przecież nie złamał ci serduszka, nie podeptał go na oczach innych, a stłamszonych fragmentów nie zamiótł pod dywan. Wręcz przeciwnie, już wtedy wykazał się ogromną troskliwością. A ty przełknęłaś gulę powstałą w przełyku - nie udawajmy, że wszystko przeszło ci ot tak, nagle, ale z wysoko uniesioną głową doceniłaś fakt, że nie pozwolił ci tkwić w sennej bańce mydlanej, czekając na to, aż ta rozrośnie się do rozmiarów ekstremalnych i pęknie z hukiem. Śmiejesz się, gdy wracają do ciebie wspomnienie tamtego momentu. Zwłaszcza patrząc na to wszystko z dzisiejszej perspektywy.
Szczerość wyszła wam na dobre, a możliwa tęsknota serca wynika już z zupełnie innego przywiązania, siatki przyjaznych uczuć, która tak szybko wytworzyła się między wami. Teraz już wiesz, że w twoim przypadku Anton Przyjaciel brzmi o wiele lepiej niż Anton Miłość na Śmierć i Życie. Już tylko uśmiechasz się z pobłażaniem do podobnych myśli, korzystając z każdej okazji, aby okazać mu swoje oddanie lekkim kuksańcem, złośliwie wystawionym językiem, czy porozumiewawczym mrugnięciem oka posłanym z drugiego końca boiska - sprawdzasz, czy naprawdę ma taki sokoli wzrok, ale jakże mogłabyś w to wątpić, gdy potrzebuje jedynie dwunastu minut, aby chwycić w garść pokaźną ilość zniczy.
- Jestem doprawdy wzruszona. - Kłaniasz się przy tym teatralnie, z dumą przyjmując pasowanie pałką. Prostujesz się niczym tyczka, także przybierając bardzo poważną minę. W końcu to nie byle co, nie? Sama włożyłabyś mu na głowę złotą koronę, ozdobioną najdroższymi brylantami wygrzebanymi z jakiegoś przepastnego skarbca. Na kolanka może byś nie padła, bez przesady, nie czas na podobne komunały.
To musiałby być naprawdę wyjątkowy zegarek. Choć chyba nic nie przebiłoby wspomnianego szacunku, którym cię darzy. Dumnie wypnij pierś do przodu, moja droga, spotkał cię dzisiaj kolejny zaszczyt.
Obserwujesz wyraz konsternacji pojawiający się na jego twarzy, w tym samym momencie, w którym cztery znajdujące się na boisku pochodnie zapalają się nagle, zaskakując oczy niczym niezapowiedzianym blaskiem. Dotąd nie zwróciłaś uwagi, że słońce chyli się ku zachodowi i zaczyna się zmierzchać. Jednak dla was to przecież żadne wyzwanie. Moglibyście tu zostać nawet do środka nocy. Światło oślepiło cię lekko, ale to nieważne, bo już, już parskasz śmiechem, przymykając przy tym oczy.
- To może pora na kolejne rozdanie? - Udając, że nie dostrzegasz lekkiego rumieńca, zastanawiasz się, czy jednak nie przekraczasz granicy intymności. Niby nigdy dotąd nie wchodziłaś nikomu w życie z butami, ale masz wrażenie, że w tym przypadku jest to tak ewidentna gra w kotka i myszkę, że może warto by było delikatnie popchnąć wszystko do przodu, nakierować tę znajomość w odpowiednim kierunku? Ale Milan chyba sam nie wie, przecież to niełatwo tak nagle zdecydować się na to, aby wszystko zdefiniować. Niczego podobnego nie wymagałabyś również od Antona. I choć wyczuwasz to dziwne napięcie między nimi i siostrzano-bliźniaczy instynkt pozwala ci pielęgnować przekonanie, że niewątpliwie coś się kroi, nie chcesz reagować zbyt obcesowo i gwałtownie. Grasz więc słowami, rzucasz błahe uwagi, podpuszczasz. I czekasz na rozwój sytuacji.
Raz dwa trzy. Kolejne tłuczki lecą w waszą stronę.
- No to dubel!
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Maj 10 2016, 17:48

Bo widzisz, ja nawet nie wiem, co to znaczy: Śmierć i Życie. Jest tylko Dzisiaj, może Jutro, ewentualnie Wczoraj (tym bardziej intrygujące w dni naznaczone pragnieniem i bólem głowy, gdy zupełnie go nie pamiętam). Nie dałbym sobie rady z byciem z kimś zawsze.
A nawet gdybym dał, to nieświadomie. Ale za nikim jeszcze tak nie tęskniłem, by codziennie rano brakowało mi jakiejś twarzy przy mojej.
Teraz tęsknię za wiatrem, za słońcem. Za reflektorami, one tak specyficznie grzeją. Ta sztuka jest o mnie, nie potrzebuję ratunku.
I jak na zawołanie, pochodnie rozbłyskują i tylko one jeszcze wiedzą, co to czas. Ogień grzeje twarz i dobrze, że grzeje, cały ten lód dookoła daje się już mi nieźle we znaki.
Stadion jest imponujący, to prawda, ale trochę się to ideologicznie kłóci: przeraźliwe zimno kontra gorące emocje, gorąca krew, gorące kasztany, które rozdaje się na widowni.
Kontrast jest przereklamowany.
Oboje jesteśmy pod światło - Veroshka jest tylko cieniem w bardzo zgrabnym kształcie, jej warkocz rzuca długi cień, zupełnie odwrotnie niż jej osoba na moje myśli wtedy w ten uroczysty majowy dzień. W ogóle mało wtedy myślałem, był czas na inne rzeczy.
Ale trzeba było to przemyśleć, wahania same cisnęły się do głowy, prowokowane jego oddechem z łóżka obok, którego nie byłem nigdy aż tak świadomy.
Ale już wiem, jak to jest: oddychać jego powietrzem i nie ma stamtąd powrotu.
Anton Udręczony.
- A bo ja wiem, czy on w ogóle chce grać... - nie wiadomo, czy zwierzam się z potrzeby serca, czy tylko tęsknoty za narzekaniem. Bo niby ze mną to każdy chce, nawet ciągle wspomina o tych wszystkich dziewczynach, co za mną wzdychają.
Wybawcie mnie od tych myśli. A jednocześnie: niech to mam już za sobą.
Pozwól mi.
To jej nie chcę zrobić krzywdy. Ciężko byłoby się wyplątać, gdyby pajęczyna współzależności i zaufań pękła przez nieistotną pomyłkę. Jeszcze ciężej odbudować.
Ale oto jestem ocalony; dość dziwna myśl, gdy mknie ku tobie szaleńczo rozpędzona metalowa kula, ale jak przychodzi co do czego, to taki właśnie jestem: wolę raz coś zrobić i zaryzykować cierpienie, niż wisieć w powietrzu czekając, czy coś się nie stanie.
Spojrzenia, które się rozumieją. Te spojrzenia nie należą do dwójki osiemnastolatków na pustym stadionie wygłupiających się z piłkami, to spojrzenia żołnierzy-weteranów, gotowe na wojnę.
Trzy-dwa-jeden-
Głowy obracają się razem, ramiona oddalają razem, ale.
Pospieszyłem się; o ułamek sekundy szybciej moja pałka uderza w tłuczek i posyła go nieprecyzyjnie w dal. Odbija się od obręczy i wraca wprost na mnie. Zniecierpliwiony, rozgniewany, uderzam z całą mocą i tym razem posłusznie przelatuje przez środkową obręcz.
Aż mnie zarzuciło na miotle.
- Jeszcze raz. - zarządzam.
Pasuje mi ten władczy ton, nieprawdaż? Anton na Prezydenta.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

cień

18 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pon Lip 11 2016, 16:02

Też byś tak chciała. Nawet nie wiedzieć, co to znaczy: Śmierć i Życie. Ale ty masz przeszłość i przyszłość zapisaną w genach, zwłaszcza ta ostatnia przywołuje cię ku sobie, gdy tylko uniesiesz głowę ku rozgwieżdżonemu niebu. A ty wolałabyś wiedzieć, że przeznaczenie nie istnieje, że każdy kolejny dzień to jedynie kwestia mniej lub bardziej szczęśliwego przypadku. Chciałabyś, ale nie możesz dalej sobie tego wmawiać. Już tyle razy byłaś świadkiem mar swych krewnych nabierających wszelkich cech cielesności: gdy słowa przepowiedni stawały się prawdą, taką z krwi i kości. Już tyle razy trzymałaś Milana za rękę, gdy odpływał gdzieś w dal, gubił kontakt z rzeczywistością, a ty mogłaś tylko krzyczeć w swojej głowie. Głuchy głos odbijał się od ram umysłu, gdy prosiłaś, żeby nastał już koniec, żeby przynajmniej ten jeden raz wizja pozostała cieniem.
Być kimś zawsze. Chyba też tego nie potrafisz. Nawet nie możesz dokładnie powiedzieć, kim jesteś teraz, a co dopiero kim będziesz kiedyś. A to takie przytłaczające, to poczucie, że całą twoją przyszłość jakaś nieznana siła zapisała w gwiazdach. Więc odwracasz od nich wzrok. Aby choć przez ten moment żyć jedynie chwilą: tym, co zamknięte między słowem wczoraj a jutro.
- Myślę, że to, czego najmniej pragnie to powiedzieć ci: pas – kontynuujesz tę grę słów. Nie mówicie niczego dosłownie i chyba właśnie dzięki temu rozumiecie się lepiej. Nie powiesz: spróbuj, bierz się za niego. Chwyć go za rękę, całuj w usta, muskaj dłonią po szyi, przyciągnij do siebie. - Dajcie sobie szansę. Dajcie sobie czas.
Lepiej popełnić błąd, niż żałować do końca życia, że nie wykonało się tego małego kroku. P o m y ł k a. W tym kontekście, na ten moment, takie słowo dla ciebie nie istnieje. Trudno ocenić, co z tego wyniknie. Coś dobrego, czy coś złego. Ale choćby po to, aby po to nie żałować: warto się przekonać.
Trzy-dwa-jeden!
Wszystko synchronicznie. Wszystko tak symetrycznie. Każdy ruch, każdy zamach, pewnie nawet pałki trzymacie w dokładnie ten sam sposób. On przyspieszył, czy to ty się zawahałaś? Opuszczasz dłonie wzdłuż ciała, śledząc wzrokiem tłuczek. Czekasz, aż Anton znowu się wybroni. Jak tyle razy wcześniej i zapewne tyle razy później.
Uśmiechasz się delikatnie.
Jeszcze raz.
Raz-dwa-trzy!
Liczysz w myślach w drugą stronę, gdy zamachujesz się, gdy odbijasz tłuczek z całej siły. Płomienie pochodni rażą cię w oczy. Ale czy to ważne? Liczy się ten krótki moment, gdy tłuczek styka się z powierzchnią piłki, gdy wiesz, że masz władzę: to ty decydujesz, jak pofrunie, pod jakim kątem uderzy w złotą obręcz.
Tym razem udaje się wam dokładnie wyczuć chwilę. Uderzacie w niego razem. Przykładasz dłoń do czoła, tworząc z niej daszek chroniący przed światłem i znowu patrzysz jak leci. Leci.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pon Lip 11 2016, 19:44

Dobrze. Dopiero teraz jest dobrze. Jak się zbiorą dwa huragany i swój pęd zamkną w precyzji, wszystkie drobinki w powietrzu rozpędzonym od szelestu szat gwałtownie wyhamowane na tej maleńkiej powierzchni, gdzie stykają się ze sobą: drewno pałki i metal tłuczka.
- Dobrze! - aż chrypnę od pochwalnego okrzyku. Dokładnie tam, gdzie mierzyłem: tłuczek odbił się od szczytu środkowej obręczy i pomknął prosto w górę. Zdaje się jakby czerpał ogromną radość z prącego nań oporu powietrza, z tego bezsensownego zwycięstwa dyktowanego przez prawa fizyki. Doskonale rozumiem tę radość, ten sukces i dumę, którą daje dźwięk kropel deszczu uderzających o sztywny materiał parasolki, poczucie, że chociaż przeciw tym najmniejszym złośliwościom zwyciężyło się niepodzielnie.
Pewnie to dziwne dla postronnych wciąż oglądających mnie przemokniętego na wskroś, nawet kiedy zaledwie mży, że lubię ten dźwięk, to schronienie.
- Nie ma czasu.
Zrozum, proszę, chociaż ty. Starzejemy się i przecież wiem, że nie ma co zawracać sobie tym głowy, ale nie ma czasu. Dzień to za mało, by być młodym, by próbować wszystkiego, co postawione przed nami, by dogonić wszystkie możliwości płoche jak zające.
Nie ma czasu i nie umiem tego wytłumaczyć. Nienawidzę tej wizji: stoimy naprzeciw siebie i wszystko niby takie samo, ale mamy o dziesięć lat więcej. Ja z bagażem rozczarowań - półproduktów wygórowanych marzeń - a on z nadmiarem czasu na barkach. Czasu, którego nikt nie pamięta albo tego, którego nikt nie dożyje.
Musimy zdążyć przed koszmarami. Zrozum.
Ogień z pochodni wytłumia światło gwiazd, pozwala jej nie patrzeć w niebo i zadręczać się przyszłością. Osaczy nas oboje i to bardzo niedługo. Zaczną się konsultacje z doradcami do spraw kariery specjalnie sprowadzanymi z ministerstwa. Na każdym meczu jak największa ulewa siec będą ze wszystkich stron spojrzenia wysłanników sekcji młodzieżowych najlepszych drużyn na świecie. Plany wciąż snute nieudolnie i rzucane na wiatr trzeba będzie wyłapać i poskładać w całość, w jakiś sens życia poza szkołą.
Musimy przed tym zdążyć.
- Dobra, myślę, że koniec na dzisiaj! - wołam do niej, albo raczej tam, gdzie wydaje mi się, że unosi się ona na swojej miotle. Gdyby tłuczek teraz zdecydował się na powrót do ruchomych celów, jakie stanowimy, pewnie prędzej usłyszałbym świst powietrza niż zobaczył kształt kuli. Skończyło by się połamaniem co najmniej, a przecież ja już mam nowe plany na ten wieczór.
Miał być wieczór pełen cierpienia, spędzony pod znakiem sztywniejących od porządnego wysiłku ramion załamywanych nad wypracowaniem z teorii magii.
Może zamiast tego uda mi się zwędzić z kuchni butelkę lub dwie tego kwaśnego wina, które biorą do gotowania i jakoś poprawić sobie zwichnięty przez wątpliwości nastrój.
Przyszłość może i nas przeraża, ale przynajmniej gramy nie gorzej niż reprezentacja Rosji na ostatnich mistrzostwach. Jeszcze będą skandować nasze nazwiska, najwyżej za kilka lat.
Ale jeszcze przedtem zdążymy.
- Masz coraz lepszy zamach, Veroshka, jak komuś odwiniesz w pysk, to mu głowa spadnie.
Już można by się jej bać na dobrą sprawę. Ale ja się nie ulęknę, chociaż już całkiem ciemno, i w drodze powrotnej do szatni obejmuję ją ramieniem. Niech ma tę odrobinę zajebistości przenikającą wraz z odorem potu od samego kapitana.
Powrót do góry Go down
avatar


Kijów, Ukraina

błękitna

cień

18 lat

VIII klasa

bogaty

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pon Lip 11 2016, 23:36

Antoś, ale przecież życie to nie koszmar. Co ty mówisz, co ty pleciesz. Chyba plączą ci się słowa? Wykrzyczałabyś mu to w twarz, tak z całych sił, aż brakłoby ci powietrza w płucach. Gdybyś tylko wiedziała.
Życie wcale nie jest pasmem rozczarowań. Przecież nie może być. Nie chcesz w to wierzyć. Ani w to, ani w te twarze - zmarszczki dziesięć plus, dwaj ludzie na przeciwko siebie, patrzą. Tyle bagaży rozczarowań, wspomnień, o których nikt nie chce już pamiętać. Ale dlaczego, tak właściwie? Przecież było w nich tyle dobra.
Nie podobałaby ci się ta wizja.
Czas goni nas, goni nas. Cały czas. A ty chciałabyś po prostu na moment zatrzymać go w miejscu, zamknąć w okowach, zupełnie jak te tłuczki, które potem wspólnie wepchniecie do skrzyni, za pomocą mocnych łańcuchów przytwierdzając do podłoża.
Nie myślmy o przyszłości. Zapomnijmy o jutrze, o panach z ministerstwa, o tym, że już niedługo zmuszą nas do tego, abyśmy obrali dla siebie - czy na pewno? - w ł a s n e drogi. Czy musimy poszukiwać sensu tego wszystkiego, czy nie możemy po prostu żyć?
Bez gwiazd, z których odczytujemy przyszłość, choć to taki ładny widok. Bez ludzi wchodzących nam do życia z butami. Bez popędzania. Bez nakazów. Bez zakazów. Bez mówienia nie, gdy myślimy tak. Bez tłumienia w sobie prawdy. Udając, że nie ma w nas ani odrobiny szaleństwa.
Słyszysz jak radość pomieszana ze zmęczeniem odbiera mu głos.
- W końcu uczyłam się od najlepszych! - Kłaniasz się wpół, gdy już miękko lądujesz na ziemi.
Musicie zdążyć przed czym? Nie uciekajmy przed życiem. Czy to ten strach odbiera nam rozum? Czy dlatego mamy w głowie taką plątaninę myśli?
Niech wiecznie obejmuje cię ramieniem, dzieli się nadmiarem zajebistości. Zostańcie tam, gdzie jesteście. Tak byś chciała, żeby nie zmieniało się nic.

| zt x2
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Sie 30 2016, 12:13

Nie zdążyli jeszcze naprostować wgiętej od uderzenia tłuczka środkowej obręczy. Nie wysechł jeszcze tusz na zdjęciach demonstrujących jak uścisk dłoni kapitanów Bełtów i Smędów inauguruje sezon 96/97.
A na boisku już panowały Zmory.
Mogłem inaczej spędzać ten czas. Mógłbym pójść i nachlać się na imprezie urodzinowej któregoś z kuzynów naszego obrońcy, zapraszał mnie już z tydzień temu. Mógłbym pomęczyć się z Veroshką nad książkami, w końcu za kilka dni repeta z transfiguracji. Może powinienem spędzać ten czas z Milanem, odkąd wróciliśmy z Petersburga niewiele było okazji, by chociażby porozmawiać.
Ale nie. Zaledwie kilka dni dzieli moją drużynę od pierwszego meczu pod moim kapitanatem, a ta uparta łajza wciąż nie rozwija dostatecznej prędkości.
- Pozbądź się w końcu tego kija z dupy i schyl się! Szybciej! - z bólem patrzę na Karamazovą i jej paskudne przeprosty, które zwiększały tylko opór, jaki stawiała powietrzu. Kiedy gra się w towarzystwie jesiennych wichur, szczególnie trzeba zwracać na to uwagę.
Od początku roku trenowałem, pewnie też z jakiegoś wrodzonego uporu, na pozycji szukającego, bo nie ma co się oszukiwać - jest najbardziej wymagająca i najbardziej widowiskowa. To nie od rozgrywającego ludzie oczekują, że w najbardziej emocjonującym momencie zakończy mecz. Rzadko zdarza się wszak to, co wywinęła reprezentacja Irlandii na mistrzostwach dwa lata temu - żeby zdobyć bramkami taką przewagę, że nawet złapanie znicza przez przeciwnika nie zrobi różnicy.
Musiałem schować ambicje do kieszeni i oddać pozycję szukającej Zorze. Radziła sobie całkiem dobrze, czego nie można było powiedzieć o jej zdolnościach na rozegraniu. Jak prawdziwy kapitan przedłożyłem dobro drużyny nad własne preferencje (niech ktoś jeszcze raz powie, że Valeriev jest samolub, nogi z dupy powyrywam) i objąłem rolę dyrygenta ścigających.
- Tak to się w życiu nie rozpędzisz i na nic ci ta nowa miotła!
Wrzeszczałem machając nad głową rękami. Z niemałą zazdrością patrzę na najnowsze cudeńko zdobiące witryny sklepów miotlarskich (a od niedawna także kuper Karamazovej) i chociaż moje superszybkie superelastyczne maleństwo też pachnie jeszcze resztkami nowości, ledwo może się równać z osiągami miotły, na którą poszła jedynie odrobina z fortuny, jaką dysponowała Zorana. Z pensji mojej mateńki trzeba by przez okrągły rok odkładać, bym mógł i ja sobie na taką pozwolić.
Cóż jednak jej po takiej wspaniałej miotle, skoro nie może się do niej dopasować?
Litości.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

błękitna

rusałka

18 lat

IX klasa

majętny

uczennica

Czarcie Włócznie, szukająca w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Sie 30 2016, 17:58

Ładna pogoda wprawiała Zorę w stan podekscytowania. Cały dzień wyglądała przez okno i myślała tylko o tym, że kiedy lekcje nareszcie się skończą, wyjdzie potrenować, ścigać się z wiatrem. Po południu niemalże w biegu przebrała się w sportowy strój i popędziła na boisko, wraz ze swoją nowiusieńką, sprowadzoną z zachodu miotłą, która niewątpliwie była najszybsza na rynku. Wystarczało pstryknięcie palcami, by na złotej tacy podano jej, czego pragnęła. A najnowszej miotły pragnęła nieustannie, nie przywiązywała się więc do żadnego modelu.
Była przekonana, że ledwie nauczyła się chodzić, zaczęła latać na miotle. Najpierw były to małe, zabawkowe miotełki, robione na zamówienie, na których śmigała po rodzinnej posiadłości i przemykała między meblami. Jej ulubioną rozrywką z dzieciństwa było właśnie ściganie się z rówieśnikami i wygrywanie wszelkich starć. W Zmorach grała właściwie od trzeciej klasy - zawsze na pozycji szukającego. Nikt nie mógł konkurować z jej prędkością i zwrotnością.
Czyjś pełen zniecierpliwienia okrzyk przerwał Karamazovej wykonywane w powietrzy dla przyjemności zygzaki. Natychmiast rozpoznała ten pretensjonalny głos i zacisnęła usta w wąską linię. Ten to wiedział, kiedy się zjawić, żeby zepsuć dziewczynie całkiem dobry dzień.
Nic nie odkrzyknęła, choć miała na to wielką ochotę. Zamiast tego zanurkowała w powietrzu i niemal przylgnęła piersią do trzonu miotły, rozpędzając się do granic możliwości i pokazując, na co stać to cudeńko. I przede wszystkim ją samą - nikt tak jak ona nie wykorzystałby możliwości owej miotły. Tuż nad ziemią lekko ją poderwała, by pomknąć już nie w dół, a naprzód, kładąc za sobą trawy. Z kamienną twarzą zatrzymała się przed Valerievem, prostując się i obracając prostopadle miotłę, na tyle blisko, by mógł poczuć jeszcze wywołany jej pędem powiew. Podparła się nogą o ziemię.
- Coś mówiłeś? - zapytała Zorana słodkim głosem. - Wybacz, ale wiatr świszczał mi w uszach.
Gładko skłamała, bo nie umknęło jej ani jedno jego słowo. Oficjalny trening miał się dopiero zacząć, powinna korzystać z absencji reszty drużyny i odgryźć się kapitanowi. Nie wierzyła, że ten cholerny wypierdek ma czelność zwracać jej uwagę. Była świetna, wiedziała to. Ale żeby tylko świetna - najlepsza! I chyba jedyny Anton tego nie widział, a raczej nie chciał widzieć. Zamiast tego znajdował najmniejszą okazję, by się przyczepić do nieistniejących błędów. Kij w dupie? Błagam, była baletnicą, a nie kłodą. Elastyczność to jej drugie imię. A zawrotna prędkość trzecie. W szkole nie było szukającego, który mógłby się z nią równać, a wiadomo, że najszybsi gracze obejmowali właśnie to stanowisko.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Sie 30 2016, 18:43

To tak, jakby kompletnego idiotę, który zastanawia się zapytany, ile to dwa plus dwa posadzić za kierownicą wspaniałego włoskiego samochodu sportowego: rozwali się na pierwszym zakręcie, ale zdąży przedtem w kilka sekund rozwinąć zawrotną prędkość, a nad nią żadnej kontroli. Morał z tej bajki jest następujący: w ustawieniach fabrycznych i mechanicznych możliwościach nie tkwi żadna zasługa osoby kierującej.
Szczęście w nieszczęściu, że Karamazova wcale głupia nie jest i oprócz rozwijania prędkości umie całkiem dobrze nad nimi panować. Widać w jej ruchach absolutne opanowanie i determinację, która jak nóż tnie nawet powietrze przed jej nosem. Nie widać natomiast, żeby wyrosła latając na miotle.
Przyzwyczaiła mnie, podobnie jak i wszystkich, do wyuczonej perfekcji w każdej dziedzinie, osiąganej szybko i pozornie bez wysiłku. Za cholerę nie ufam takim jak ona obrazkom, jakbym widział Oneginę, tylko gorszą, bo nawet w niebo nie można zwiać.
Razem trafiliśmy do drużyny i zły los chciał, że na pozycji, którą upatrzyłem dla siebie nie z braku innych umiejętności tylko z potrzeby prestiżu, grała ona. Tak zawsze decydował kapitan, a kiedy kapitan i ja znaczyły wreszcie to samo, sam zdziwiłem się, że to jej zostawiłem łapanie znicza. W końcu i ja przez trzy lata ścigania za kaflem wypracowałem imponujące statystyki.
Jest najlepsza.
Wiadomo, że jest najlepsza, dla kogoś, kto radzi sobie poniżej szlifowanych przez lata standardów nie ma miejsca wśród Zmor. W zasadzie nie musielibyśmy nawet trenować tak często, jak na to nalegam - tak ogromna jest przepaść w jakości gry pomiędzy nami a dwoma pozostałymi drużynami Akademii. Maksimum swoich możliwości pokazujemy dopiero kiedy z innych szkół przyjeżdżają do nas na duże turnieje. Przy takich okazjach zaciskam zęby i przyznaję, że przydaje się ktoś taki jak Zorana.
- Daruj sobie szopki. - obserwowałem ze spokojem (względnym, bo przecież wiadomo, że aż nogami przebieram, by spróbować tej jej miotły odkąd tylko zobaczyłem, jak odbiera ją od swojego wrednego orła) jej akrobacje, starając się wyłapać błędy. Były niewielkie, a przy osiągniętej w końcu szybkości jeszcze mniej z nich zauważyłem. - Musisz jeszcze dopracować rozpęd, musisz, da się z tego cacka wyciągnąć znacznie więcej.
Ach, bym ci pokazał - chciałoby się powiedzieć, ale ugryzłem się w język. Tacy jak ona pewnie przywykli, by ich o coś prosić: żeby pożyczyli pieniądze, zabrali ze sobą na imprezę w nadętym towarzystwie, załatwili wejściówkę na jakiś głośny koncert, bo tacy jak ona mogą przecież wszystko.
W życiu nie będę się o nic takiej raszpli prosił, nawet nie dla takiego cudeńka.
Wzbijam się lekko w powietrze i z resztki grzeczności czekam, aż się ze mną zrówna.
- Pokaż mi lepiej jeszcze raz Wrońskiego. A potem od razu slalom wokół obręczy i ze dwa zwisy. W międzyczasie wypuszczę ci znicze.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

błękitna

rusałka

18 lat

IX klasa

majętny

uczennica

Czarcie Włócznie, szukająca w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Sie 30 2016, 20:56

Powstrzymała się przed zaśmianiem się tryumfalnie, kiedy tak patrzyła na Antona. Wiedziała, że wpatruje się w nią niezwykle intensywnie, próbując wyłapać najdrobniejsze potknięcie. I była również pewna, że takowego nie dostrzeże. Przecież latała perfekcyjnie. Nawet gdyby rzeczywiście popełniła jakiś błąd, była zbyt dumna, by przyjąć to do wiadomości - albo raczej zbyt dumna, by przyznać rację komuś takiemu jak Valeriev. Nie dość, że młodszy, to jeszcze niewystarczająco dobry, aby przyczepiać się do jej umiejętności. Jasne, nie był zły, nie mógł być - nie w Zmorach. Ale ona była po prostu święcie przekonana, że jest lepsza. Zorana sądziła, że przemawiała przez niego zwyczajna zazdrość, która notabene świetnie malowała się na jego twarzy. Wyraźnie widziała, jak patrzył na jej nową miotłę. Nietrudno było zgadnąć, jakie słowa cisnęły mu się na usta.
Wstyd, wstyd, Zorano - niemal słyszała w swojej głowie głos ojca. Nigdy co prawda nie dała mu powodu, by wypowiedział te słowa, jednak wyobrażała sobie, że mógłby. Wstyd, że tak cię cieszy upokarzanie jakiegoś nic nieznaczącego robaka, robienie mu na złość. Valeriev był irytujący, ale był nikim, nie powinna tak się zapalać, aby utrzeć mu nosa. Dlatego zachowywała kamienną twarz, nie pokazując po sobie, że wzbudza w niej jakiekolwiek uczucia. Udawała całkowicie obojętną i niewzruszoną, choć za każdym razem miała mściwą ochotę odgryźć się w wyjątkowo wredny sposób, a czasem nawet całkowicie zmiażdżyć go psychicznie. Wstyd.
Zignorowała uwagę kapitana. Karamazova nigdy nie spoczywała na laurach, zawsze chciała od siebie więcej i była zdeterminowana, żeby to wypracować. Stąd wiedziała, że da się jeszcze bardziej rozpędzić. Zawsze się dało. Co prawda mógłby jej nie mówić tak oczywistych rzeczy - zwłaszcza jakby sam miał zrobić to lepiej. Widać to było w jego oczach. Valeriev nie powinien nazywać się Anton, tylko Zosia. Zosia - samosia. Gwiazdor, co to wszystko zrobi lepiej, co wszystko zrobi sam. Zora byłaby hipokrytką, gdyby ją to denerwowało, bo była taka sama. Pewnie gdyby potrafiła rzucać kaflem i odbijać tłuczek chciałaby stworzyć jednoosobową drużynę i robić wszystko za wszystkich, ale na jej nieszczęście nie potrafiła. Natomiast tym, czego nie mogła znieść w kapitanie Zmor nie była pewność siebie, ale cholerne czepialstwo. Dałby że jej spokój, skupił się na innych graczach. Ale miała wrażenie, że czerpie jakąś sadystyczną przyjemność z uprzykrzania jej życia i prób zmieszania jej z błotem. Szczęśliwie była zbyt silną osobowością, by się jakoś specjalnie tym przejąć. Nawet w jakimś stopniu jej to schlebiało - być tak dobrą, by wzbudzać zainteresowanie i potrzebę wywyższania się u kogoś podobnie dumnego i o podobnie wysokim ego. Wstyd - przecież to nikt.
Gdy Anton wzbił się w powietrze, zrobiła to samo, dołączając do niego momentalnie. W końcu skoro się tu pofatygował, a ona nie miała nic lepszego do roboty... Może będzie zabawa. Dla samej jego zazdrosnej buzi by została; jego mina była wprost komiczna, robiła więc wszystko, by nie parsknąć śmiechem.
- Ta jest, kapitanie - mruknęła tylko i zasalutowała mu niedbale blondynka. Nie czekając na żaden sygnał ani znak, zapikowała w dół niczym polujący na swą zdobycz sokół, składając się do trzonu miotły, by maksymalnie ograniczyć opór powietrza. Wiatr szarpał jej związane w luźny warkocz jasne włosy i treningową szatę, która furkotała przyjemnie. Spojrzenie miała wbite w jeden punkt gdzieś na murawie. Ktoś oglądający jej manewr z boku mógłby przysiąc, że przy takiej prędkości nie wyrobi się i wyrżnie czubem miotły w ziemię. Jednak ku zaskoczeniu nieistniejącego widza, śmignęła tuż przy trawie i natychmiast wystrzeliła w górę. Już nawet nie powstrzymywała uśmiechu, w jaki mimowolnie ułożyły jej się usta. Adrenalina uderzyła jej do krwi, a serce łomotało w podnieceniu. Przecięła ze świstem powietrze i pomknęła w kierunku obręczy. Wykonała ciasny, zwinny slalom, niemalże ocierając się o bramki. Nie zwalniając momentalnie obróciła się do góry nogami, a po sekundzie płynnie wróciła do pierwotnej pozycji. I znów wychyliła się, a grawitacji pozwoliła zrobić resztę.
- Bez rąk! - krzyknęła, nie mogąc się powstrzymać, kiedy puściła miotłę i wisiała na samych nogach, głową w dół. Nawet Valeriev nie mógł odebrać jej radości wygłupiania się podczas treningów. Wytężając mięśnie brzucha wróciła do pionu i zwolniła, zataczając w powietrzu pętle i wypatrując obiecanych piłek. Teraz dopiero zaczynała się zabawa.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Sro Sie 31 2016, 16:46

Jesteśmy dobrą, nawet bardzo dobrą drużyną. Nie ma na nas, na dobrą sprawę, mocnych na poziomie międzyszkolnym, bo śrubujemy poziom w górę w dużym tempie, chcąc dorównać chociażby naszej narodowej reprezentacji. Ale jest na nas jeden, jedyny hak, który można by z łatwością wykorzystać przeciw nam i za jego pomocą nawet doprowadzić nas do porażki. Wystarczyłoby, gdyby ktoś ze Smędów albo Bełtów zainteresował się na tyle, by przyjść i zobaczyć nasz trening. Albo lepiej - przyjść trochę wcześniej, zanim jeszcze zbierze się cała drużyna. Wtedy nas rozgryzą.
Oto szkopuł: każdy z nas z osobna myśli, że jest o niebo lepszy niż reszta i każdy ma ciągoty do samowystarczalności. Nie chcę przez to powiedzieć, że z każdym drę koty tak widowiskowo jak z Karamazovą, ale w odpowiednich okolicznościach mogłoby dojść do jednej wielkiej kłótni z zadrapaniami i skakaniem do gardeł. Kapitan drużyny, w której każdy myśli, że jest gwiazdą ma najtrudniejsze zadanie: nie pozwolić, by po każdej kolejnej wygranej woda sodowa uderzała im do głowy, by zaczynali się wywyższać po każdym oklaskiwanym na stojąco zagraniu.
Kapitan, rzecz jasna, przy tym sam myśli, że gwiazdą jest, a przynajmniej z pewnością niedługo zostanie, więc trudne zadanie wykonuje na dodatek z niejakimi oporami.
Wiesz co, Zora? W dupie was mam, arystokratyczne kocięta, które osiągnęły w quidditchu wysoki poziom z braku innego zajęcia i dostępu do wszystkiego, a przede wszystkim - czasu i pieniędzy. Ja jeden na dobrą sprawę odróżniam się od reszty składu pochodzeniem i zamożnością i przywykłem od niemal pierwszego dnia w szeregach Zmor do pogardliwych spojrzeń i niewybrednych przytyków dedykowanych mi w szatni. Zoranie trzeba oddać choć tyle, że ona jedna czasem wypali mi coś w twarz i daje okazję do bezczelnego lekceważenia.
Ciągłe otaczanie się książątkami i królewnami doprowadziło mnie do szału i pewnej decyzji: kiedyś będę miał to wszystko, co oni. Tyle samo pieniędzy w banku, a co za tym idzie: tyle samo możliwości. Z tą jedną różnicą, że moje dobra nie przyjdą do mnie z urodzenia. Już teraz wiem jak to jest: każdego rubla wydzierać pracodawcom, którzy sami walczą jak lwy o utrzymanie się na rynku, każde wakacje od czerwca do września w pocie czoła przepracować bez marudzenia: w knajpie, w teatrze, nawet na budowie.
W beztrosce akrobacji Karamazovy widać właśnie, że wzięła je nie z własnej wyobraźni, a z podręcznika albo od opłacanego z góry osobistego trenera, a te rzadkie chwile własnej inwencji i wygłupu są wyrazem nigdy nie realizowanej potrzeby niekontrolowanej młodości, którą mam ja, a oni - za grosz.
- Dobrze! - bo co innego mogę jej powiedzieć? Ja też tak umiem? Nie ma co się przechwalać, wystarczy pokazać, a wiele już z siebie nawzajem widzieliśmy przez te pięć lat współpracy na boisku, pięć lat zwycięskich imprez, pięć lat morderczych treningów i zakwasów męczących potem przez długie tygodnie.
W międzyczasie wróciłem na dół po maleńką fikuśnie wyrzeźbioną skrzyneczkę, w której przechowujemy nasze własne, zmorowe znicze. Każdy z nas kupił jednego w rocznicę przyjęcia do drużyny, a do tego ostał się jeszcze jeden, poprzedniego kapitana, w którym piórka już się powykrzywiały.
Na skrzyneczce powyrzynana jest nasza deklaracja jedności: każda jedna Zmora scyzorykiem wyrzezała w gładkim drewnie swoje inicjały. Wypuściłem w powietrze trzy skrzydlate piłeczki, które niewprawnemu oku znikły by od razu z pola widzenia. Nie było szczególnie słonecznie ani nie padał deszcz, ale złote znicze są bardzo szybkie i piekielnie zwrotne.
- W piętnaście minut chcę wszystkie mieć z powrotem, Zora, spręż się!
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

błękitna

rusałka

18 lat

IX klasa

majętny

uczennica

Czarcie Włócznie, szukająca w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pią Wrz 02 2016, 17:45

Kiedy Valeriev został kapitanem, Zorana czuła się... Lekko mówiąc - nieco urażona. Przynajmniej dopóki nie doszła do wniosku, że przewodzenie takiej drużynie jak Zmory, to musi być przykra sprawa. W końcu każdy myślał, że jest najlepszy i że jest gwiazdą. Głowę by dała, że każdy z osobna, nawet jeśli nie przyznawał się do tego sam przed sobą, uważał, że świetnie mógłby grać za wszystkich. Dlatego nawet najmniejszy błąd oznaczał powszechny lincz. Bo zawodnicy Zmor, co do jednego, przekonani byli, że sami zrobiliby to lepiej. A Karamazova uważała, że użeranie się z ludźmi to strata jej czasu i nerwów. Ostatecznie stwierdziła więc, że dobrze zostawić ten stres Antonowi, a na dokładkę trochę go jeszcze poirytować. W końcu jej nie obchodziło nic poza wygraną, a on musiał stawiać każdego do pionu. Owszem, miała ogromną chęć prowokacyjnie się sprzeciwiać, a słuchanie kogoś takiego jak Valeriev niemal fizycznie ją bolało, ale zbyt kochała zwyciężać, żeby odstawiać takie cyrki. Niestety Quidditch był dyscypliną drużynową, co oznaczało, że gdy wszystkie trybiki nie działają ze sobą zgodnie, cały mechanizm nie jest sprawny. Jadła więc tę żabę i za każdym razem przełykała dumę, mówiąc sobie, że nie chciałaby być na miejscu kapitana, więc nie ma innej możliwości.
Zaskoczyła ją nieco ta pochwała, jednak nie dała po sobie tego poznać. Właściwie nie obchodziło jej, co myślał o niej Anton. Wiedziała, że nie ma o niej dobrego mniemania i miała to w głębokim poważaniu, przynajmniej dopóki może grać jako szukająca. A mogła, dopóki była najlepsza, więc chcąc nie chcąc słuchała wszelkich uwag, nawet jeśli udawała, że w ogóle do niej nie docierają. Niestety, trenowanie samej oznaczało powielanie błędów, a ponieważ była już na ostatnim roku i wśród rówieśników nie było nikogo równie dobrego co ona, niechętnie godziła się na ćwiczenia z Valerievem. Nie był lepszy, ale nawet Karamazova musiała przyznać, że spośród wszystkich poza nią, zdecydowanie wiódł prym, więc niektóre z jego uwag były właściwie nawet przydatne. Przynajmniej dopóki nie marudził ze zwykłego czepialstwa, bo to doprowadzało ją do szewskiej pasji. Nie zrobi z niej gorszej, niż jest, nawet jakby wprost i na każdym kroku zaczął jej wmawiać, że nic nie potrafi. Szczęśliwie umiała rozróżnić konstruktywną krytykę od komentarza niemającego żadnego związku z rzeczywistością.
W końcu dostrzegła kapitana powracającego ze skrzyneczką, która wprawiała jej serce w trzepotanie z podniecenia. Nareszcie zaczynała się prawdziwa zabawa. Trzy znicze w piętnaście minut? Wyzwanie nawet dla niej, ale tylko sprawiło, że Zorana uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Kochała wyzwania. Gdy piłeczki rozproszyły się, wprawnym okiem natychmiast wychwyciła najbliższą i zanurkowała ku niej, zapamiętując, w którą stronę rozpierzchły się pozostałe.
Nie zamierzała przegrać wyścigu na prędkość z jakąś kulką. Pierwszą zatem pochwyciła błyskawicznie, ze świstem mijając Antona. Wsunęła ją do kieszeni i wystrzeliła w górę, by zlokalizować pozostałe. Cieszyła się, że jest dalekowidzem i nie musi zakładać okularów na mecze, bo to by było coś koszmarnego. Nie zamierzała jednak wisieć w jednym miejscu - zaraz ruszyła w kierunku, w którym widziała jedną z uciekających piłeczek, jednak już nie na łeb na szyję; nie chciała przecież, żeby znicz umknął jej spojrzeniu. W końcu dostrzegła kątem oka złoty błysk i żeby nie tracić prędkości, wykonała pół pętli do tyłu, a potem odwróciła się śrubą, by nie latać do góry nogami i ruszyła w pogoń za uskrzydloną kuleczką.
Ta wydawała się być trudniejsza do złapania, sprytniej manewrowała w powietrzu, próbując wyprowadzić Zorę na manowce. Karamazova się jednak nie dawała, nawet gdy znicz przebiegle wykręcił tuż koło trybun i była prawie bliska, aby nie zdążyć wykręcić. Przewidziała jednak taką sytuację, więc zgrabnie wykonała ostry obrót, w końcu dopadając swój cel i zaciskając mocno palce na zimnej, metalowej powierzchni. Płynnie przeszła na tryb szukania i próbowała wypatrzeć ostatni złoty znicz. Coś zamigotało na drugim końcu boiska, ale dziewczyna była zbyt doświadczonym graczem, żeby pomylić ten refleks z czymkolwiek innym. Pomknęła więc dziko w tamtym kierunku, nie tracąc błysku z oczu. Ponieważ miała jeszcze chwilę, korzystając z tego, że to tylko trening a nie mecz, postanowiła dłużej prowadzić pościg, żeby przygotować się do manewru, którego jeszcze niestety do perfekcji nie opanowała. Śledziła więc znicz i gdy stwierdziła, że jest w odpowiedniej pozycji i ma szansę, spróbowała jak gdyby nigdy nic zgarnąć go do rękawa. Zagranie Plumptona. Piekielnie trudne, wyszło jej do tej pory może kilka razy. Niestety, nie dzisiaj. Piłka wyślizgnęła się jej w ostatnim momencie, jednak Karamazova zdołała uratować sytuację i szarpnąwszy się w jej kierunku, chwyciła ją drugą ręką, obracając się przy tym do góry nogami, w manewrze, którym jeszcze przed sekundą się popisywała. Wróciła do pionu i doleciawszy do Antona, rzuciła mu piłki z uśmiechem. Serce nadal jej waliło, ale udało się.
- A jak tam twoja przerzutka? - zapytała zaczepnie. Może Valeriev też by coś potrenował? To nie było tak, że osiągnął w quidditchu już wszystko, a tak jak w jej przypadku, mało było osób, która byłaby w stanie powiedzieć mu, co robi źle, dać jakieś wskazówki.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pią Wrz 02 2016, 22:52

Kiedy Valeriev został kapitanem… byłem, kurwa, wniebowzięty. W końcu, myślałem, w końcu, wezwany do gabinetu dyrektorki ten jeden raz z dobrego powodu. W końcu, po latach oczekiwań i milionach niespełnionych ambicji, planów, które trzeba odłożyć o długie lata w przód, zostałem doceniony. Nieprzypadkowo padło moje imię i nazwisko, ktoś zadał sobie trud, by wygrawerować je na metalowej odznace. Przypinam ją do szaty nawet podczas głupich treningów jeden na jednego, bo to jedyny jak dotąd namacalny dowód mojego istnienia.
Będę gwiazdą, czy nie będę – ta odznaka zostanie na co najmniej sto lat gdzieś w szkolnych archiwach i z małej gablotki będzie ogłaszać wszem i wobec, że był kiedyś taki ktoś jak Anton Valeriev. To już coś. Ale czy wystarczy? Stanowczo, mocnym głosem i z przytupem: nie. Nie wystarczy jakiś tam kawałek metalu, żeby zaświadczyć o mnie: że jak robię szum, to jeszcze dwa dni później niesie się echem skandowane moje nazwisko. Że na scenie biorę w usta cudze słowa i wypuszczam z nowym życiem, że jestem artystą wartym oklasków i wzruszeń. Że kiedy gdzieś idę, to zawsze ktoś klepnie mnie po ramieniu i pójdzie dalej z nieco lepszym humorem. Że kiedy ktoś się leje na imprezie, ja umiem zażegnać spór, nawet jeśli w niewyszukany sposób: poprzez danie po mordzie obu stronom bójki.
Powinni na koniec szkolnej kariery dać mi puchar z taką inskrypcją: Anton Valeriev. Pierdolony majonez Akademii Koldovstoretz. Bo jak wiadomo, majonez najlepiej się sprawdza w roli spoiwa, co widać po świątecznej sałatce.
Karamazova i spółka moich arystokratycznych kociąt nie wiedzą, jak się wtedy czułem, chociaż pochwały spadają na nich zewsząd, a oni z wytrenowanym wyłącznie do tego uśmiechem przyjmują je jak się doustnie przyjmuje śniadanie co rano. Bo nie są obeznani ze stanem, w którym nikt niczego nie wymaga i samemu trzeba wyznaczać sobie cele.
Skoro Zorana usłyszałaby od ojca choć tę jedną uwagę, że „wstyd”, to już sporo w porównaniu z powszechnym zapewnieniem, że świat ma cię w dupie, które dostaje każdy prol z ulicy. W dużych i starych rodzinach reputacja liczy się bardziej niż pieniądze na chleb, bo jeszcze ani razu się nie zdarzyło, by tego chleba zabrakło. Samodzielności dzieci uczy się na wszelki wypadek, bo w odwodzie zawsze jest coś. Albo krewniak z własną firmą, który zatrudni w razie potrzeby, albo środki na wyjazd na drugi koniec świata, by tam zacząć nowe życie.
Przede mną nie było nic, nie mam komu dorównywać, ani jeden ochłap historii nie chce rywalizować ze mną.
Ale bądźmy szczerzy, nawet gdyby któryś chciał – nie dałby sobie rady.
Podczas ostatniego treningu trzy znicze zajęły mi dwanaście minut. Już cisnęła mi się na usta kąśliwa uwaga, ale kapitan, jak ojciec, musi być sprawiedliwy. Ja nie próbowałem Plumptona. W całym życiu może dwa-trzy razy podjąłem się tego i nie wyszło jeszcze ni razu. Zamknąłem więc chwilowo japę, dając popis dojrzałości, i wyłapałem od Zory złote piłeczki. Skoro posmakowały wolności nie było im spieszno trafić z powrotem do skrzynki, a ich ostro zakończone skrzydełka tak cięły po palcach, że w końcu zrezygnowałem i puściłem je wolno.
- Potem się wyłapie. – skomentowałem tylko lekceważąco, niech wie, że pokładam jakąś tam wiarę w jej umiejętności. – Aha, i ledwo zdążyłaś.
Uśmiechnęło mnie aż od tej zaczepki. Dobrze, że wymaga nie tylko od siebie, w końcu quidditch, ku jej utrapieniu jest grą drużynową, a wielu kapitanom, kiedy nagle dostaną do pilnowania sześć osób zdarzało się zapominać o szlifowaniu własnych umiejętności. Nie chcąc dawać drużynie powodów do zastrzeżeń, nie mogę dopuścić, by i mnie dopadło zaniedbanie.
A zresztą, dość się napatrzyłem. Pora, by ona usunęła się na chwilę i obejrzała mistrza w akcji. Tuląc kafla do piersi jak nowo narodzone dziecko wystrzeliłem w górę.
Manewry ścigających i pałkarzy, choć zwykle wykonywane na mniejszej prędkości, są często trudniejsze niż te przeznaczone dla szukającego. Dochodzi w nich dodatkowy element, który – prócz miotły, piłki i wiatru – trzeba z zegarmistrzowską starannością kontrolować, a tym elementem jest drugi człowiek.
Z Zorą nie jesteśmy dograni. Nigdy nawet w miarę możliwości nie trenowaliśmy zwykłych podań. Ale zdążyłem się opatrzyć z jej lataniem, z techniką brania zwrotów i chwytania znicza. Ma pewną rękę, choć przyzwyczajoną do bardziej kapryśnej piłki. Może nie utrzymać kafla.
Rozpędziłem się łatwo, po drodze wymijając słupki obręczy. Szata łopotała obijając się o metal. Moment, w którym zrównała się ze mną poznałem wyłącznie po mignięciu jasnych włosów gdzieś na prawo od mojej twarzy. Lewą rękę mam nieco słabszą, strzały na bramkę oddaję zwykle z prawej, podobnie jak dalsze podania. Ale w końcu od czegoś jesteśmy Zmory, a nie jakieś tam zmiataczki.
Dopasowując idealnie prędkość do miotły Zorany przygotowałem się do rzutu. Wyprzedziłem ją w ostatniej chwili i jednym zamaszystym ruchem podałem w tył przerzucając kafla przez prawe ramię. Rzuciłem z niewielką ilością siły, centrując nieco. Lecieliśmy pod wschodni wiatr, coraz bardziej wzbierający na sile.
Zniesmaczony perspektywą błędu pomknąłem byle dalej, by nie słyszeć jak przeklina, albo jak kafel uderza o ziemię. Dopiero minąwszy środkową obręcz ośmieliłem się spojrzeć w dół.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

błękitna

rusałka

18 lat

IX klasa

majętny

uczennica

Czarcie Włócznie, szukająca w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Nie Wrz 04 2016, 15:50

Dla Zory Quidditch od zawsze był tylko hobby. Nie było tak, że musiała być najlepsza we wszystkim - tylko najlepsza we wszystkim, co ją interesowało, albo co wiedziała, że zainteresuje jej ojca. I mimo że w ostatnim czasie trochę bardziej się uniezależniała od jego opinii i decyzji, wciąż jego uwaga i pochwały, jego duma dawały jej niezwykłe wręcz poczucie spełnienia. Nawet gdyby chciała zająć się Quidditchem na poważnie, wątpiła, aby tato zaaprobował taki wybór, dlatego w ogóle się nad tym nie zastanawiała. I dlatego też od zawsze skupiała się na grze na tylko jednej pozycji, bo to jej sprawiało największą frajdę. Nie potrzebowała umieć odbijać tłuczek, ani rzucać kaflem do obręczy. Każda pozycja za wyjątkiem szukającego wymagała bycia zgranym z resztą drużyny, a ten aspekt gry zupełnie jej nie porywał. Nigdy nie była specjalnie towarzyska, wszelkie bankiety dla wyższych sfer nie zdołały zrobić z niej lwa salonowego, choć wiedziała, jak się zachować i jak udawać, że przyjęcie jest wspaniałe i świetnie się bawi, gdy w rzeczywistości umierała z nudów. Od zawsze to ona była centrum swoich zainteresowań, więc wolała poświęcać wolne chwile na czytanie i poszerzanie swojej wiedzy, ćwiczenie umiejętności, które według niej wymagały szlifowania, bo to dawało jej poczucie samorealizacji. Dlatego nigdy nie miała specjalnie wielu przyjaciół. Lekka gadka szmatka była dla niej męczarnią i traceniem czasu, a wiadomo, że wszystkie znajomości tak się zaczynają. Ceniła sobie więc ludzi, którzy mogli mówić, nie oczekując wielkiego zaangażowania z jej strony, byli niespecjalnie absorbujący, a także wiedzieli, kiedy zamknąć jadaczkę i pozwolić jej odpocząć. Lubiła nienachalną obecność tych kilku osób, a reszta... Cóż, reszta była dla niej tylko szarą masą, motłochem bez większego znaczenia, którego uznania absolutnie nie potrzebowała.
Anton z pewnością by do owego motłochu należał, gdyby nie to, że Karamazowa przez jego pozycję w Zmorach, nie mogła go ignorować i zepchnąć na margines. Jeszcze gdyby był po prostu jakimś graczem - w porządku, dziewczyna robiłaby swoje, a nic poza czubkiem własnego nosa by jej nie interesowało. Tak - musiała się angażować w niezbyt przyjemną relację. Była w potrzasku. Nie mogła się specjalnie postawić, przynajmniej nie dla samego stawiania się, ani podważać jego autorytet, choć zdecydowanie za często miała na to ochotę. Fakt, że gdy byli sami, zupełnie nie było potrzeby, aby się powstrzymywać, ale najgorsze było uczucie bycia czyimś podległym, a ono nabierało prawdziwości przed resztą drużyny. Kiedy była taka jak inni i jak cała reszta musiała słuchać się Valerieva. Szczęśliwie pozycja szukającego dawała jej jako taką niezależność, bo chyba by nie wytrzymała, gdyby w takiej sytuacji miałaby być ścigającym. Obrońcą - może jeszcze, bo ten też polega tylko na sobie i samotnie krąży wokół obręczy.
Dziewczyna skinęła po prostu lekko głową. I tak znicze nie uciekną poza boisko, więc rzeczywiście nie miało to wielkiego znaczenia. Wzruszyła ramionami obojętnie, kiedy Anton nie powstrzymał się przed wygłoszeniem uwagi, jakoby prawie jej się nie udało. Straciła sporo czasu szykując się do Plumptona. Kiedyś musiała go ćwiczyć, raczej nie pozwoliłaby sobie na to, aby niedopracowanego jeszcze do perfekcji użyć w meczu.
Wiedziała, że Anton nie pozostawi jej słów bez reakcji. Wystrzeliła zatem w powietrze zaraz za nim, trzymając lekko dystans, by w końcu zrównać się z nim i ustawić w odpowiedniej pozycji. Mimowolnie zacisnęła usta. W łapanie była świetna, ale nie tak dużej piłki. Przede wszystkim miała drobne dłonie i z jednej kafel na pewno by się jej wyślizgnął. Obserwowała więc dokładnie ruchy kapitana i gdy piłka poszybowała w jej kierunku, Zora rzuciła się do niej niemalże, chwytając w obie ręce, właściwie nieomal spadając z miotły. Wydała ciche stęknięcie wysiłku, kiedy po raz kolejny zwisała z miotły głową w dół, tym razem kurczowo trzymając kafel. Przycisnęła go ramieniem do piersi i podciągając się na wolnej ręce, przekręciła się z powrotem.
- Trochę za mocno w lewo - powiedziała tylko. Może jakby miała dłuższe ręce, to by to nawet wyszło, choć i tak poszło całkiem zgrabnie. Szczęśliwie była niezła w tego typu manewry na miotle i nie musiała się martwić spadaniem, pozwalała więc sobie na bardziej agresywne akrobacje. Była rozciągnięta i miała dobrą równowagę, co szukającej się przydawało. Zrównała się z Valerievem i odrzuciła mu piłkę.
- Wygrywa ten, kto złapie dwa? - rzuciła beztrosko, całkiem obojętnym tonem dziewczyna, mając na myśli oczywiście fruwające gdzieś znicze.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pon Wrz 05 2016, 16:44

Na pozór, gdyby spojrzeć na naszą dwójkę gdzieś na szkolnym korytarzu, wszystko różni mnie od niej, i to począwszy od koloru włosów. Skończywszy zapewne, po przejściu przez płeć i stan majątkowy, na ogólniku, który zwie się wdzięcznie podejściem do życia.
Ale gdyby, osłaniając oczy przed resztkami promieni słonecznych, spojrzeć na nas teraz w powietrzu, może znalazłyby się ze dwa metry kwadratowe więcej wspólnego gruntu. Mamy przecież teraz identyczne szaty, bez znaczenia są szlacheckie tytuły w ilości wylewanego z siebie potu i przekleństw. A na dodatek oboje pasjami lubimy się popisywać, choć ja pewnie jestem mniej wybredny co do publiczności. I tak naprawdę oboje chcemy być najlepsi, i żeby wszyscy jak najszybciej to zauważyli, docenili, przekazali innym. Jak aktualności dnia w radio Maryja. Jak z kolei wiadomo, najkrótsza droga do stania się najlepszym wiedzie przez samodzielną pracę, i to najlepiej bez pomocy, na stanowisku, które nie musi współpracować z innymi. Ja jednak muszę zbaczać z tej drogi, spędzać czas z ludźmi i z nimi dzielić wykonywaną pracę. Nie lubię swojego nosa wystarczająco, by ciągle wpatrywać się w jego czubek. Jest trochę scentrowany i garbaty, a wokół tyle ładnych twarzy, na które przyjemniej patrzeć. I zeza się od tego człowiek nie nabawi.
Zorana nigdy nie wydawała mi się szczególnie chętna do zabawy. Za każdym razem kiedy, przemagając niechęć dla dobra drużyny, zapraszałem ją, by przyszła na nasze wspólne imprezy, odmawiała. Nie chcę ze strachu przed samą wizją marnowania młodości myśleć, że naprawdę na każdy z tych wieczorów jej alternatywą była książka czytana w łóżku.
Na tym najwyraźniej kończą się podobieństwa między nami, bo o moich wygłupach podczas zeszłorocznych imprez z drużyną jeszcze jest głośno na korytarzach.
Tak jak się spodziewałem, przy ćwiczeniu przerzutki, brak wszechstronności Zorany wyszedł na wierzch spomiędzy licznych warstw pewności siebie i ledwie złapała kafel. Całkiem świadomy, że to raczej po jej stronie leży wina, i tak mało nie zwymiotowałem z nerwów, że oto się nie udało i jednak nie mam na tyle zdolności, by nawet z niej wyciągnąć tę odrobinę ścigającego potrzebną do manewru. Ale przecież my dobrzy jesteśmy, nawet jako osobne elementy składowe i jakoś wyszło. Nie skomentowałem tym razem jej desperackich akrobacji, przecież nie od tego tu jest. Nie zamierzam posyłać żadnego ze swoich skrzydłowych na wcześniejszą emeryturę, a tym bardziej samemu odchodzić ani myślę. Napięcie zeszło, uśmiechnąłem się z ulgą i wyrwałem do przodu, wykręcając w powietrzu beczkę. Po drodze przemknąłem przez środek lewej, najniższej, obręczy, bo zdawało mi się, że skrzydełko jednego ze zniczy zahaczyło o metalową konstrukcję. Promień słońca odbity od kapitańskiej odznaki najwyraźniej zmylił mnie jednak, bo piłeczkę dostrzegłem miotającą się gdzieś między proporcami szkół magicznych, które uczestniczyły w turniejach quidditcha.
Jasnym było, że zakład stoi, nie musiałem nawet potwierdzać. Podążyłem za zniczem, którego spowolnił trzepoczący ciężki materiał ozdobiony emblematem tej francuskiej akademii, która wystawia beznadziejne drużyny. W przypływie dobrego losu, łatwo schwyciłem znicza, choć bardzo dużo czasu zajęło mi potem wyplątanie się z tych głupich szmat. A na dodatek dostałem w oko, które zaczęło od razu łzawić.
Ból wzmógł tylko wydzielanie adrenaliny, a rozszerzone niezdrowo źrenice widzą więcej. Gorączkowo rozglądałem się wokół, nie ograniczając się tym razem wyłącznie do boiska, trochę wodząc wzrokiem za sylwetką kluczącej w powietrzu Zorany a trochę patrząc w zupełnie przeciwnym kierunku.
W końcu wydało mi się, że widzę już drugiego znicza i zwycięstwo mam na wyciągnięcie ręki, że jeszcze zanim dotrze do nas reszta drużyny będzie mi dane unieść się nad nią dumą i tryumfalnie orzec swoją wyższość i jak bardzo zasłużyłem na pozycję kapitana.
Modląc się do wszystkich bogów, by Zora nie uporała się jeszcze ze swoim pierwszym zniczem (na co szanse były nikłe przez moje przygody ze sztandarami), zanurkowałem w kierunku zejścia z boiska do szatni. Wiatr ogłuszał mnie prawie, gdy bezwładnie pędziłem ku ziemi, wciąż niepewny, czy znicz naprawdę tam jest.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

błękitna

rusałka

18 lat

IX klasa

majętny

uczennica

Czarcie Włócznie, szukająca w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Pon Wrz 05 2016, 23:54

Nigdy nie chciałaby przyznać, że ma coś, cokolwiek wspólnego z Valerievem. Gdyby ktoś jej to powiedział, najpewniej zaśmiałaby mu się szyderczo w twarz i nigdy więcej nie zamieniła ani słowa. Potraktowałaby to jak jakąś niezwykle wyszukaną potwarz. Jednak na boisku dogadywali się przecież dość dobrze, jeśli rzecz jasna milczeli. Nie byli dograni, to oczywiste, ale chcieli tego samego. Zwycięstwa, uznania. Bo to by nie chciał? Wyjątkowi byli tylko pod względem, jak intensywnie i namiętnie tego pragnęli. Oczywiście Zorana skrupulatnie rysowała między nią a nim granicę, stawiała ścianę, wynajdywała kolejne różnice, byleby nie przyznać, że w czymkolwiek mogliby być podobni. Starała się nad tym nie zastanawiać.
W ogóle mierził ją pomysł, że mogłaby przypominać kogokolwiek, kim gardzi. Dlatego wręcz starała się nie przebywać z tymi, których towarzystwo uprzednio uznała za niewiele warte. A to, niestety, nie dotyczyło tylko wąskiego grona osób. Tylko im lubiła i była skłonna poświęcać swój cenny czas, tyko przed nimi otwierała swoją bardziej zabawową stronę. Czas na wygłupy był w czwartej klasie, więc choć rzeczywiście czasem miała ochotę szarpnąć się na coś bardziej towarzysko szalonego, nie obracała się w takich kręgach, w których byłoby to na miejscu. I jakoś z tym żyła - odbijała to sobie między innymi na treningach quidditcha, zwłaszcza tych samotnych. Wolała, by znajomi z drużyny myśleli o niej jako tej poważnej, powściągliwej i niedostępnej. Zwyczajnie wydawało jej się to wygodniejsze.
Karamazova nie miała nic przeciwko swojemu braku wszechstronności. To tak, jakby nagle zaczęła się przejmować, że nie umie lepić glinianych garnków na kole. A pomysł ten był przecież zupełnie absurdalny. Interesowało ją tylko, żeby być najlepszą szukającą, jeśli chodziło o quidditch, nie najlepszą wszystkim. Musiałaby przecież poświęcić wtedy na trening czas, w którym zajmowała się innymi, paląco ważnymi dla niej sprawami, jak choćby rysunek, czy też nauka i ćwiczenie magii kreatywnej albo transmutacji. Już przyzwyczaiła się do tego, że trzeba wybierać i nie będzie najlepsza w absolutnie wszystkim. Wybrała więc, żeby nie poświęcić ani krzty wysiłku na poprawienie swoich umiejętności gry na innych pozycjach poza szukającym.
Z miny Antona mogła niemalże wyczytać jego myśli i miała ogromną ochotę, by przynajmniej pokazać mu język, choć oczywiście się powstrzymała przed zniżeniem się do takiego poziomu. Zamiast tego udała, że wszystko było w porządku i że nawet nie podejrzewa, co się dzieje w jego głowie.
Zaśmiała się cicho, kiedy chłopak wystrzelił, najwyraźniej w kierunku pierwszego znicza. Popędziła w zupełnie drugą stronę, dostrzegając drugiego sunącego zygzakiem tuż nad murawą. Niestety Valeriev nie miał szczęścia i pierwsza wpadła mu w oko trudniejsza do złapania piłka. Zorana jednak nie zamierzała się tym przejmować. Skuliła się, przyciskając pierś do trzonka miotły i runęła na upatrzony znicz jak błyskawica. W jednej sekundzie zamykała na nim palce, w drugiej pędziła już w przeciwnym kierunku ku, jak się zdawało, ostatniemu zniczu. Miała świetny wzrok, więc wierzyła w swoje przeczucie i łopocząc szatą, cięła powietrze ze świstem.
Kątem oka dostrzegła, że Antonowi również wpadł już w oko. Nie zamierzała dać mu wygrać. Chwyciwszy mocniej miotłę, zwiększyła jeszcze prędkość, dając z siebie wszystko. Znicz próbował umknąć jej spojrzeniu, jednak twardo i zawzięcie nie pozwalała mu na to, wciąż mając na niego oko. Kapitan zaś już prawie równał się z nią, spadając z góry, podczas gdy ona pędziła tuż przy ziemi. Serce waliło jej jak młotem, potrzeba zwycięstwa i uwolniona w rywalizacji adrenalina przesłoniły jej wszelkie myśli. Miała tylko jeden cel, na którym była skupiona całkowicie. Znicz. Musiała go dopaść. Pierwsza. I to za wszelką cenę. Ogarnęła ją ogromna ochota, by jednym ruchem zepchnąć Antona z miotły, ale zacisnęła zęby i powstrzymała się przed wykręceniem mu takiego świństwa. W meczu pewnie by to zrobiła, pozorując jeszcze, że sam na nią wpadł. Nie chciała jednak, żeby się uszkodził.
W krytycznym momencie znicz wystrzelił w górę, tuż przed ścianą trybun. Karamazova natychmiast poderwała trzon miotły i poszła w jego ślady, już wyciągając po niego rękę, już czując na palcach podmuch wywołany ruchem metalowych skrzydełek. Miała nadzieję, że jej miotła jej nie zawiedzie, a Valeriev pozostanie w tyle.
Powrót do góry Go down
avatar


Petersburg, Rosja

półkrwi

18 lat

VIII klasa

przeciętny

Świtezianka, Werniks, rozgrywający i kapitan w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Nie Wrz 11 2016, 20:11

Ach, tak. Trudno przychodzą nam słowa. I nie ma co rysować tutaj kolejnej linii znaczącej nasze podobieństwo. Mamy akurat tyle lat i takie czasy, że przyznawanie się do błędów, braku własnej wyjątkowości czy uczuć głębszych każdemu przychodzi trudno.
Pewnie, że to aż cuchnie mną – wleźć na dach i stamtąd wywrzaskiwać podniosłe hasła. Podrywać tłumy jak atleta sztangę, by szły za mną jak gryzonie za szczurołapem. Swoją drogą nigdy nie próbowałem nikogo nakłonić do pójścia za mną swoim śpiewem, zawsze robiła to raczej obietnica dużych ilości alkoholu.
Ale szczęściem, że w quidditchu nie ma potrzeby na żadne wyznania. Wystarczy dobrze kontrolować miotłę, nie bać się prędkości i czujnie obserwować piłkę. A to już nam obojgu przychodzi z łatwością.
Paskuda Karamazova miała nade mną przewagę – nie myślałem nawet przed rzuceniem się w pogoń za pierwszym dostrzeżonym zniczem. Może bym ją doścignął i odwrócił sytuację.
W głowie zaczynało mi się kręcić od rosnącej wciąż prędkości i, co za tym idzie, różnicy ciśnień. Zatkane od pędu uszy, łopocząca wokół szata – ledwie słyszałem, co dzieje się dookoła. Pole widzenia też miałem ograniczone, ale wiedząc, że Zorana mierzy się z jedynie minimalnie lepszymi warunkami, niewiele sobie z tego robiłem. Muszę przecież wygrać, nie ma innej opcji. Nie po tym, jak prawie mi się nie udało, a ona zrealizowała postawione przed nią zadanie, choć nawet na moje standardy było diablo trudne.
Coraz szybciej, bliżej ziemi, ale też bliżej Zorany. Czyli znicz jest jednak niedaleko – to nie żaden mylący rozbłysk światła. A tak się bałem, że z każdym dniem od osiągnięcia osiemnastki będzie pogarszał mi się wzrok, słuch i postawa. Ale nie lękajcie się, robaczki, bo jeszcze nie czas na Antona-starca.
Szybciej, szybciej, widziałem już chyba, jak Karamazova wyciąga rękę do złotej piłeczki. Zupełnie jakbyśmy byli na światowej klasy meczu, a ona nagle zmieniła się w drugie wcielenie Viktora Kruma. Pusty stadion wypełnił się światłami mieniącymi się na lodzie, po trybunach niosły się okrzyki kibiców, skandowane nazwiska. Nad głową wisi groźba odgwizdanego przez sędziego faulu, zaraz podyktują karny i stracę swoją szansę.
Bo oto jedyna różnica między moją wizją a prawdziwym meczem – na boisku brakuje reszty drużyny. Zresztą „brakuje” to nieodpowiednie słowo: jest zwyczajnie niepotrzebna. Ja dam sobie radę sam, złapię tego ostatniego znicza i wieczna chwała będzie moja.
Nie dam rady tak jej wyprzedzić. Musielibyśmy zderzyć się ze sobą, a to tylko zmniejszy prędkość i drastycznie zmieni idealnie obrany tor lotu. Muszę wymyśleć coś, by dopaść znicz lecąc po innym kątem, namierzyć go od strony trybun i szatni.
Mam coraz mniej czasu i miejsca do manewru, znalazłszy się pomiędzy żerdziami, które podtrzymywały pierwsze rzędy ławek dla kibiców. Zwykle to miejsce zajmuje orkiestra zagrzewająca wszystkich do walki i wiwatów w przerwach technicznych. Klucząc między słupami z taką prędkością, miałem niewielką kontrolę nad miotłą, ale nie zdarzało się to pierwszy raz. Przede mną teraz ważniejsze zadanie: po obraniu nowego kursu trzeba było na nowo wypatrzeć znicz i dopaść do niego jako pierwszy. Ponieważ Zorana nie spuściła z niego oczu, było nawet łatwo. Z dzikim uśmiechem pochyliłem się nad trzonkiem miotły, by dotrzeć do niej na ostateczne starcie o zwycięstwo i-
Huknęło. Tylko tyle wiem. Z otaczającego mnie wcześniej huku wiatru nie zostało nic, cały mój pęd wyładował się w bezwładnym zderzeniu z jedną z grubych drewnianych belek. W ostatniej chwili wypuściłem z rąk miotłę, ostatnią przytomną myślą było, by nie dopuścić, żeby się zniszczyła. Jest nowa i taka wspaniała.
W płucach zabrakło mi powietrza i runąłem na ziemię wciąż usiłując go nabrać. Nie słyszałem okropnego świstu, z jakim w końcu udało mi się wziąć oddech. W zasadzie, nie słyszałem już nic, a wkrótce potem nie widziałem już nawet ciemniejącego nieba nad głową.
Ostatnie co pamiętam do rwący ból nie do zniesienia, zimno rozlewające się po całym, wykręconym pod dziwnym kątem ciele.
Powrót do góry Go down
avatar


Samara, Rosja

błękitna

rusałka

18 lat

IX klasa

majętny

uczennica

Czarcie Włócznie, szukająca w Zmorach

PisanieRe: Stadion quidditcha   Wto Wrz 27 2016, 19:08

Zaletą gier, w których pracowało się samemu było to, że nie trzeba było mówić. Zora była znacznie lepsza w czyny niż w słowa, choć ku jej nieszczęściu, często zmuszano ją do tego drugiego. Puste konwersacje jako wyraz grzeczności były na porządku dziennym. Nudziło ją to. Stokroć bardziej wolała ekscytujące rzeczy. Rozmowy - tylko interesujące. Dlatego lubiła quidditch. Nie tylko był podniecający i stymulujący, dawał też okazję do wszelkich popisów. Patrzcie na mnie - zdawały się mówić jej ruchy - podziwiajcie. Bo nie tylko adrenalina była upajająca, również to poczucie, że zdumiewa się tłumy. Kochała w tym wszystko - niebezpieczeństwo, zwyciężanie i setki oczu śledzące jej ruchy w zadziwieniu. Może mogłaby zajmować się tym zawodowo, gdyby nie sądziła, że stworzono ją do wyższych celów, a nie do bycia uciechą tłumów, choć niewątpliwie dawało jej to niemalże perwersyjną, upajającą przyjemność.
Przechadzając się zaś korytarzami Akademii i wciąż słysząc tylko Valeriev to, Valeriev tamto, prychała pod nosem i jeszcze bardziej pogłębiała się jej pogarda dla niego. Nie rozumiała, jak ktoś może lubić coś, czego ona tak nienawidziła - paplania bez ładu i składu na imprezach i przyjęciach. Upić się - pewnie prędzej. Ale gdy musiała chodzić na te wszelkie bankiety z zastygniętą w uśmiechu twarzą i uprzejmie odpowiadać na te wszystkie puste frazesy równie pustymi frazesami, robiło jej się niedobrze. I gdy myślała, że musiałaby znosić ludzi w tym samym wieku, bez znaczącego statusu społecznego i robić to samo, robiło jej się jeszcze gorzej. Bo o czym można było rozmawiać na imprezach? Służyły chyba tylko i wyłącznie wygłupom. Musiała przyznać, że to jest ta ekscytująca część, której najczęściej na salonach wyższej klasy brakowało, ale niestety należała do innego świata i choć czasem chciała, nie zamierzała wychodzić poza swoje kręgi. To nie przystało. Wychodziła z założenia, że rodzinę ma się na całe życie, a przyjaciele przychodzą i odchodzą. W rodzinie się dorastało, rodzina wychowywała, wspierała. Nawet jeśli podchodziła do życia swoich członków bardzo rygorystycznie i narzucała pewne zasady, za których załamanie mogła się odwrócić. Wystarczyło ich tylko przestrzegać, a plusy tego rozwiązania znacznie przeważały nad minusami. Dlatego też choć serce Karamazovej miało ochotę się buntować, skrupulatnie uciszała wszystkie tego typu uczucia, zbyt przywiązana do życia pełnego luksusów, obietnicy władzy i bycia w centrum uwagi. Dawno przyzwyczaiła się przecież do szeptów za jej plecami, jednych pełnych podziwu, innych pogardliwych. Choć nigdy nie przyznałaby się, że w ogóle zwraca na nie uwagę, gdzieś podświadomie czuła się mile połechtana. Nie była kroplą w deszczu, była kimś.
Łopotanie szaty gdzieś obok zasygnalizowało Zoranie, że kapitan jest blisko. Prawie tak blisko jak ona. Jednak w bezpośrednim wyścigu nie miał szans. Już uśmiechała się tryumfalnie, już jej serce waliło. Czuła, że żyje. Jej wizja jednak różniła się od tej Antona. Wokół nie było wiwatującego tłumu, podnieconego głosu komentatora, świateł, telebimów. Była sama i ogarniała ją cisza. Świszczący wiatr gdzieś nikł w tym jednym ogarniającym ją uczuciu, nie słyszała trzepoczącego serca, w podnieceniu pompującego krew do żył, gdzie mieszała się z adrenaliną. Ciało jej nie drżało, nie myślała o niczym. Ogarniające ją skupienie było niczym trans. Gdzieś z tyłu jej głowy pojawiła się myśl, że Valeriev musiał wybrać inną drogę do znicza, próbował zgadnąć, gdzie się zaraz znajdzie i użyć niebezpiecznego skrótu. Wierzyła jednak w siebie na tyle, iż była pewna, że mu się nie uda. Nie bała się, że przegra, bo wiedziała, że tak nie będzie.
Jej zwycięski okrzyk, kiedy zacisnęła palce na chłodnej powierzchni złotego znicza, zagłuszony został przez niemal obezwładniający huk. Karamazova powróciwszy tak nagle do rzeczywistości, nieomalże runęła z miotły. Szczęśliwie zdążyła przylgnąć do niej bliżej i wykręcając beczkę uratowała jakoś sytuację. Z przejęciem zaczęła poszukiwać źródła hałasu.
Zobaczyła go leżącego bezwładnie na murawie, jęczącego z bólu, wygiętego dziwacznie. Serce Zory znów załopotało, jednak tym razem ze strachu. Zanurkowała natychmiast, tuż nad ziemią zeskakując z miotły zanim ta jeszcze się zatrzymała, pozwalając jej, by pofrunęła gdzieś dalej i opadła w końcu na trawę. Popędziła w kierunku kapitana.
- Anton! - z jej ust mimowolnie wyrwał się krzyk, kiedy go dopadła i rzuciła się obok na kolana. Szybko zlustrowała jego korpus, starając się zorientować, co mu dolega. Żebra? Prawdopodobnie. I jeszcze ta ręka... Pierwszy raz pożałowała, że jest taka słaba z lecznictwa. Nie wiedziała, za co się zabrać. Wyszarpnęła różdżkę. Drżącym głosem zaczęła szeptać jakieś łatwe zaklęcia, mając nadzieję, że choć trochę uśmierzy ból i nie uszkodzi go jeszcze bardziej podczas transportowania do skrzydła szpitalnego. Kiedy sądziła, że pierwsza pomoc została zakończona, objęła go drżącymi rękami i zarzuciwszy sobie jego jedno ramię na plecy, podniosła go z ledwością. Był taki wielki! Oczy zaszkliły jej się łzami. Miała nadzieję, że szybko ktoś ich znajdzie, bo sądziła, że doczłapanie się do pielęgniarki zajmie jej wieki.

//ztx2
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Stadion quidditcha   

Powrót do góry Go down
 
Stadion quidditcha
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: