IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Pokój nr 2456

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

PisaniePokój nr 2456   Nie Lis 06 2016, 13:27

Pokój nr 2456

Pokoje urządzone są w różnym stylu w zależności od ich wielkości i kondygnacji, na której się znajdują. Początkowe numery oznaczają numer piętra, a kolejne dwa numer pokoju, a cena ich wynajmu rośnie proporcjonalnie do wysokości, na jakiej się znajdują. 2456 jest pokojem urządzonym w zgaszonych, oliwkowych barwach, z meblami z ciemnego, lakierowanego drewna. Przy drzwiach znajduje się wejście do garderoby oraz telefon naścienny w starym stylu z pozłacaną słuchawką. Po lewej stronie wejście sporych rozmiarów łazienka, z okrągłą wanną na samym środku. W pokoju przy ścianie sporych rozmiarów łóżko z ciężką ramą, zdobioną w roślinne motywy, dalej toaletka, dwa niskie fotele i stolik do kawy, na którym znajduje się zawsze wazon ze świeżymi kwiatami.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Nie Lis 06 2016, 14:22

- Jakie cztery lata z sąsiadem?! - i weź tutaj rozmawiaj z pijanym. Z sąsiadem to co najwyżej dwadzieścia minut, jestem pewna, że mały nawet nie zauważy, bo smacznie chrapał kiedy wychodziłam. Sąsiad dostał herbaty i ciasta, co zostało z podwieczorku, nie zdąży pewnie spokojnie zjeść zanim przyjdzie Alma, zacznie mu narzekać jaką to złą matką jestem, że w środku nocy uciekam na jakieś schadzki.
Ha! Gdyby teraz mnie widziała.
Z oburzenia pewnie złożyłaby rezygnację i trzeba byłoby szukać kogoś nowego. To dopiero byłby cyrk. Nie większy niż dzisiaj, to pewne, ale zdecydowanie bardziej uciążliwy.
- Nie jestem mała - mruczę pod nosem i przez chwilę po prostu na niego patrzę. Jeśli mam być szczera, to najlepsza rzecz jakiej nauczyłam się przez cztery lata macierzyństwa. Patrzenie na kogoś bez słowa, spojrzeniem wyrażającym dezaprobatę potrafi zdziałać więcej niż tysiąc słów. A ja sobie nie życzę żeby jakiś pijany Onegin pstrykał na mnie palcami jak na służącą. W końcu kręce głową i zamiast biec zamówić marszutkę to biorę go pod ramię, wątpię żeby sam doszedł gdziekolwiek. No i, nie ma co ukrywać, naprawdę lubię ten płaszcz, nie chcę żeby mi go podarł o jakieś krzaki, w które pewnie by wpadł bez mojej pomocy.
Kończy się tym, że drze mi się do ucha.
Daję mu więc chwilę na te kocie pieszczoty (na wszystkie pomidory świata, jakie to brzydkie), po czym ciągnę za ramię, ja tu przecież zamarzam. Może jego grzeje alkohol, ale jestem przekonana, że szpitalna (o co chodzi z tym szpitalem?!) nie grzeje i w głębi ducha - czy ciała? Prędziej ciała - też zamarza.
I bardzo ważna sprawa, żebyśmy się zrozumieli.
- Nie będę jechać do żadnej Zaharenko - nawet jeśli ta szczoteczka jest złota i wysadzana diamentami (co wcale by mnie nie zdziwiło!), nie będę w środku nocy dobijać się do drzwi jakichś Virginii. Jestem przekonana, że zdobycie będzie najmniejszym wyzwaniem tej nocy.
Nie to co podróż. Hotel wcale nie jest daleko, ale mam wrażenie, że jazda do niego trwa całą wieczność. I tak miałam szczęście, że oprócz nas w marszutce jechała jedynie dwójka nastolatków, nawet przed nimi było mi głupio. Kierowca nieustannie patrzył na nas z zniesmaczeniem, kot syczał, a on chrapał. Dobrze, że przynajmniej się nie ślinił… Za to hotelowa recepcja nie zdawała się być zdziwiona tym nietypowym widokiem. Środek nocy. Kobieta w piżamie. Pijany mężczyzna w szpitalnych ciuszkach (i damskim płaszczu). Oraz kot. Onegin musi być w hotelowych kręgach dość znany, bo po prostu wręczyli mi klucz. Bez większych pytań.
I bez problemu dostałam dla nas szczoteczki. Na dodatek czekał na mnie w środku czysty, ciepły szlafroczek!
W pokoju czekała na mnie jeszcze jedna bitwa, ale w końcu udało mi się zamknąć Onegina w łazience żeby zmył z siebie chociaż odrobinę smrodu gorzelni. Słysząc szum wody, padłam na fotel jak nieżywa. Jak ja się tutaj znalazłam? Ten pokój jest pewnie wart więcej niż całe moje mieszkanie razem wzięte, a przecież mieszkam bardzo wygodnie (i to tylko w części dzięki alimentom. Większość idzie na konto Leosia, żeby miał kapitał na przyszłość!). Masuje obolałe skronie, bo z tych wszystkich wrażeń tylko rozbolała mnie głowa. Ciekawe czy uznano by to za wielką impertynencję gdybym zamówiła do pokoju butelkę wody?
I może kawałek pizzy, nie jadłam niczego od kolacji.
A przez to, że mój syn wszedł w fazę jeszcze zdrowszego odżywiania i regularnych posiłków, ta była o osiemnastej. Nie można w końcu nic jeść na cztery godziny przed snem.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Nie Lis 06 2016, 23:39

Chuja tam. Przecież ja nie chcę, żebyśmy jechali do żadnej Virginii, Loluś, popierdoliło cię do reszty? Niech sobie tą szczoteczkę wsadzi w dupę, ja po prostu chcę jakąś mieć. Szczoteczkę. A dupę to nie wiem, się zobaczy czy mnie żadna nie będzie wkurwiać. Ale to. Nie teraz. Teraz do marszrutki i grzecznie przecież, chociaż jakieś smarki z nami jadą, rzucam im tylko ukradkowe spojrzenie, chociaż oni gapią się bezczelnie, ja pierdole. Ilekroć jestem gdzieś w  trasie, a bardzo chcę już znaleźć się na miejscu myślę o tym, że za 5, 10 minut będę już dalej, wspominając, że wcześniej byłem tutaj i znowu jestem bliżej. I znowu. I jeszcze trochę. I zaraz się położę.
- Idziesz jutro do pracy? W sensie, że dzisiaj? – Ja nie wiem, ale w soboty to wielu pracuje.
Jasno oświetlony hol z kryształowymi żyrandolami oślepia mnie, mrużę więc oczy, kładę głowę na ladzie recepcji. Winda nie ma końca. A nie, jednak ma. Potykam się o własne nogi aż Lola wpierdala mi do łazienki, więc zrzucam z siebie wszystko, ale kurwa nie mam ochoty na prysznic. Nie mogę rano? Wolałbym rano. Mimo wszystko wchodzę, zostawiając na podłodze swoje dżinsy i szpitalną koszulę, ściągam sygnety i ledwo stoję, kurwa, ale szybko robię, co muszę. Skoro mnie wpieprzyła pod prysznic to znaczy, że tak trzeba? Głowa mi pęka, a woda zimna, wcale nie przynosi ukojenia. Powinienem wziąć chyba ciepły prysznic, aby się rozgrzać, ale kurwa, nie jestem w stanie. Nie lubię się kąpać w  ciepłej wodzie. Wyciągam rękę po szczoteczkę, nakładam pastę i myję te zęby pod prysznicem, chociaż skórę mam już tak napiętą, gęsia skórka na tatuażach nigdy nie wygląda korzystnie. Ale te tatuaże tylko do pewnego momentu wyglądały na mnie korzystnie. Ja wyglądałem. Dopóki nie zaczęło ich być tak dużo i wszędzie. Ale to tylko ciało, w dupie to mam. Miałem. Poprawka, miałem, dopóki się nie okazało, jakie to wszystko się stało upierdliwe i to wcale nie od wizualnej strony. Spluwam. Płuczę gardło, chociaż po chwili i tak nalewam wody do stojącej przy lustrze szklanki i wypijam haustem. Jeszcze ze trzy. Jeszcze się zeszczam. Gdzie ten ręcznik. I mogę już iść spać? Mogę. Muszę. Aha, woda dla kota. Rozglądam się, w końcu biorąc z parapetu spodek z doniczki, ale jest za płytki. Miseczka z potpourri? Kurwa, to pewnie zbyt intensywnie śmierdzi, ale może się skusi? Niczego innego nie ma. Wypierdalam suszone płatki za okno, a naczynie przez chwilę płuczę intensywnie na zmianę to zimną, to gorącą wodą, w końcu nalewając do niej takiej, w temperaturze pokojowej. Z ręcznikiem ledwo trzymającym się na biodrach wychodzę z łazienki, z trochę mniej przekrwionymi oczami, jeszcze bardziej zziębnięty, ale wmawiam sobie, że lepiej się trzymam na nogach. Kładę miseczkę na podłodze, zły nagle na siebie, że nie mam dla niej niczego do jedzenia. Ale nic, kurwa, pobiegnę rano. Właściwie, to która jest godzina? Baset wyskakuje spod łóżka, uważam, żeby się o nią nie potknąć, akurat mi pod nogi wleciała. Dochodzi czwarta. Podchodzę do łóżka, kurwa, łoża, oczywiście, jest ogromne, ale co z tego. Odsuwam część pięknej narzuty i pościeli i wyszarpuję jedną część materaca na podłogę. Ha, wiedziałem, te gówna zawsze mają dwa, pojedyncze materace, zamiast jeden wielki. Nie wiem, z czego to wynika, ale w łożach arystokratów spotykam się z tym często. Tylko kołdrę dali już jedną. No chuj tam, trudno. Okrążam łóżko podchodząc do okna łapię za zasłonę, którą zrywam niespodziewanie szarpnięciem. Jedna uparta żabka się ostała. To doprawiam. No i spoko. Odwracam się, na szybko odpinając pozostałe klamerki od ciężkiej zasłony i rzucając je na podłogę.
- Dzięki, Lola. – Powinienem dodać, że bez niej bym tu nie trafił, czy coś tam, coś tam jeszcze, ale już mi lepiej, czuję to, to i milknąć zaczynam. Mijam fotele wracając do swojego materaca na podłodze, ściągam z bioder ręcznik niedbale rzucając go gdzieś pod drzwi, nie przejmując się wcale obecnością Loli i kładę się, przykrywając oliwkową zasłoną. Chociaż parę godzin snu, bez żadnych niespodzianek.
Baset zaczyna biegać.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 07 2016, 01:46

Przysypiam trochę na tym fotelu, obserwując biegającego dookoła kota. Ale i tak czekam aż wygramoli się spod tego prysznica - sama nie wiem po co. Sam powiedział, że musi wytrzeźwieć zanim powie mi wszystkie rzeczy które chce powiedzieć, wytrzeźwienie wymaga snu. I pewnie tłustego śniadania, jestem przekonana, że obudzi się z paskudnym kacem.
Ciekawość trochę zżera mnie od środka, mam nadzieję, że nie skończy z żadnym “ach, jednak nieważne”, kiedy już dojdzie do siebie.
Soboty i niedziele spędzam z synem. I chciałabym do niego jak najszybciej wrócić, ale coś czuję, że długo to potrwa znając małomówność Onegina. Do obiadu nie wydusi ani słowa, przed kolacją wreszcie się zdobędzie na jakiś wstęp i dopiero w okolicy północy, kiedy trochę wypije, będzie gotowy na rozmowę. Alma nie będzie zadowolona. I pewnie policzy mi za nadgodziny zdrowo, mniej w tym miesiącu wpłynie alimentów na przyszłościowe konto Leona - Nie, nie muszę jutro… dzisiaj, pracować - mówię, zerkając na niego spod wpółprzymkniętych powiek, kiedy wychodzi z łazienki. I nieomal od razu podskakuję na fotelu, odwracając głowę gdzieś w bok. Z zawstydzeniem.
To definitywnie nie jest reakcja dorosłej kobiety, czuję jak palą mnie policzki. I to też nie jest nowy widok (chociaż zapamiętałam zdecydowanie mniej tatuaży, kiedy on sobie je wszystkie zrobił?!) - na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że minęło naprawdę wiele czasu od kiedy po raz ostatni widziałam mężczyznę w negliżu. Czy tam nieomal negliżu.
I nie wiem czy to smutne, czy śmieszne, że to ten sam mężczyzna. Chłopak. Nie ważne.
- Nie ma sprawy - mruczę na podziękowania, udając wielkie zainteresowanie sufitem. Miałam zamiar tak odwracać wzrok, przynajmniej do momentu w którym przestaną mnie palić policzki - ale zaczął hałasować, no musiałam sprawdzić co robi. Z każdym kolejnym ruchem Onegina brwi unosiły mi się do góry, kiedy zabrał się za zasłonkę były już pewnie pod sufitem. Z jednej strony to niezwykle szarmanckie, że oddaje mi łóżko…
Ale spanie pod firanką? Kiedy jest tak zimno? I na dodatek n a g o?
Nie jestem z tego dumna, ale pisnęłam kiedy pozbył się ręcznika. Mam nadzieję, że nie zwrócił uwagi.
Aż mi zimno jak na niego patrzę. Siedzę przez chwilę i zastanawiam się co zrobić, ale przecież nie mogę pozwolić żeby umarł na suchoty. Wiem, że gruźlicę praktycznie wytępiono, nie zmienia to faktu, że Leo nieustannie straszy mnie chorobami płuc, jak bardzo byłby zawiedziony gdybym pozwoliła zapaść na jakąś jego ojcu? I nie dajcie bogowie, jeszcze by od tego umarł, syn by mnie zostawił i wyniósł się z Almą na Kamczatkę po czymś takim.
- Na miłość Welesa… - mruczę więc pod nosem, ściągając tę wielką kołdrę z łóżka. Opatulam go dokładnie firanką (w końcu nie ma nic pod spodem!), siebie szczelnie osłaniam szlafrokiem. Układam obok niego poduszkę (miękka!), dokładnie okrywam naszą dwójkę kołdrą i odwracam się na drugi boczek, coby sobie nie pomyślał, że przyszłam go obmacywać. Ciepło od ciała i tak przejdzie, nie musimy bawić się w łyżeczki.
Długo nie mogę zasnąć przez tego dziwacznego kota - nawet nie zauważam jak odlatuję.
Budzą mnie ostre promienie słońca. Powoli otwieram oczy, nieco obolała (ale przyjemnie mi, ciepło), przez dłuższą chwilę nie wiem gdzie jestem.
Pierwszą rzeczą na której udaje mi się skupić wzrok jest kot.
W świetle dnia wydaje się być jeszcze brzydszy, nie wiem jak to możliwe.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 07 2016, 11:43

Co. 
Budzę się z twarzą w gęstych włosach, które wcale nie należą do Virginii, poznaję, bo nie jebią na kilometr olejkiem z orzechów macadamia, tylko... nie wiem czym. Nie jestem dobry w określaniu zapachów, macadamia utarły mi się w głowie tylko dlatego, że średnio raz na dwa tygodnie były na liście zakupów. Dopóki się nie ruszam jest dobrze, ale jak tylko przekręcam się na bok czuję, jak mi karma ściska łeb imadłem. Siadam, spoglądając na leżącą obok Lolę i zastanawiam się na chuj się ściskaliśmy w dwójkę na materacu skoro łóżko jest wolne. Nie wiem. Nie rozumiem logiki kobiet, a motywów postępowania Loli tym bardziej. Odrzucam od siebie zasłonę i podchodzę do okna, uchylając je, bo nie ma czym oddychać. Skup się. Czego potrzebuję. Teraz przydałaby się jedna z zakupowych list Virginii. Przechodzę przez pokój docierając do telefonu, wybieram kierunkowy recepcji. Dobra. Przynieście mi karmę dla kota. Trzy butelki wody. Naleśniki z owocami, mogą być. Ale bez ananasa. Tak, z syropem. Kurwa, ja je robię czy wy? Nie wiem, zaskocz mnie tym cukrem. Sweter i sztruksy. Czarne. Jasne. Dzięki. Zostawcie pod drzwiami. Aha jeszcze paczkę fajek, chociaż nie wiem czy się po niej nie zrzygam. Dzięki. 
Odkładam słuchawkę. 
Zaraz się zesram. 
Zdążyłem wziąć jeszcze jeden, szybki, lodowaty prysznic, każdy sygnet wraca na swój palec, ale kurwa, ledwo widzę. Wszystko mi się zamazuje, za to słuch mam maksymalnie wyczulony. Mam wrażenie, że słyszę każdy najmniejszy szmer. Windę na drugim końcu korytarza, nadjeżdżający wózek, odgłosy kąpieli w pokoju obok, ciche oddechy Loli. W japie mam tak nieprzyjemny odór alkoholu jakby mi cukier spadł diametralnie. Muszę zjeść. Za drzwiami złoty wózek czeka na mnie z prawdziwą ucztą i bombą kaloryczną, podjeżdżam z tym jak najciszej do jednego z foteli, wciągam spodnie i sweter bezpośrednio na gołe ciało. Na dolnej półce wózka leży jeszcze małe, jadowicie żółte zawiniątko, które okazuje się być parą grubych, wełnianych skarpet. Prawie się uśmiecham, bo to miłe, a z drugiej strony kurwa przykre, że mnie pamiętają. Ale chuj tam, skarpety zajebiste, ubieram. Wracam do łazienki, podnosząc z podłogi moje dżinsy, ale w kieszeniach już nic więcej nie ma. Kurwa, zgubiłem różdżkę? Znowu. Czemu jeszcze mnie to zaskakuje. Z parapetu biorę spodek, na który nakładam kocią karmę. Baset, gdzie ty jesteś. Ha, znajduje się magicznie w momencie, gdy kładę spodek na ziemi. Rozsiadam się wygodnie na fotelu sięgając po naleśnika, chociaż załadowali mi tu jeszcze ciepłe rogale, śmietanę, mleko do kawy w eleganckim termosie (kurwa, kto projektuje termosy, poważnie), drożdżówki z owocami, makiem, serem i chuj wie czym jeszcze. Dzbanek herbaty, wody i butelka soku. Jeszcze wiele innych ciasteczek, miniaturowych naleśniczków, wiele rzeczy, których połowy nawet w dwójkę nie zjemy. Pakuję sobie do mordy owoce i śmietanę obserwując śpiącą Lolę i zastanawiam się do chuja pana, czemu do niej zadzwoniłem. Czemu. Znaczy się powód znam, ale nie wiem, dlaczego faktycznie to zrobiłem. Jem szybko, wcale się nie delektując, wpychając w siebie to wszystko, żeby jak najszybciej zapełnić żołądek. Nie wiem, jakim cudem wstałem przed nią, zdawało mi się, że matki nie śpią prawie wcale, ale może to wina Virginii i jej porannych pobudek. W każdym razie Lola w końcu otwiera oczy, a ja wciąż obserwuję ją, wpychając w siebie ostatni kęs naleśnik i oblizując palce z syropu. Na przywitanie nie mówię nic, oczywiście.
Bo co miałbym? Jak ci się spało, kwiatuszku? Chcesz naleśnika? Przecież jej nie zabraniam, będzie chciała, to się poczęstuje.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 07 2016, 13:01

Czyli to nie był sen.
Wzrok z kota przenosi się na wpatrującego się we mnie Onegina, aż trochę mi głupio, bo wcale nie jestem pewna czy nie mamrotałam przez sen. Albo się nie pośliniłam. O tyle dobrze, że nie wygląda na umierającego z zimna. Skacowanego, owszem, ale trochę jeszcze pożyje.
Odgarniam włosy, przewracam na plecy i podnoszę.
Dzień dobry.
Żołądek skurczył mi się z głodu do rozmiaru rodzynki, zapach kawy kręci w nosie - dzień trzeba zacząć od umycia zębów. Zaczynam powoli żałować, że nie włożyłam na siebie niczego lepszego niż ta piżama. W końcu prędzej czy pózniej będę musiała wyjsć z tego pokoju. Przynajmniej szlafrok dobrze grzeje, muszę sobie taki sprawić. Może na święta? Włożę sobie pod choinkę.
Taki los mamy, sama sobie kupuje prezenty.
Szorując zęby przeglądam się w lustrze. Zaskakująco się wyspałam, ale oczy wciąż lekko podkrążone. Zimna woda redukuje opuchnięcia, ale nie ma co ukrywać. Zmieniłam się przez te ostatnie lata. Skóra zwiotczała i jestem prawie pewna, że mam pierwsze zmarszczki wokół oczu. Mówię sobie, że to mimiczne i od śmiechu, nie zmienia to faktu, że nieustannie probuje zapobiec ich powstawaniu, wklepując w siebie coraz to droższe kremy.
Gdybym wiedziała, że przyjdzie spędzić mi noc w hotelu, wzięłabym jeden ze sobą.
Płuczę gardło, staram się jakoś ułożyć włosy bez szczotki (szybko się poddaje) i szczypię się po policzkach, bo na filmach z epoki zawsze w ten sposób damy dodawały sobie kolorytu. Boli tylko, nie widzę żadnych efektów, zawiedziona wychodzę z tej łazienki. Wyglądam jak lump.
A on dalej siedzi w tym samym miejscu.
Na język ciśnie mi się tysiąc pytań, probuje jednak zerwać ze schematem "milczący Onegin, gadatliwa Gurlić". Nie mogę powiedzieć, że do tej pory niczego dobrego nie przyniósł bo obraziłabym własne dziecko, jedno mi jednak starczy. Ilość dzieci nie powinna przekraczać ilości rodziców.
Zerkam na niego kątem oka, nalewając sobie kawy, ale złośliwa podświadomość podsyła mi jego roznegliżowaną sylwetkę z zeszłego wieczora. Na samo wspomnienie robi mi się gorąco, pewnie przez pięcioletnią abstynencję, lepiej żebym zajęła się ciepłymi rogalikami. I drożdżówką z owocami. I ciepłym mlekiem od kawy.
Życie w hotelu musi być cudowne, nie pamietam kiedy po raz ostatni ktoś zrobił mi śniadanie!
Wciąż milcząc - brawo Lola, dobrze się trzymasz! - zabieram się za jedzenie. Zerkam na niego co chwila (ciekawość jednak zżera mnie od środka), chcąc sprowokować go do mówienia, ale marne te moje próby, skoro co chwila muszę odwracać wzrok przez złośliwą podświadomość i wspomnienia zeszłej nocy.
Mogłabym się tak wstydzić gdybym i ja się negliżowała, ale mojej piżamie nie rozpięto nawet guzika. Weź się w garść Grujić, nie masz piętnastu lat!
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 07 2016, 16:58

Nie wiem, czy mi odpowiada to milczenie, na pewno mi nie nie odpowiada, więc może być? Szczerze mówiąc nie pamiętam już naszych poranków. Nie dlatego, że jakoś usilnie się starałem i mi nie zależało, ale dlatego, że to było cztery lata, ba, pięć już prawie, temu i wiele się od tego czasu zmieniło. No właśnie, my się powinniśmy zmienić, a zdaje się, że Lola to nie bardzo ewoluowała. Ja nie wiem, w sumie, jak tam w innych sytuacjach, ale kurwa, nie daje mi to spokoju odkąd wczoraj przyszła, chociaż dopiero teraz w jasno określonej formie te myśli zaprzątają mi głowę. Obserwuję ją bez przerwy, na chwilę tylko wzrok odwracając, żeby sobie kawy nalać, żeby potraktować naleśnik śmietaną, żeby złapać w palce truskawkę i wsunąć ją w całości. Zapadam się niżej w  fotelu, opierając kostkę lewej nogi na kolanie. Za długi jestem, zawsze zresztą byłem. Lola to pewnie nie ma żadnych problemów z tym związanych, bo jest krasnalem. Znaczy chyba przeciętnego wzrostu? Ale dla mnie wszyscy są krasnalami. Nic nie mówi. Obraziła się? Nie mam pojęcia, ostatnim razem gdy spędziłem z nią tyle czasu i jadłem posiłek miała jeszcze niebieskie włosy. Ale to chyba dobrze, posiłek się powinno spożywać w milczeniu.
W końcu czuję, że więcej już w siebie nie wepchnę, a przynajmniej na ten moment, przejeżdżam kciukiem po dolnej wardze i łapię za widelczyk, aby chwilę pokręcić nim między palcami, wcale nie bez powodu, chyba tylko po to, żeby przyspieszyć ten proces przygotowywania się do odezwania. Poważnie, zawsze miałem z tym problem.
A Lola się czerwieni. I nie wiem dlaczego, nie pamiętam czy miała tendencje do zarumienionych policzków ze złości, ale na pewno nie z gorąca, przecież otworzyłem okno. Mijają sekundy, minuty nawet, kawy ubywa, ciche odgłosy spożywania, które w mojej głowie są cztery razy głośniejsze i wyraźniejsze wcale nie pozwalają mi się skupić. W końcu wzdycham i przejeżdżam dłonią po ogolonej głowie, którą opieram na pięści. Nawet krzywo siedzę, z ręką na oparciu, plecami opartymi i podłokietnik, ja to sobie nigdy z takim cielskiem wygodnej pozycji nie znajdę.
- Dlaczego przyszłaś? – Nie cierpię swojego głosu na kacu. Jakby sam w sobie nie był już wystarczająco niski i głęboki, po alkoholu musi być jeszcze ochrypły. I zdaję sobie sprawę, że jest atrakcyjniejszy niż moja niewyjściowa morda – a co nie jest – ale i tak mnie wkurwia, bo często ludzie nie potrafią się skupić na tym, co mówię, a tylko na tym jak. Serio, gdybym jeszcze potrafił mamić kobietki w banku i na milicji to może coś bym z tego czarującego głosu miał, ale tak? Gówno, gówno. Przynajmniej jestem małomówny.
A pytam zupełnie szczerze, chociaż jeszcze kilka innych rzeczy, bardziej aktualnych nurtowałoby mnie. Na przykład czemu spała obok. Albo czemu ma czerwoną mordę. Nie zapytam o piżamę, to mnie w gruncie rzeczy nie interesuje, poza tym odpowiedź jest dość jasna. Wyszła jak stała, tylko dlaczego kurwa, dlaczego wyszła z tego pierdolonego mieszkania i przyszła do tego zjebanego parku nad ranem, tylko dlatego, że zadzwoniłem?
- Jesteś pierdolnięta czy jak? Powinnaś była odwiesić słuchawkę, Lola, wszystkim się dajesz tak wykorzystywać? – No i masz, wkurwiła mnie. Gołębie serce, leci na skinienie, chociaż ma własne problemy, które jej się pewnie jeszcze przez tą przygodę nagromadzą. Jakby nie było ja jestem jej problemem, długoterminowym nawet. No właśnie. Więc czemu, do chuja pana, przyleciała?
A może jestem zły na nią i na siebie po równo. Na siebie, bo jednak zadzwoniłem. Na nią, bo przybiegła, co oznacza, że to wszystko dzieje się już i nie przestanie nagle. Przecież nie powiem wiesz co, jednak nie ważne.
Chociaż… kurwa…
Może powinienem? Można by ten rozdział tak zamknąć i nie robić jej więcej kłopotów i zmartwień (o syna, przecież nie o mnie) i nie rzucać się nagle w wir starej relacji w  nowym wcieleniu? Może ja bym mógł dla odmiany postąpić racjonalnie. Przydałoby się. Loli zdecydowanie też.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 07 2016, 18:23

Przeszkadza mi to milczenie.
Nie jestem przyzwyczajona do ciszy. U mnie w domu zawsze było głośno - kiedy dorastałam, bo pochodzę z takiej rodziny w której każdy ma coś do powiedzenia i trzeba było czasem krzyczeć żeby dojść wreszcie do głosu. Teraz też jest głośno. Mamy z Leosiem sporą kolekcję kaset, zawsze rano leci muzyka. On opowiada mi swoje sny i dzieli się ze mną obawami dotyczącymi stanu zdrowia swojego i świata, ja czytam mu pozwy na dany dzień. Przekomarzamy się, śmiejemy, ja wybrzydzam, że znowu musimy jeść na śniadanie niesamowicie zdrową owsiankę zamiast słodkich naleśników i boczku. Dobrze, że przynajmniej dzisiaj załapałam się na naleśniki. On namawia mnie na kurs zdrowego gotowania, bo pomimo lat prób i błędów, wciąż nie zasłużyłam na tytuł kucharza roku. Lubię gotować i dobrze mi to wychodzi, dopóki skupiam się na tym co lubię. A tak się składa, że gusta moje i mojego dziecka zupełnie się nie pokrywają.
Leon lubi szpinak.
I kiedy patrzę jak Erno wpycha sobie do paszczy kolejne naleśniki, nie mam pojęcia po kim to dziecko odziedziczyło kubki smakowe.
To zabawne, ale też nie pamiętam naszych wspólnych poranków. Nie było ich zbyt wiele, zacznijmy od tego, chyba zazwyczaj budziłam się sama. Albo pierwsza - i wychodziłam gdzieś się śpiesząc? Ale jestem przekonana, że buzia mi się nie zamykała, kiedy w końcu spotkaliśmy się przy śniadaniu. Raz pewnie, nie wierzę, że więcej. Opowiadałam mu pewnie różne głupoty, które akurat chodziły mi po głowie. I na samym początku, to akurat pamietam, podobało mi się jak niewiele mówił. Chyba przed nikim nie mogłam się tak wygadać.
Na dłuższą metę to było męczące. Jak rozmowa ze ścianą.
Brakowało mi tego, to też pamiętam. Brakowało mi odpowiedzi. Nie lubię mówić, może zabrzmi to teraz śmiesznie, lubię rozmawiać. Nawet o głupotach. Nawet o pogodzie za oknem.
Zimno, mógłby zamknąć to okno.
Dlaczego przyszłaś?
Sama nie wiem. To chyba normalny odruch, pomóc kiedy ktoś dzwoni w potrzebie. Szczególnie kiedy, nie można o tym zapominać, łączy nas jednak wspólna mieszanka genów. Przez to już nigdy nie będzie dla mnie ot, przypadkiem z przeszłości. Gdzieś tam muszę o niego dbać, chociażby ze względu na Leona. Dbać bardziej niż o innych.
Bo czy to zbrodnia, przejmować się? Nikt się dzisiaj nie przejmuje. Ta znieczulica wydaje się czymś naturalnym, czymś normalnym, zwykle ludzkie, empatyczne odruchy od razu klasyfikuje się jako coś głupiego. Czy nie żyłoby się wszystkim lepiej gdyby ludzie byli wobec siebie chociaż trochę życzliwi?
Byłam nawet gotowa podzielić się tym całym wywodem, kiedy ten wyjechał z agresją - Hej! - z trzaskiem odkładam filiżankę na stolik, prostując się na fotelu. Sam zajebany zadzwonił do mnie w środku nocy, brzmiąc jakby umierał, ale to mnie popierdoliło? Tak się mają rzeczy? Śmieszne. I chce mi jeszcze dawać wykłady. On, który uciekł ze szpitala i się napierdolił? Biedny Erneś, narzeczona go wyrzuciła więc postanowił się zapić w pierwszym lepszym parku, bardzo dorosłe. Bardzo. Gotuje się we mnie od środka, nie zasługuje na takie traktowanie - Dlaczego uciekłeś ze szpitala? - odbijam piłkę. Może kilka lat temu bym krzyknęła. Z czasem nauczyłam się, że chłód działa znacznie skuteczniej. Dlatego nie podnoszę głosu, raczej go zniżam. Wbijam w niego spojrzenie, już się nie czerwienie. Nawet mojej podświadomości przeszły dziwaczne myśli - Zadzwoniłeś, więc najwyraźniej chciałeś żebym przyszła.
Nie musi na mnie wyładowywać swojego niezdecydowania.
Sam zapowiedział. Chce mi coś powiedzieć. Czekam - wstaję, z hukiem zamykam okno.
Nie będę więcej marznąć. Czekać też nie będę wieczność, mam dokąd wracać.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 07 2016, 21:55

Zdrowe jedzenie, zdrowy tryb życia, dużo wody, zapominając na chwilę, że faktycznie jestem sportowcem i przez większość czasu chlać nie mogę zdziwiłabyś się jak zdrowo się kurwa odżywiam. I to wcale nie jest takie złe, skąd, ale cholera, wiesz, jak mnie czasami pachną pięknie te tłuste potrawy, akurat, kiedy nie mogę sobie na nie pozwolić?
Gdybyś mnie zapytała, to bym ci powiedział, że to stąd te zamiłowanie do zdrowego żarcia, bo jak jeszcze byliśmy razem, to ciągle wpierdalałem zielone. Pretensje do trenera.
Korzystam, dopóki znowu nie będę musiał do tego wrócić, wkrótce. Zresztą chyba wczoraj trochę przekorzystałem, gdyby mnie ktoś w takim stanie zobaczył pewnie dostałby solidny wpierdol I nikt by mi nie zapłacił za to, jak obiłby mi mordę. Ha. Jak wszystko dobrze pójdzie – a zazwyczaj idzie źle – to wybiorę się dzisiaj do podziemia, zarobić na łamaniu szczęk parę rubli, które będę mógł wysłać Grujić na przepierdolenie. Niech sobie kupi jakąś ładniejszą piżamę.
Zasłużyła, po tej mordędze, ale i tak jestem zły, że się pojawiła.
Ja bym do siebie nie przyjechał. Chuj tam, do wielu osób bym nie przyjechał, ale inna sprawa, że do mnie raczej nikt by się nie zwrócił w takiej sytuacji o pomoc? W innej owszem, ale to już są przysługi i zazwyczaj wiążą się z profitami własnymi, a tutaj? Lola, co ty z tego masz? Spełniony dobry uczynek? Błagam, kurwa, cię. I gdzie to niby będziesz miała zapisane? Nie mów mi, że oddajesz hołd bogom, bo stracę do ciebie szacunek.
Zamykam na sekundę oczy, kiedy tak trzaska tą filiżanką o spodeczek, bo mam wrażenie, że czaszka mi pękła, jeszcze nie na pół, ale jest już rysa. Ja pierdolę.
Pytasz mnie o szpital, odchylam głowę do tyłu i spoglądam w sufit, kurwa, no przecież chciałem ci powiedzieć, na chuj zapytałaś, teraz będę musiał sobie przeredagować całą mowę, którą koniec końców chciałem zachować dla siebie, żeby jednak nie narobić rabanu, ale kurwa. Już narobiłem, co nie? Wczoraj. Powiedziałem A, muszę powiedzieć B.
Ale ja pierdole, irytuje mnie. Musi tak trzaskać tym oknem? Jakby kurwa nie można było zamknąć normalnie i na chuj zamyka, jak jej zimno, to niech się cieplej ubierze, tu gdzieś leży jej jebany płaszcz.
- Musisz tak, kurwa trzaskać od rana? - Podnoszę się w fotelu i chowam twarz w dłoniach. Może to jest kurwa zły pomysł. Może Lola wcale nie jest osobą, z którą ja powinienem rozmawiać i chuj tam, wcale nie ze względu na dziecko. I tak się tak naprawdę nie znamy. Wymyśliłaby jakąś bajeczkę, że mnie wyjebało do Australii z powodu jakiegoś zaginionego gatunku zwierząt czy chuj tam, nawet nie wiem jakie to dziecko ma wyobrażenie o ojcu. Każde jest lepsze od prawdy.
Wstaję. Czuję się, jakbym miał wnętrzności z kartonu, przez tego jebanego kaca. Może chociaż spłoną, jak zapalę, więc sięgam po tą zamówioną paczkę fajek, odpakowuję szybkim ruchem, zrzucając folijkę na podłogę, wyciągam jednego papierosa, opakowanie wrzucam niedbale na stolik i odpalam, od srebrnej zapalniczki. Tylko tą z kolei chowam do kieszeni. Przez całe te wykonywanie drobnych czynności już cały chodzę, to odwracam się, to spuszczam głowę, to spoglądam na Lolę, jestem wkurwiony, chociaż wiem, że nie tyle na nią, co ogólnie na to, że muszę się uzewnętrznić.
Rzadko się zwierzam. Rzadko się kłócę, ale rzadko też rozmawiam. A jednak jesteśmy tu.
No, gorzej mi po tym gównie nie jest, ale lepiej też nie. Z tego wszystkiego zapominam, że mi przygotowali jakieś alchemiczne gówno na kaca. Wtykam peta między wargi i sięgam po srebrną butelkę, na oko pół litra, zajebista dawka, odkręcam, spoglądam na Lolę, wlewam połowę do szklanki, reszta na potem. Wypuszczam dym, zabieram fajkę i wypijam, duszkiem, całe te pierdolone antykacowe czary-mary. Niedobrze mi jak chuj. Ohydne. Aż znowu oczy zamykam i im mniej mi zostaje, tym bardziej odchylam głowę do tyłu, kurwa, tak się nie da. Wypite. Z rozpędu rzucam pustą już szklanką gdzieś w stronę drzwi łazienki, rozbija się z hukiem, a ja spuszczam głowę i kręcę nią chwilę intensywnie jak kot, chociaż aż trzęsie mnie całego. Kurwa, mam nadzieję, że Baset nie dostała żadnym odłamkiem, ale to mądry kot, na pewno jest po drugiej stronie pokoju. Dobra.
Czuję, jak te ścieki rozprowadzają się mi po całym ciele i wnikają w krew.
Znowu podnoszę wzrok na Lolę i zaciągam się i kurwa, przecież ja nie umiem tak mówić prosto z mostu.
Chcę coś powiedzieć. Ale nie umiem. Jeszcze chwilę, potrzebuję jeszcze chwilę. Żeby się zebrać. Bo wszystko się we mnie gotuje. Jestem zły. Wkurwiony. Na siebie głównie, ale na nią, że zrobiła to, czego od niej oczekiwałem. I tak, kurwa wiem, że to nielogiczne. Ale nie poradzę.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Wto Lis 08 2016, 02:05

Zdrowy tryb życia, zdziwiłabym się. Tylko co ja tam wiem o życiu zawodowych sportowców? Tyle co opowie mi Leo przy śniadaniu, kiedy naczyta się dodatku sportowego. Nie wiem jak radzi sobie na codzień - ciężko byłoby mi uwierzyć po tym co zobaczyłam w przeciągu dwunastu godzin, że może zaczynać dzień od miski zielonego. Czy koktajlu, Leon popadł ostatnio w koktajlową obsesję. Piłby je na śniadanie, obiad i kolację.
Zazwyczaj jak słyszy się koktajl to myśli się alkoholowy czy też nie wiem, czekoladowy - nie, nie, nie nie. Mój syn każe sobie wyciskać soki z buraków, szpinaku, marchewki i pasternaku, dodawać do tego jakieś zboża czy inne ziółka, ja nie mogę na to patrzeć, a on pije ze smakiem. Mówi, że przez to urośnie.
Domyślam się, że sporo jeszcze urośnie, ale będzie to zasługa genów, nie dziwacznych soków.
Obraziłabym się gdybym się dowiedziała, że ktoś tutaj odbiera uroku mojej piżamie. Jest śliczna, w kratkę i co najważniejsze - ciepła. Idealna na tę porę roku, mam ją już od dwóch lat i nigdy nie marznę.
No, przynajmniej dopóki nie muszę wychodzić w niej na zewnątrz.
I nie jestem aż tak naiwna - doskonale zdaje sobie sprawę, że gdybym ja zadzwoniła w środku nocy, prędzej zamarzłabym na parkowej ławeczce niż doczekała ratunku. Dlatego nigdy nie doprowadzam się do sytuacji w której będę potrzebować jakiejkolwiek pomocy. Potrafię radzić sobie sama. Nawet kiedy wybiła już godzina zero i odeszły mi wody, potrafiłam spokojnie wziąć swoją szpitalną torbę i wezwać marszutkę. Potem grzecznie zameldowałam się w szpitalnej recepcji, tak się złożyło, że musiałam poczekać pół godziny zanim przyjęto mnie na oddział.
Trzy godziny później Leon był już na świecie, cały i zdrowy.
Do domu wróciliśmy we dwójkę, też nie potrzebowałam niczyjej pomocy. Tylko tym razem wezwałam po prostu taksówkę, było wygodniej.
Odkąd pamiętam byłam samodzielna. Nie potrzebuję niczego w zamian od ludzi. I nie oczekuję, że będą gotowi zrywać się dla mnie w środku nocy. Ale Onegin działa mi teraz na nerwy - bo mógłby okazać mi chociaż odrobinę, nawet jeśli nie wdzięczności, to chociażby sympatii czy zwykłej grzeczności, a nie warczeć na mnie jak przybłędę. Nie jestem jego fanką czy jedną z typowych dziewczyn jakie pewnie sprowadza do tego pokoju hotelowego - i nie wiem co daje mu przekonanie, że może mnie traktować jak jedną z nich.
Na mnie, w przeciwieństwie do pustych blondynek, mógł liczyć. Ciekawe ile takich co obiecałyby mu wszystko, odebrałoby podobny telefon?
I wkurwia mnie jeszcze bardziej to, że przez jego fochy mój zwykły, ludzki odruch urasta do rangi czegoś nietypowego. Zadzwonił, przyszłam, proste. Nie ma się nad czym rozwodzić, nie ma do czego porównywać. A tu proszę, ze złości wywyższam się na tle jego nastoletnich fanek, to żałosne.
Jest już południe - zauważam złośliwie, domykając okno z impetem. Owszem, robię mu teraz na złość? Ale niech się zdecyduje, skoro moje empatyczne odruchy wywołują w nim taką złość - dlaczego denerwuje się kiedy wykazuje się racjonalnym zachowaniem?
Weź tu zrozum Onegina.
Odwracam się plecami, kiedy tak krąży po pokoju. Próbuję dostrzec z okna swoją kamienicę, marząc o papierosie. Nawet nie spyta czy mam ochotę, furiat, będzie mnie tylko skazywał na bierne palenie. Skoro  po powrocie do domu i tak dostanie mi się za przebywanie w zadymionym pomieszczeniu, równie dobrze mogłabym zapalić, to uspokaja.
Nie paliłam od pięciu lat.
A o uspokajających właściwościach fajek chyba nikt mu nie powiedział.
- Rozum ci odjęło?! - podskakuję ze strachu, słysząc huk tłuczonego szkła. Nawet nie wiem co zbił, widzę tylko odłamki przy drzwiach od łazienki - Po prostu to powiedz! - ileż można się zbierać? Wzdychać, kląć, ciskać czym popadnie? - Chcesz coś powiedzieć, to po prostu mów! - co on chce mi wyznać, że umiera? Postanawia rzucić wszystko i zostać wędrownym mnichem? Niczym mnie nie zaraził, to wiem na pewno, syn każe mi się regularnie badać - I nigdy więcej, nigdy więcej nie wyżywaj się na mnie jak na typowej blondynce którą przyprowadzasz tu po meczu - cedzę przez zęby, celując palcem w jego pierś. Nawet nie wiem kiedy przeszłam to kilka dzielących nas kroków - wiem za to, że żadna ze mnie blondynka.
Na nie może kląć.
Na mnie nie.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Sro Lis 09 2016, 20:46

Denerwujesz mnie. Denerwują mnie twoje włosy, denerwują błyszczące oczy i ten kurwa, pretensjonalny ton. I to, co mówisz, bo skąd możesz wiedzieć, nie możesz wiedzieć. Nie masz prawa, o ile nie śledzisz mnie cały czas, a wiem, że kurwa masz to w dupie (i bardzo dobrze), wiedzieć choć w małym procencie jak wygląda moje życie.
Nie podnoszę głosu, choć jestem wytrącony z równowagi, zazwyczaj tego nie robię, przecież nie drę japy na kobiety. Na Virginię nigdy nie krzyczałem. Na Lolę zresztą też nie. Po prostu nie odzywałem się wcale, znosząc wszelkie kłótnie i pretensje na milcząco. Ale wiesz, chyba już tak nad sobą nie panuję, nad tym, żeby ugryźć się w język i nie wiem, czy popadam w paranoję, czy każda z tych wtłoczonych w moją skórę wizji tak mnie nastraja. Zawsze byłem agresywny, ale potrafiłem opanować się, kiedy wymagała tego ode mnie sytuacja, teraz tracę wszystko, jakby czas za szybko przelewał mi się przez palce. Mały impuls, wystarczy mały jebany impuls i czuję, jak krew, która płynie w moich żyłach staje się gorąca, a powietrze coraz cięższe. Jak teraz. Blondynki?
Przyglądam się Loli przez chwilę martwym wzrokiem zastanawiając się, o czym i dlaczego kurwa mówi.
- O chuj ci teraz chodzi?
Nie wiem.
Spoglądając na nią z góry, zaciągam się jeszcze i wydmuchuję gdzieś na bok, żeby jej nie dmuchać w twarz, przecież nie jestem takim chamem. Zresztą, ha, pewnie syn dba o to, żeby nie paliła wcale, a takiego dobrego i drogiego tytoniu pewnie nie miała okazji zapalić już dawno. Nie chodzi o to, że nie chcę się dzielić. Ale gdyby chciała, to by sobie wzięła, do jasnej cholery. Czy nie? Czy to jest jakaś specjalna zasada, że naleśniki wolno bez obaw a fajkę wyciągnąć z paczki to już ciężko.
- Lola. Jakie. Do kurwy nędzy. Blondynki? O co ci chodzi? – Przecież ja nawet kurwa nie lubię blondynek. Nigdy nie lubiłem, przecież wie, czy chuj, jakie ona ma wyobrażenie mnie obecnie. Przecież, ja pierdolę, nigdy nie podobały mi się takie laski. O to chodzi tak? Że niby latam za jakimiś pustakami, tak? To jest twój problem, Lola?
Ja pierdolę. Nie o tym mieliśmy rozmawiać, zupełnie nie o tym.
Gaszę papierosa na ścianie, niedopałek ląduje na podłodze. Gorzka czekolada i gruszka.
Schylam głowę bardziej spoglądając na ten niespodziewanie wycelowany w moją pierś oskarżycielsko palec. Szturchnij mnie jeszcze raz, a wszystko się ze mnie wyleje. A może to i lepiej, może tak powinno być?
- Dobra. – Stwierdzam mrukliwie nagle odpowiadając na wcześniejsze Loli żądanie, żeby wszystko po prostu powiedzieć. Jakby to kurwa było takie łatwe.
Może powinienem po prostu jej pokazać? Tak. Tak zrobię. Nie przyjrzawszy się wcześniej, bo i nie mając okazji skąd mogła wiedzieć, że coś jest nie tak. Zresztą, nikt prawie kurwa nie wie.
Ściągam sweter.
- Lola. To nie są zwykłe tatuaże. I nie mówiłbym ci tego, zresztą nie mówiłem wtedy, gdy byliśmy razem, a już kilka miałem. Ale rzecz w tym. Że nie mówiłbym i teraz. Gdyby nie Leo.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Czw Lis 10 2016, 15:25

Chyba nie odnalazłabym się w karierze paparazzi.
Nie jestem też za dobra w plotkowaniu, może dlatego nie mam zbyt wielu koleżaneczek do wyjścia na kawkę. Przez ostatnich pięć lat dwie rzeczy, których dowiedziałam się o Oneginie to, że jest sumienny (alimenty zawsze przychodzą o tej samej porze, miesiąc w miesiąc, z zegarkiem w ręku) oraz, że całkiem nieźle gra w hokeja.
No dobrze, to wiedziałam już wcześniej.
Może powinnam interesować się bardziej jego życiem, sama nie wiem - ale kiedy tak milczał podczas naszego ostatniego spotkania to uznałam, może trochę unosząc się dumą, że to jednak on powinien odezwać się pierwszy i zainteresować mną (prędzej Leo), niż na odwrót.
I proszę, zadzwonił wczoraj.
Mogę sobie teraz złorzeczyć w myślach i się odgrażać, że gdybym wiedziała z czym wiąże się ratowanie go w środku nocy, to nigdy bym nie przyszła. Ale nawet samej siebie nie oszukam, oczywiście, że drugi raz zrobiłabym to samo.
Taka już jestem. Wiele rzeczy da się wyleczyć - frajerstwo zostaje z człowiekiem na zawsze.
O chuj mi teraz chodzi?
- Zadzwoniłeś, przyszłam. I masz z tym jakiś irracjonalny problem - nie rozumiem jego pretensji, nie rozumiem jej zupełnie - To jakiś przejaw troski? - Lola, nie powinnaś chodzić sama po nocach, szczególnie na zawołania takich frajerów jak ja? Wielu rzeczy nie powinnam, a jakoś wciąż żyję i ogólnie to trzymam się całkiem nieźle. Z całej listy rzeczy o które powinien się martwić jestem przekonana, że ja powinnam być na szarym końcu.
Tak naprawdę - nigdy niczego od Erno nie oczekiwałam, może na tym polega mój błąd. Chcieć też nie chciałam - na całe alimenty zgodziłam się (niemo, bo ta sprawa została załatwiona w typowy dla Onegina sposób, bez słów) tylko ze względu na Leona. Kiedy przyszły pierwsze chciałam je odesłać, ale uznałam, że lepiej te pieniądze po prostu odkładać na jego przyszłe konto. Będzie mieć spokojną przyszłość, to zawsze jest ważne. Nigdy niczego od niego nie oczekiwałam, więc kiedy upominam się chociaż o odrobinę szacunku, to denerwuje się jeszcze bardziej - Nie traktuj mnie jak pustaka - przy pustakach może tłuc szklanki, gasić papierosy o tapety i zachowywać się jak obrażony chłopiec, to zapewne przyciąga takie typy.
Ja, tak myślę, zasłużyłam na trochę lepsze traktowanie. Chociażby ze względu na wspólne dziecko.
I mówiąc lepsze traktowanie, nie myślałam o negliżu. Czy to jest ten słynny sposób przejmowania kontroli nad sytuacją za pomocą nagości? Jestem zła, ale od razu czuję, jak wszystko topnieje, kiedy napinają się jego mięśnie brzucha podczas ściągania swetra. Nie można robić takich rzeczy, nie można!
Odsuwam się parę kroków do tyłu i znowu patrzę gdzieś na ściany w obawie, że to nie koniec rozbierania się. Chociaż nie jestem do końca pewna czy to taki lęk - bo kiedy zaczyna mówić, a te wciąż są na miejscu czuję lekkie ukłucie. Żalu?
Kobieto, weź się w garść!
Tatuaże. Mam się skupić na tatuażach, chociaż ciężko jest je tak odizolować od reszty ciała. O sportowcach dużo można powiedzieć złego, szczególnie tych o nazwisku Onegin, ale jednego nie można im odmówić - budowa pierwsza klasa. I wiem, że kilka ich już wtedy miał, pamiętam, Nie pamiętam, że nasza znajomość była na tyle poważna by nazwać ją byciem razem i to też mnie zbija z tropu. Może przez to jego milczenie, ale zawsze miałam wrażenie, że jestem raczej przypadkową dziewczyną z którą miło spędza się czas niż czymś potencjalnie poważniejszym, czymś mogącym dać razem. Nie o tym jednak mówi, imię mojego syna w jego ustach skutecznie sprowadza mnie na ziemię. Bo co ma Leon do jego dziar? Chce sobie wytatuować jego twarz na piersi i potrzebuje aktualnego zdjęcia?
Tyle krzyku o jedną fotkę?
- Nie są zwykłe? - powtarzam jak echo, nie rozumiem.
Wielu rzeczy dzisiaj nie rozumiem. A niczego wczoraj nie wypiłam.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Sob Lis 12 2016, 21:57

Tak. No tak! Jak mogłaś nie zrozumieć tego od początku, przecież mnie o to właśnie chodzi do jasnej cholery, żebyś ty, jak pierwsza lepsza idiotka nie biegła na złamanie karku w nocy w piżamie bo jakiś dureń mojego pokroju postanowił zadzwonić właśnie do ciebie. Nawet, jeśli w dobrej wierze chciałem, powinna była zostawić mnie w spokoju, spotkać się w inny dzień, rankiem, w południe, na podwieczorku być może, na ciastku, kawie, czymkolwiek tego pokroju, co tak bardzo do nas nie pasuje. Teoretycznie, wizualnie, chociaż Lola teraz z tymi włosami, które nie rzucają się w oczy dałaby radę. Ze mną już gorzej, ale ja już zawsze będę przyciągał uwagę. I pomyśleć, że pomimo tego wszystkiego dalej mi to nie przeszkadza. W takiej sytuacji każdy inny człowiek marzyłby chyba o tym, aby się ich pozbyć? Zresztą, trochę tak jest, trochę nie. Trochę nie mógłbym sobie wybaczyć złamania obietnicy, którą dałem Matyldzie.
- Taa.
Lola powtarza za mną jak papuga, a ja przez chwilę przyglądam się jej, szukając w jej twarzy jakiegoś punktu, który pomógłby mi ruszyć dalej. To bardzo trudne, zwierzanie się, Szczególnie komuś, kto w zasadzie niewiele wie o moim życiu. Czyli wychodzi na to, że nie potrafię zwierzać się większości ludzi, choć to żadna nowość. Zawsze milczałem, wszystko zachowując dla siebie, nie będąc w stanie pociągnąć poważniejszych konwersacji, a teraz mam sam jedną zacząć. Biorę wdech. Unoszę ręce, chcąc chyba złapać Lolę za ramiona, ale zupełnie nie wiem dlaczego, więc przez chwilę stoję tak, aż opuszczam ręce i spoglądam w bok.
- Ok. – Siadam w końcu, tam, gdzie stałem, pod ścianą, oczekując, że Lola zrobi to samo, chyba, że woli nade mną stać, ale obok ma materac, na którym spałem. Spaliśmy. Na wypadek, gdyby na podłodze obok mnie było jej za twardo. Ja chyba czuję się tak bezpieczniej, skryty za tym wielkim wazonem z cholera wie jakim kwiatkiem. Duże, zielone liście. Nie wiem. Nie ważne.
W końcu przełamuję się i opowiadam o tym, że kobieta, która mnie wychowała posiada dar wieszczenia przyszłości. O tym, że z jakiegoś powodu wierzy, że któraś z jej przepowiedni okaże się przełomowa i posiada silną potrzebę utrwalania każdej z nich. O tym, że materiały, których używała okazywały się za bardzo nietrwałe w jej przepełnionych paniką i paranoją dłoniach, więc zaczęła je na sobie tatuować, dopóki nie zabrakło jej miejsca. O dniu, kiedy postanowiłem, że może użyć mnie jako kolejnego naczynia na swoje wizje, o czym nikt nie wiedział, bo wszyscy uznawali, że po prostu się tatuuję i jak wszystko było w porządku do czasu, aż to wszystko nie zaczęło na mnie oddziaływać.
Opieram ręce na kolanach i spoglądam na swoje dłonie, poruszając kolejno palcami, prawie na każdym z nich inny sygnet, a pod nimi schowane miniaturowe obrazki.
Milczę tak chwilę, nachylając się jednak w końcu i wskazując na jeden z tatuaży, na przed ramieniu, to była śmieszna historia. A przynajmniej tak nam się zdawało, dopóki nie wyszło na jaw, że Matylda całkowicie mylnie wszystko zinterpretowała. Ale tatuaż został, złote nożyce.
- Matylda zawsze była specyficzna. – Ciągnę, wracając na poprzednią pozycję. Specyficzna, ha, to delikatnie ujęte. Brakowało jej piątej klepki.
- Jej te tatuaże nie robiły różnicy, ale na mnie zaczęły źle działać. Męczą mnie, robią mi kurwę z psychiki i atakują mnie, fizycznie. I. I dlatego właśnie postanowiłem, że uczciwie będzie, jeśli ci o tym powiem, bo nie mam pojęcia jak to działa, nie wiem jakie jest prawdopodobieństwo, że Leo nagle zacznie miewać lęki, albo że odziedziczył to przekleństwo bycia wieszczem, ale istnieje. I powinnaś o tym wiedzieć. Tak myślę. – Kończę kulawo i splatam ręce na klatce piersiowej, oblizując wargę. Dużo mnie to kosztowało, chociaż i tak uprościłem tą historię, pomijając całą zabawę z zamianą matek, bo to nie jest istotne w tej sytuacji. Ważne jest natomiast to, że szansa jest, że mały nagle zacznie miewać wizje, a mam nadzieję, że nie, bo wiem, jak kurewsko męczące jest życie z członkiem rodziny, który cierpi na taką magiczną przypadłość.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Lis 14 2016, 21:02

To była głupia myśl, ale kiedy tak wyciągnął w moim kierunku ręce przeszło mi przez głowę, że on właśnie próbuje się oświadczyć. Zawsze był dziwny, może wymyślił sobie, że to najlepszy sposób by nawiązać kontakt z Leonem?
Jak opuścił w końcu ręce i zabrał się zniżania, serce naprawdę stanęło mi na ułamek sekundy. W panice rozejrzałam się na boki, nie wiedząc co zrobić i jak uciec z tej całej sytuacji. Na całe szczęście usiadł.
To dobrze, bo definitywnie nie jestem gotowa by zostać mężatką. No i nie jestem najlepsza w odmowach. Pewnie byłoby mi głupio, nie wiedziałabym co powiedzieć i po pięciu minutach próby wydukania nie, ostatecznie bym się zgodziła - i potem nieudolnie próbowała odkręcić cały bałagan.
Pewnie bezskutecznie, asertywność nie jest moją najlepszą stroną.
Na całe szczęście, po prostu za dużo sobie wyobraziłam.
Długo jednak nie roztrząsałam własnej głupoty, nie kiedy zaczął opowiadać.
Pamiętam kiedy po raz pierwszy miałam okazję dobrze przyjrzeć się jego tatuażom - przynajmniej tym, które miał wtedy. Widywaliśmy się już od jakiegoś czasu, to nie był pierwszy raz kiedy widziałam go nago, ale do tamtej pory znaczenia wzorków mnie nie interesowały, zbyt zajęta byłam wykorzystywaniem jego ciała w inny sposób.
A wtedy leżeliśmy na plaży. Dzikiej plaży.
Słońce już zachodziło, leżałam na brzuchu obserwując jak słońce odbija się w kroplach na jego ciele, kiedy po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się co znaczą. Nad wieloma rzeczami się w tamtym momencie zastanawiałam. Pamiętam, że chwilę przed tym jak zadałam pytanie, czułam się naprawdę…
To było bardzo naiwne z mojej strony i jak wielu rzeczy nie pamiętam, tamten moment akurat bardzo dobrze. Jak leżałam na brzuchu, jego dłoń rysowała wzorki na moich plecach, mokre włosy kleiły mi się do skóry. Słońce zachodziło, wciąż było gorąco - a mnie grzało coś od środka. Tak przyjemnie. Pomyślałam wtedy, że chciałabym żeby tak było częściej. Chciałabym więcej. I, że nie ważne co sobie obiecałam poznając go, bo przecież tak prosto byłoby mi w tym momencie złamać tę obietnicę. Nie warto się jej tak kurczowo trzymać, pomyślałam, to nie ma sensu. Przecież jest tak dobrze, razem, właściwie. Może ta myśl dodała mi tyle kurażu, że bezceremonialnie zapytałam o znaczenie tatuaży.
Bańka mydlana pękła natychmiast. Zrobiło się chłodniej. Szybko wróciliśmy do Petersburga - niewiele później dowiedziałam się, że jestem w ciąży i rozeszły się nasze drogi.
I chociaż długo żałowałam, że wtedy otworzyłam usta, na dłuższą metę dobrze się stało. Znacznie gorzej by się stało gdybym złamała daną samej sobie obietnicę i pozwoliła sobie stracić dla Onegina głowę.
Może wtedy bym nie przyszła kiedy zadzwonił.
A przecież dobrze zrobiłam.
- To przez nie trafiłeś do szpitala? - cisza trwała przez chwilę, musiałam wszystko ułożyć w swojej głowie. Matyldę, jej wizję, wizje Erno. Znaczenie tatuaży - Przez to jak oddziałują na ciebie fizycznie? - tak wiele jego cech nagle stało się jasnych. Wiele wątpliwości nagle nabrało sensu. A obraz Ernesta, który przez ostatnie lata ułożyłam sobie w głowie, posypał się jak domek z kart. Źle go oceniłam - Często się to zdarza? - jest mi teraz za siebie wstyd. Wstyd mi też, że jest w tym sam. Zaciskam dłoń na jego kolanie, krępując się trochę powiedzieć tak wprost, że ma mnie. Gdyby chciał - jeszcze kiedyś powiedzieć co złego siedzi mu w głowie. Gdyby ktoś musiał go jeszcze ze szpitala odebrać. Gdyby. Tak po prostu.
- Ja… ja się z tym liczyłam, wiesz - dodaję, po kolejnej chwili milczenia, przecież ze względu na Leona powiedział to wszystko - Liczyłam się z tym, że pewnego dnia Leo… Że może okazać się w czymś inny. Jesteś arystokratą, macie duże obciążenie genetyczne - jasne, spodziewałam się prędzej jakiejś Łamijii czy kurzego płucka, nie wizji. Ale byłam przygotowana na podobną wiadomość.
Dlatego pewnie teraz wcale się nie boję. No, może tylko trochę. Przecież sobie poradzimy. Leo i ja.
Erno też możemy zaprosić do tego grona.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Wto Lis 15 2016, 17:57

Milczy. Zaczynam rozumieć jak uciążliwa może być poważna rozmowa z kimś, kto nie odpowiada i czekanie rozciąga się jak dobrej jakości krówki i wcale nie jest słodko, tylko wszystko przykleja się do podniebienia, a ja nie wiem jak się zachować, aby w końcu dostać jakąś odpowiedź. Czekam zatem w ciszy, to mi zawsze wychodziło, studiując dłonie Loli, dopóki się w końcu nie odezwie, wtedy podnoszę na nią wzrok.
I pyta o szpital. Lola chyba ma taki dar do zadawania niewłaściwych pytań w niewłaściwym czasie, ale skąd może wiedzieć, co nie sprawi, że zamknę japę na za długo i siłą mnie nikt nie zmusi do mówienia.
Ale nie tym razem. Zawieszam się chwilę, otwierając usta, bo co mam odpowiedź? To też nie jest takie jednoznaczne.
- Eee. – Brawo Erno, dialektyka pierwsza klasa. Unoszę rękę i przejeżdżam dłonią po głowie, jak zawsze, kiedy chyba staram się dać sobie więcej czasu. PS. To nigdy nie działa.
- Sam tam nie trafiłem. Trener mnie tam wyrzucił. I kilku innych... – Kumpli z drużyny. Gdyby to ode mnie zależało to nie zjawiłbym się tam nigdy, w końcu, kurwa, dlatego uciekłem. Ja wiem skąd te ataki, nie potrzebuję bandy medyków, którzy pochylają się nade mną, pobierają mi litry krwi i podstawiają kubek na szczyny.
- Dlatego spierdoliłem. – Czego się już pewnie domyśliła. Schylam głowę, bo mi z tego powodu dziwnie głupio, nie wiem. Nie było problemu, dopóki potrafiłem to wszystko w jakimś stopniu kontrolować, ale skoro to zaczęło wypływać pośród członków drużyny, to za którymś razem wpakowali mnie do szpitala jak jakiegoś gnojka. Już czuję ten nadchodzący opierdol.
Często się to zdarza?
Przechylam głowę na bok znowu nie wiedząc co odpowiedzieć. Coraz częściej, taka jest prawda. Skupiam się na tym drobnym geście, jej dłoni i kiwam powoli głową, na to obciążenie genetyczne. Ta, gdyby tylko wiedziała jakie. Ale tym już nie chcę jej kłopotać, bo jak mam jej powiedzieć prawdę, kiedy sam całej nie znam. Ważne, że w  mojej rodzinie dużo jest gówna, które nigdy nie powinno wypłynąć.
Lola jest słodka, ale naiwna, nie powinna tak okazywać mi współczucia po czterech latach mojej nieobecności w ich życiu. Czy może ich nieobecności w moim? Nigdy nie ukrywałem przed sobą, że bardzo ją lubiłem. I jak lubiłem spędzać z nią czas.
Łapię się na tym, że bawię się jej palcami, zapatrzony w jeden punkt, kiedy przez głowę przelatują mi różne obrazy. I mam przecież świadomość, że Lola, nie gorzej niż Ruta Weisermann przez cały ten czasu trzymała się kurczowo krawędzi mojej pamięci. Cisza już mi nie ciąży, nie irytuje, osiada miękko już nie pomiędzy nami, ale gdzieś na naszych głowach i ramionach.
- Pamiętasz, gdy byliśmy na plaży? Nie byłem w stanie powiedzieć ci po prostu, że nic nie znaczą, zbyć to. – Śmieję się nawet krótko, parskam bardziej, unosząc dłoń i chwytając kosmyk lolowych włosów w palce. To nie prawda, że nigdy nie byłem dobrym aktorem, z wielu sytuacji się wylizałem, ale ten temat najwyraźniej był zbyt drażliwy dla mnie samego, abym mógł przejść z tym do porządku dziennego.
Czuję ciepło bijące od jej ciała, wygląda inaczej, nie tylko ze względu na lata, włosy czy cerę. Nagle czuję się dziwnie, jakbyśmy wcale tutaj nie rozmawiali po latach tylko spotkali się w alternatywnej rzeczywistości, jakbyśmy byli innymi wersjami Loli i Ernesta, którzy są tak blisko, że bliżej byłaby tylko gdybym ją teraz przyciągnął do siebie tak, by mogła na mnie usiąść. Puszczam kosmyk jej włosów, choć wcale się nie odsuwam, bardziej tylko się nachylając, bo bliżej, bliżej chcę być.
Źle na mnie działasz.
Nie tak powinnaś.
W ogóle nie powinnaś.
Gorący oddech osiada na mojej brodzie i wargach, kiedy tak z bliska przyglądam się twoim ustom, spoglądając ci w końcu w oczy, które już mgłą powoli zachodzą.
Lola.
Czujesz to?

- Odepchnij mnie.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Wto Lis 15 2016, 20:16

Często słyszę, że jestem naiwna.
Urocza i naiwna. Czasem słodka. Daję się wykorzystywać. I zbyt łatwo przychodzi mi dawanie kolejnych szans.
Wychodzę z założenia, że każdy zasługuje na drugą.
Niektórzy na trzecią. Czasami należy się i czwarta.
Tak było odkąd pamiętam, od czasów wczesnego dzieciństwa. Może nauczyłam się tego przy ojcu? Pamiętam, że często zawodził. Nie przyjeżdżał, zapominał, regularnie się spóźniał. A ja cierpliwie czekałam - nawet jeśli moja mama zapowiadała, że to już ostatni raz, że więcej nie pozwoli mu się ze mną zobaczyć, nawet kiedy wróżyła, że i mnie zabraknie cierpliwości. Nie zabrakło.
Nie chcę jednak, żeby Leo musiał ciągle czekać, jak ja. Kiedyś. Teraz.
Teraz?
Nie czekałam. Nie na Ernesta - zostawiłam dla niego otwarte drzwi, ale nie czekałam. Kiedy wczoraj zadzwonił nie poczułam ulgi, nie mruknęłam pod nosem “no, wreszcie”. Może tak to wygląda z boku, nie wiem, może tak myśli - w końcu przyszłam. W końcu przez ostatnie pięć lat nie pojawił się w moim życiu nikt nowy. Ale jego też było za mało, nie było wystarczająco dużo by dać mi powód do czekania.
Cisza zbyt często dzwoniła mi w uszach kiedy byliśmy w swoim towarzystwie.
Teraz lepiej rozumiem jego milczenie. Zbyt wiele i zbyt szybko się teraz dzieje żebym odczarowała wszystkie wspomnienia - ale inaczej wygląda w mojej głowie ta plaża sprzed lat. Powoli znika z niej chłód.
- Na przyszłość po prostu zadzwoń, przywiozę ci przynajmniej jakiś sweter - ironizuję, przewracając oczyma. Ucieczka ze szpitala to żadne rozwiązanie. Ucieczka, na dobrą sprawę, nigdy nie jest rozwiązaniem. Jest za to znacznie prostsza, też mnie czasem kusi żeby spakować wszystko do jednej torby i zacząć na nowo. Chciałam uciekać kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Najlepiej przed samą sobą. Na pewno przed dzieckiem. Ale nie było takiej możliwości - i chociaż do ostatniej chwili miałam wątpliwości, kiedy wzięłam Leona po raz pierwszy na ręce, zniknęła większość z nich.
Nie wszystkie. Nigdy nie znikają wszystkie.
Kilka zrodziło się dzisiaj, w tym momencie. Jak - czy i kiedy zaczną się wizje Leona. I - gdzie w tym wszystkim Ernest widzi swoje miejsce?
Czy widzi swoje miejsce?
Chce mieć swoje miejsce?
Czy ja chcę by miał konkretne miejsce?
Nie powinnam tego komplikować. Przecież to nigdy nie będzie całkiem proste, mamy dziecko. Raz się tak zdarzyło, zbyt dużo alkoholu buzującego we krwi, zbyt wielki pośpiech i głód, wystarczyło zapomnieć o wszelakim rozsądku tylko raz, jest Leon. I dla jego dobra powinno być prosto. Powinien przyjść na obiad. Potem na kolację. Nigdy nie zostawać na śniadanie. Powinniśmy pójść na spacer, we trójkę. Przyjść na mecz hokeja i pokibicować mu z trybun. Pojechać na plażę.
Na dziką plażę.
Schowaną gdzieś pomiędzy dwoma wzniesienami. Całkowicie pustą. Z białym piaskiem, aż dziwne, że to wciąż była Rosja. Woda była zimna, to był dopiero początek lata. Wbiegałam w falę z dziecięcym entuzjazmem, ciągnąc go za sobą. A potem skakałam, słona woda wlewała się do uszu - Pamiętam - pamiętam wiele szczegółów z tamtego dnia. Jak jego zimne dłonie dotykały mojego rozgrzanego ciała, powodując dreszcze. Jak smakowały słone usta. Jak oślepiało słońce kiedy rozpływałam się pod jego dotykiem. Jak nieustannie chciałam więcej.
Wyraźnie czuję na skórze jego oddech - i jednocześnie mam wrażenie, że jestem tamtą Lolą z plaży, i Lolą za dziesięć lat. Nie potrafię umieścić tego momentu w czasie, siebie i jego, wszystko jednocześnie wydaje się bezpiecznie znajome i ekscytująco obce. Moja dłoń dotykająca jego nagiego ciała. Świadomość jak niewiele nas dzieli. Przestrzeni. Materiału. Krew krąży w żyłach coraz szybciej, szumi mi w uszach. Czuję się jak wtedy, na plaży, chcę więcej.
Odepchnij mnie. Powinnam, prawda? Tak byłoby rozsądniej. Odepchnąć go. Odsunąć się. Odzyskać swoją bezpieczną przestrzeń.
Nie chcę.
Widzę jego oczy, nie - jego usta i zamykam swoje. Oczy. Zamykam przestrzeń. Między nami.
Zamykam myślenie.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Sro Lis 16 2016, 15:51

Przecież zadzwoniłem. I to jest ten problem, który nie zniknął, bo znaleźliśmy się tutaj, z nadprogramowym swetrem czy bez, wszystko poszło nie tak, jak powinno, chociaż przebiegu tego spotkania nie planowałem wcale. Moje plany rzadko kiedy realizowane są dokładnie.
A może tak właśnie trzeba było nam postąpić? Może to tylko chwilowe uniesienie, krótka chwila pożądania wywołana tym skokiem ciśnienia, którym się nawzajem obdarzyliśmy przez tą kłótnię. Z mojej winy, chociaż uparłem się przy tobie. Nic nowego.
Tylko dlaczego czuję się tak bardzo oderwany od tych ostatnich dwunastu, jeśli nie więcej, godzin?
Nigdy, nigdzie nie miałem swojego miejsca. Od samego początku, jak tylko się zjawiłem na tym świecie nie było dla mnie miejsca tam, gdzie powinno być. Nie na stałe, na chwilę, przelotnie, od święta, przychodzenie do ogromnego domu, w którym powinienem był się wychowywać, tylko z okazji rodzinnych uroczystości. Dom Matyldy tym bardziej nie był moim miejscem, bo poza jakimś tam pokrewieństwem nie powinienem był nigdy się tam znaleźć, tym bardziej na większość mojego życia. Ojciec nie miał też miejsca dla mnie w  życiu. W szkole przecież nigdy nie byłem u siebie, nie ważne, że czułem się tam dobrze mając przyjaciół. W drużynie jestem, ale jak łatwo mnie zastąpić, co doskonale dano mi do zrozumienia wczoraj po południu. Nie mam też gdzie mieszkać, skoro Virginia Zakharenko wyrzuciła mnie ze swojej chawiry.
Jak ktoś taki jak ja mógłby domagać się miejsca w życiu Loli?
Powinna była mnie odepchnąć. Tak byłoby najrozsądniej, bo ja zawsze wszystko tylko komplikuję. A to przecież nie jest takie proste, chyba nie osiągnąłem odpowiedniego poziomu być mendą, żeby się tym nie przejąć i iść dalej, bez przejmowania się, że wywołałem jakąś lawinę czy coś.
A teraz nie jestem w stanie, kiedy już mnie całuje. I to nie w taki sposób, w jaki całuje się kogoś po prostu, ukochaną osobę z rutyną, czy nowo poznaną dla samego pocałunku, bo tak.
Mam wrażenie, że topnieją mi płatki uszu i opuszki palców, a całe to ciepło zalega na dnie żołądka, więc wyciągam dłonie ujmując w nie twarz Loli, kciukami kreśląc półokręgi na jej policzkach. Bliżej jeszcze, jeszcze, niech zaplączą mi się palce w tych niepoczesanych włosach, niech zaplączą się przy guzikach twojej piżamy, abym mógł je odpiąć, jeden po drugim, w końcu musnąć dłońmi obojczyki, zsunąć materiał po ramionach, masz taką gładką skórę.
Przysuń się bliżej, przylegając nagą klatką piersiową do mojej, żebym mógł zacisnąć dłonie na twojej talii, na plecach, na chwilę zostawiając na nich podłużne, czerwone ślady.
Czuję jak biją nasze serca, jak byśmy biec zaczęli, chociaż to wcale nie jest takim złym przykładem, zważywszy na to, jak długi właśnie dystans w tak krótkim czasie pokonujemy.
Nie mogę nasycić się tym dotykiem, twoim ciałem drobnym, chociaż stale, coraz mocniej i intensywniej  na zmianę to zaciskam, to prostuję palce na twojej skórze. To niesamowicie ekscytujące, odkrywanie na nowo terenów, które mam gdzieś zapisane w pamięci, wyblakłe już od dłuższego czasu.
Jak te wspomnienia, które myślałem, że są kompletne, a dopiero teraz docierają do mnie wytarte fragmenty, jak twój pieprzyk nieopodal pępka, kształt brwi czy łuku szczęki, który teraz badam ustami, żeby to wszystko sobie przypomnieć.
Odepchnij mnie. Lola, to twoja druga szansa. Póki nie stało się nic, co będzie drążyć ci tunel w głowie przez następne parę tygodni, jak krople spadające jednostajnie na kamień. Tobie. Mnie. Nam.
Nie wiem, czy to wszystko ma teraz naprawdę jakiekolwiek znaczenie, w obliczu tego, że mam cię tutaj przy sobie, ciepłą i prawie nagą.
Spodziewałem się, że mnie odepchniesz, ale miałem nadzieję, że tego nie zrobisz. Teraz też.
Nie odpychaj mnie.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Sro Lis 16 2016, 20:14

Ciekawe jak powinno przebiec takie spotkanie by móc nazwać je zgodnym z planem?
Kiedy spotykaliśmy się to kilka lat temu, nigdy nie miałam wrażenia, że w życiu Onegina jest dla mnie miejsce. Mnie, zwykłej Grujić z tych nieznanych nikomu Grujićów, wychowanej przez ojczyma mugola, nie odróżniającej noża do steków od tego przeznaczonego do ryb (chociaż nie jestem taka pewna czy i Ernest zna się na zastawie stołowej w stopniu arystokratycznym). Myślałam o sobie jako o stanie przejściowym, kilkukrotnym zdarzeniu - przypadku. Przypadkiem złożyło się, że Leon połączył nas już na stałe. Były jednak momenty bezsilności w których, z niemałą goryczą, przekonywałam samą siebie, że jego obecność już na zawsze ograniczy się jedynie do regularnie płaconych alimentów.
Uśmiecham się czując ciepłe półokręgi na swoich policzkach. Jak w układance dopasowuję swoje ciało do Ernestowego by zniwelować resztki przestrzeni pomiędzy nami. Jego dłonie plączą się w moich włosach, moje ściśle go obejmują, bliżej mnie, bliżej mnie.
Kiedy spotkaliśmy się kilka lat temu nie miałam wrażenia, że chciałby mieć swoje miejsce w moim życiu - nie wiem, myliłam się? Chciałby mieć je teraz? W naszym?
Przy kuchennym stole więcej mam krzeseł niż dwa. Moglibyśmy jeść śniadania razem, we trójkę. Ja, on i Leon. Pewnie coś zdrowego i zielonego, z dużą ilością białka, nie mam pojęcia co jedzą sportowcy na śniadanie - ale Leo pewnie będzie chciał to samo. Poranną gazetę dzielilibyśmy na kilka części, ja czytałabym tę prawniczą, oni dzielili się sportową i rozmawiali o lidze hokejowej, przewidując kolejne zmiany w tabeli. Ja robiłabym śniadanie. Ernest sprzątałby po. Leo wycierał naczynia.
Salon też jest przestronny, znajdzie się miejsce i dla Ernesta na nasze sobotnie tańce - czy chce w ogóle z nami tańczyć? Mamy w domu dużą kolekcję płyt i kaset, weekendowe wieczory spędzamy z Leonem na kiwaniu się w rytmie muzyki. Czasem nachodzi nas na stare, dobre disco. Czasem na ostrzejsze kawałki (z nimi trzeba uważać, burzą się starsze panie z dołu kiedy jest za głośno). Może tańczyłby z nami, brał małego na barana, podrzucał pod sufit i gibał w rytm. Do kina też możemy chodzić razem. Na filmy jeszcze dla dzieci, łatwiej przyjdzie je znieść w czyimś towarzystwie. Mógłby pojechać z nami na wakacje pod gruszą, turlać się z pagórków, karmić krowy.
Mógłby nawet spać przy mnie, sypialnia pomieści dwie osoby. W nocy, kiedy budzą go koszmary, mogłabym być tuż obok. A w spokojniejsze noce, większość nocy, wszystkie noce, mógłby zaciskać dłonie na mojej talii, plecach, ciele, zostawiajac na nim ślady. Odkrywać na nowo znane tereny.
Jak teraz.
Nie myślę o tym teraz. Nie myślę o mogło, mógłby i o tym wszystkim o czym myśleć będę jutro, za godzinę, tej nocy. Będzie mnie to zjadać od środka? Nie wiem, nie chcę wiedzieć teraz. Teraz chcę dotykać. Być dotykaną. To śmieszne, jak od dawna nikt nie dotykał mnie w ten sposób. To śmieszne, że tylko Onegin dotyka mnie w ten sposób. Wtedy. Teraz. Kiedyś. Mieszają się w mojej głowie wszystkie czasy, przeszłe z przyszłymi, teraz z tym co było, z tym co będzie. Będzie?
Zostań.
Proszę. Nie odpycham, przyciągam bliżej, da się jeszcze bliżej?
Czy to samolubne z mojej strony, że chcę teraz tak wiele? Jego?
Zostań.
Teraz. Później. Tak po prostu.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Nie Gru 04 2016, 14:31

Żeby nazwać spotkanie zgodnym z planem nie powinno chyba przebiec wcale. Gdybym choć trochę miał tej wymaganej przyzwoitości nie przebiegałoby tak, jak teraz, to nie nasze ciała splatałyby się tak ciasno, nie naszych stawów zgięcia pokryłyby się warstewką potu, nie na naszych policzkach pojawiłyby się rumiane plamy, nie nasze spojrzenia pokryłyby się mgłą, nie zasłaniając jednak tej iskry, która nas nawzajem razi.
A może nie, może to by się mogło przytrafić Tobie i mnie ale ktoś inny grałby drugą rolę. Może innej powinienem teraz ten wilczy uśmiech słać i próbować zapamiętać każde jej sapnięcie, każdy nagły zryw w górę klatki piersiowej i przypadkiem zaplątany kosmyk przy rozchylonych ustach. Nie ciebie, a ty nie mnie powinnaś tak znaczyć pocałunkami i zębami. Nie mnie tak nogami oplatać ciasno, nie na moje wystające kości nadziewać się co sekundę.
A może jednak.
Może los złośliwą jest kurwą.
I nie wiem, co planuje teraz
Pozwalając nam chwilę być ze sobą bez zastanawiania się jakie będą tego konsekwencje, wręcz cicho podszeptywać dalej, dalej, przecież tego chcesz, dlatego kiedy w końcu kładę się obok ciebie starając się uspokoić oddech, wdychając ten słodko-kwaśny zapach nie wiem, czy mogę się odwrócić, spojrzeć na ciebie, objąć cię, ująć za dłoń, czy może powinienem wstać i ubrać się bez słowa. To by pewnie wiele rozwiązało i wszystko wróciłoby do toczenia się swoim torem, bez niepotrzebnych komplikacji. Ale komplikacje towarzyszą mi w życiu zawsze, dlatego przekręcam się na bok nachylając się, by cię jeszcze ucałować, bo mało mi. Loli Grujić. Za mało przez tyle lat. Jakby te parę chwil mogło cokolwiek wynagrodzić. Tobie, mnie.
Bez sensu, nie wynagrodzi.
Ja nie wynagrodzę.
Odsuwam się, wstając szybko, przecierając dłonią twarz, wszystkie palce wciąż mam twoim zapachem nasiąknięte. Wsuwam na siebie te nowe rzeczy, rzucone gdzieś skarpety, trochę za dużo krążę po pokoju. Mam przeprosić? Nie, to idiotyczne. Tylko jakaś cipa by przeprosiła, bo nie ma kurwa za co. Jesteśmy dorośli. Tylko pojebani.
To śmieszne, jaka dziwna chemia między nami była, jest, a jak łatwo ją zignorowałem, wtedy. Uznając zapewne, że to nic, chwilowa iskra, typowa dla romansu, choć nie zdarzało mi się to przed nią, ani po Loli często. W zasadzie gdybym miał być przed sobą szczery to trzy razy ciągnęło mnie do kogoś tak silnie i jeden z tych przypadków jest w tym pomieszczeniu.
Pamiętam dokładnie co działo się, kiedy Lola oznajmiła mi, że jest w ciąży. Co stało się potem, oczywiście, bo trudno i mnie i jej byłoby chyba zapomnieć, jak zamilkłem jak głaz, nie potrafiąc się zachować. Od razu pojechałem do Matyldy, spędzając tam parę dni, choć już wtedy jej rzeczywistość zaczynała tak diametralnie różnić się od tej prawdziwej, że pomimo tego, iż mnie wysłuchała i doradzała, nie byłe pewien, czy rozmawiam z moją Matyldą, czy z racjonalną skorupą, jakby zostawiła sobie ten tryb pozorów dla gości. Siebie nie oszukiwałem nigdy, że nie jest to sprawą tak dla mnie błahą, chociaż ułatwiłem otoczeniu przyswojenie mojej osoby jako nieodpowiedzialnego hulajduszę, zresztą taka reakcja bardziej pasowała do arystokraty niż przejęcie się bękartem. Paradoksalnie, mniej wstydu, jeśli jesteś trwoniącą majątek czarną owcą (ciotki zawsze mówią, że tacy jak ja to się muszą wyszaleć) niż zdrajcą krwi. Siadając na fotelu podnoszę wzrok na Lolę i nagle uderza mnie w łeb pytanie czemu do chuja uznałem wtedy że lepiej jest wtopić się w tło rodziny, która nic dla mnie nie znaczy, zamiast zyskać taką, która byłaby dla mnie całym światem.
Kurwa, postąpiłem jak moja stara i jej matka.
Marzanna powinna zdzielić mnie raz, a porządnie.
Chowam twarz w dłoniach, nie orientując się, jak to może wyglądać z perspektywy Loli, ale nie tak miało to wyglądać wszystko. Nie miało wyglądać wcale. Nie życzyłem sobie nowego w życiu rozdziału, nowych emocji, zbyt silnych, by byłbym w  stanie je opanować. Nie tego kurwa chciałem. Czując na barkach ciężar decyzji, że cokolwiek teraz postanowię, wpłynie na przyszłość, nie tylko moją, bardziej niż to milczenie sprzed paru lat.
Powrót do góry Go down
avatar


czysta

27

bogaty

Prezez/Założyciel Stowarzyszenia Walki o Wolność i Emancypację Magicznych Stworzeń

PisanieRe: Pokój nr 2456   Pon Gru 12 2016, 01:51

Jestem fatalną matką.
Jestem fatalną matką. Zawsze się bałam, że tak będzie i proszę - koronny dowód. Wystarczyło kilka godzin, kilka godzin bym spartaczyła wręcz spektakularnie.
Zapomniałam o własnym dziecku. Zamiast myśleć o jego dobru, skupiłam się na sobie. Tak się skończyło! Nie minęło nawet dwanaście godzin i dałam dupy.
Najgorzej, że nie tylko w przenośni.
Przecież wszystko skomplikowałam. Wszystko.
Może w życiu normalnych ludzi, czyli nie mnie, seks wcale nie oznacza od razu wielkich zmian. Ot, chwila uniesienia pomiędzy dwójką dawnych znajomych, kogo to obchodzi? Ale nie, ja od razu zaczęłam sobie wyobrażać jak tańczy z nami w sobotni wieczór. Przecież pięć lat niczego nie zmieniło w kwestii arysokratyczności Onegina - zmieniło za to w moim życiu, bo przecież obiecałam (sobie, dziecku, pewnie całemu światu byłam gotowa obiecać), że Leo będzie zawsze na pierwszym miejscu.
Łatwo było czekać na powrót Erno, bo ten nigdy nie zrobił mi krzywdy. Niczego się po nim nie spodziewałam, mógł milczeć ile tylko potrzebował. Nie nadaje się na żonę wielkiego szlachcica, nawet takiego z tatuażami, co co sobotę traci zęby podczas ligowych rozgrywek. Żonę, to się zagalopowałam, nawet na d z i e w c z y n ę się nie nadaję, te muszą pewnie trzymać język za zębami i wiedzieć dlaczego do ryby używa się innych sztućców.
Nie pozwoliłam sobie na żadne większe uczucia względem Onegina i tylko dzięki temu, przez ostatnie pięć lat, nie miałam do niego żalu.
I wystarczyło ile, sześć godzin, bym zapomniała o całym, wypracowanym przez lata rozsądku?
To była jak złota, grzejąca od środka nić, zacieśniająca się gdzieś na moich wnętrznościach z każdym kolejnym wspólnym oddechem. Zacieśnia się jeszcze bardziej kiedy przebrzydle i bezwstydnie całuje, jakby jeszcze mu było mało. Mnie jest, ale mnie przecież całkowicie rozum odjęło kiedy pojawiłam się wczorajszej (dzisiejszej?) nocy w parku. A tak się kłóciłam kiedy powiedział, że mnie popierdoliło - miał rację.
Mogłam posłuchać.
Wstaje, pośpiesznie się ubiera i ta złota nitka, łącząca moje wnętrzności z jego, napina się coraz bardziej i bardzie - w końcu pęka, a ja czuję jak żołądek, płuca, nawet serce, jak wszystko mi w środku z hukiem opada w nagłej realizacji tej całej beznadziei. On chowa twarz w dłoniach, mnie jest za siebie wstyd. Pewnie do niego właśnie dotarło co zrobił i żałuje, wszystkiego, począwszy od telefonu, aż do tej chwili. I pewnie nie wie jak mi to wszystko powiedzieć, żeby mnie nie urazić. Bo przecież jak jej tam było, Virginia pierdolona Zaharenko i cała rodzina Oneginów - teraz pewnie myśli, że już nigdy nie pozwolę mu się zobaczyć z Leonem.
Że będzie dziwnie.
Będzie dziwnie.
Zachowałam się gorzej niż napalona nastolatka - Erno, ja… - zaczynam, kiedy już naciągnęłam na siebie piżamę, ale to wcale nie pomogło. Ciężko o zebranie jakichkolwiek resztek godności w piżamie.
Chociaż w moim przypadku to pewnie nie ma już czego zbierać - Erno, nie przejmuj się. To nic nie znaczy - zlituj się słodki boże i daj mi chociaż ułamek rozumu, cokolwiek, żebym się bardziej nie pogrążała - To jest… znaczy. Nie wiem. Nie słuchaj mnie. To jest - posłuchaj. Ja nie będę robić żadnych problemów, możesz poznać z Leo i widywać się z nim tak często jak chcesz, to znaczy w granicach rozsądku samym na początku, bo nie wiem czy to dobry pomysł od razu wysyłać go do ciebie na noc na przykład, szczególnie kiedy nie masz gdzie mieszkać, w ogóle, poradzisz sobie z tym? Z mieszkaniem? Bo ja wiesz, mam kanapę, całkiem wygodną, więc gdybyś chciał? Dopóki wszystkiego nie ogarniesz? Nie wiem jak przyjmie to co prawda Alma, ale Leon pewnie będzie zachwycony, na pewno będzie wypytywać cię o ligę hokejową… - stop, odbiegłam od tematu! - Ale jeśli się teraz boisz, że przez to przed chwilą będę robić Ci jakieś problemy… nie. Ja… Ja wiem, że ty masz swoje życie, swoje obowiązki, ja rozumiem, że nie planowałeś w tym miejsca dla mnie. Jeśli planowałeś dla Leona, to ja nie będę ci niczego utrudniać. Poradzę sobie z tym - z tym żalem i jakąś pustką, którą teraz czuję. Radziłam sobie z gorszymi rzeczami.
Z porodem. Samotnością podczas, szczególnie - Jestem w końcu dużą dziewczynką - te radzą sobie ze wszystkim.
A przynajmniej udają, że sobie radzą.
Powrót do góry Go down
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieRe: Pokój nr 2456   Sro Gru 14 2016, 20:31

Nie wierzę w to, co słyszę.
Nie wierzę, że zamiast wkurwić się na mnie, wszcząć dyskusję, cokolwiek, co będzie obejmowało zgnojenie mnie, Lola zaczyna to wszystko tłumaczyć. Żebym się poczuł lepiej.
Ja pierdolę.
Co ta dziewczyna ma w głowie.
Odejmuję dłonie od twarzy i gapię się na nią i gapię i nie mogę przestać, bogowie, jaka ona jest naiwna, jakim cudem w takiej sytuacji jest w stanie myśleć o… No właśnie. Może to nie o mnie wcale chodzi, może o Leo, może w ten sposób stara się zapewnić, upewnić, że będę chciał mieć kontakt z synem. Ja. Po czterech latach. Kontakt z dzieckiem. Naszym wspólnym.
Albo to i o nią chodzi. W końcu powiedziała, że to znaczy, choć nie znaczy. Znaczy, że zaczęła sobie wyobrażać rzeczy. Jak ja miałbym teraz spać u niej na kanapie, jak mógłbym w ogóle na to przystać, wprowadzić się na parę dni i co? Cześć Leo, jestem twoim ojcem, będę tu spał przez kilka dni, na waszej kanapie, dopóki nie znajdę swojego lokum i spokojnie, wtedy wszystko wróci do normy, nie będziemy się już widywać? I kim jest kurwa Alma? Jej partnerką?
Ja pierdole.
Ja pierdole.
Zniszczyłem Loli związek.
Paradoksalnie to uderza mnie i drąży głębiej niż sam fakt przelecenia Loli, pozostania bez dachu nad głową, rzucenia przez Virginię, uświadomienia sobie, że byłem większym zjebem, niż sądziłem, czy perspektywy nagłego poznania syna.
Spuszczam znowu głowę wbijając wzrok we wzorek na dywanie, myśląc gorączkowo co dalej.
Bogowie, Lola, dlaczego mnie nie odepchnęłaś. Przecież nie tknąłbym jej nigdy, gdybym wiedział, że kogoś ma! Wiele rzeczy można mi zarzucić, więcej nawet negatywnych cech mam niż tych dobry, ale jednego odmówić mi nie można. Jestem wierny. I szanuję związki innych. Nie przypominam sobie abym kiedykolwiek komuś odbił dziewczynę, żadnej swojej też nigdy nie zdradziłem. To teraz się nie liczy, do Virginii wracać ani myślałem. Ten związek już dawno nie rokował dobrze. Gdybym wiedział, o tej Almie, to… Nie wiem. Nie wiem co, ale na pewno bym do tego nie dopuścił. Nie wiem teraz, czy Lola ma do mnie słabość, czy chciała w ten sposób pokrętny zapewnić Leo ojca, czy jej się nie układa z lubą, czy cholera wie co jeszcze. Drugą opcję wykluczyłbym z marszu, ale to wszystko co mówi brzmi tak dziwnie, że może zadziałało wszystko naraz. Albo nic z tych rzeczy, a ja już sam nie wiem. Łeb mnie napierdala. Zupełnie, jakby te gówno na kaca przestało działać. Cholera wie, może wylatuje z organizmu wraz z płynami ustrojowymi. To byłoby bez sensu, ale nigdy nie rozumiałem tajemnic alchemii.
Wstaję w końcu, rozglądając się za kotem, w końcu lokalizuję ją na parapecie, więc podchodzę i zabieram.
- Będziemy w kontakcie. – Może to oschłe i najgorsze pożegnanie, jakie mogłem teraz Loli zaserwować, ale muszę to wszystko poukładać. I w końcu jej wynagrodzić.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Pokój nr 2456   

Powrót do góry Go down
 
Pokój nr 2456
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: