IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Koldovstoretz




 

 Ernest Onegin

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
avatar

Moskwa, Rosja

błękitna

25

majętny

Hokeista

PisanieErnest Onegin   Pią Lis 04 2016, 21:49

Меня зовут
Ernest Olegovich Onegin



DATA URODZENIA: 11.11.1972 / NAZWISKO MATKI: Onegin / WIEK: 24 lata
MIEJSCE ZAMIESZKANIA: Różnie / STATUS KRWI: Błękitna
STAN MAJĄTKOWY: Majętny / ZAWÓD: hokeista / KORGORUSZ: szakal


ALCHEMIA: 8 / FAUNA I FLORA: 7 / LECZNICTWO: 7 / MAGIA KREATYWNA: 5
MAGIA ZAKAZANA: 7 / OKULTYZM: 5 / SIŁA: 22 / TRANSFIGURACJA: 6
WIEDZA MAGICZNA: 12 / ZAKLĘCIA I UROKI: 13 / SZCZĘŚCIE: 8 / TALENT: 10


Matylda

Poranki przystrajają kuchenne blaty plamkami jasnego światła, które jeszcze chwilę po tym, jak odwróci się od nich wzrok, pozostają przed oczami. Gdy położy się dłonie, tak, by promienie padały też na skórę ciepło jest ledwo wyczuwalne przez pierwszych kilka chwil. Wzory powstałe na rękach dzięki zniekształconym plamom światła przenikającego przez firany hipnotyzują mnie, nie wiem nawet czy w  dobrym znaczeniu, nie wiem, czy byłyby w  stanie przyzwyczaić się do tych spirali, niewspółgrających ani ze sobą, ani z otoczeniem. Ale głowa mi pęka, a serca bije w piersi tak głośno, że cały sielankowy nastrój wiosennego poranka tego dnia nawet nie musnął mojej gołej głowy. Odwracam się, dłoń odrywając od blatu, kucam w cieniu, gdzie słońcu jest za daleko.
Ile minut musi minąć, abym oswoił się z myślami jak z uległą kochanką.
(Dużo, kobiety zawsze stanowiły dla mnie pewną trudność.)
Zrób to
Nie zniosę sprzeciwu, nie biorę go nawet pod uwagę, to oferta będąca rozkazem, propozycja, która każdego z nas w przenośni i dosłownie napiętnuje na zawsze. Zrób to, całe moje ciało jest do twojej dyspozycji.
Jak długo będziesz jeszcze wpatrywać się we mnie tymi wielkimi, szarymi oczami, wiesz, że dużo mam dla ciebie cierpliwości. Kolano zaczyna mnie boleć od klękania, oparta na marmurowej posadzce dłoń marznie już i drętwieje, pomagam stanąć ci na nogi, czule niemalże chwytając twoje wątłe ramiona, kochana moja Matyldo, nigdy cię nie puszczę. Tak, jak ty nie puściłaś mnie kiedy powierzono ci nade mną opiekę, choć to nie było twoją powinnością. A teraz udekoruj mnie każdą ze swoich przepowiedni, dopóki na mojej skórze nie będzie już na nie miejsca.

W pobliżu Matyldy powietrze zawsze drgało. Tym bardziej, im silniejsze wizje miała, osiadające falami na jej skórze, kiedy już nie starczyły jej pergaminy, płótna, ceramiczne i porcelanowe powierzchnie. Wszystkie z nich tak łatwo ulegały zniszczeniu, każdą z zamalowanych wizją rzeczy mogła zniszczyć w sekundzie, spalić, podrzeć, wrzucić w eter. Wszystko, poza własną skórą przecież, skoro święcie była przekonana, że wśród tych wszystkich nawiedzających ją wizji znajdzie się w końcu ta jedyna, które odmieni losy całego świata zarówno magicznego jak i nie. Lata mijały, miejsca zaczęło brakować, a nie mógłbym przecież pozwolić, żeby ta najważniejsza przepowiednia nie została nigdzie utrwalona. Pomimo tego, iż wiedziałam, że to brednie. Choćby miała mi w imię idei wydrapać gałki oczne nie pozwoliłby nigdy, aby zamknięto gdzieś Matyldę, odbierając mi ją na zawsze.
 
Ciociu, babciu, czy wolisz po imieniu?

24 | 0
49 | 25
39 | 15
To zabawne jak pojęcie różnicy wieku zmienia się na przestrzeni czasu. Gdybym teraz szedł z Dorą ulicą każdy napotkany człowiek, którego znamy mówiłby tylko ze śmiechem oj my się nie starzejemy, co nie, Dorciu? To tylko dzieci dorastają. Komplement, aby sobie i osobom ze swojego pokolenia przypisać wciąż młodą twarz. Gdyby Dorze 23 lata temu pozwolono wyjść na miasto z wózkiem obrzucono by ją kamieniami. Największy rodzinny skandal Oneginów ostatniego ćwierćwiecza nie wyszedł na jaw dzięki śliskim gimnastykom kobiet z mojej rodziny. Cały proces był tak prosty i sprawny, że sam dałbym się na to nabrać,  gdybym tylko od dziecka nie miał świadomości, że Matylda wcale moją matką nie jest, tylko jej smarkata siostrzenica.
P L A N   był świetny, chociaż wcale nie, najbardziej ukontentowana była moja babcia/ciotka, Julita, siedząc w fotelu przy kominku ze swoimi włosami spiętymi surowo w  kok, z pomrukiem zadowolenia zlizywała miód z palca, nie zwracając uwagi, że na dzień tamtejszy wyrządziła jedną wspólną krzywdę trzem bliskim osobą. I tak, ja jako mały padalec w beciku byłem jedną z tych osób.
Zastanawiam się, co się działo w głowie tej kobiety, kiedy dowiedziała się, że jej szesnastoletnia latorośl jest ciężarna. Pomyślmy, pomyślmy, pomyślmy. Dzieciaka wciśniemy mojej drogiej, siostrze Matyldzie, akurat świeżej wdowie, będzie miała na odchowanie smarkacza, który na pewno, na pewno rozjaśni jej dni i wyciągnie ją z głębokiej depresji, a Dora szczęśliwie wróci do bycia nastolatką, zero problemów, wesoła rodzina z małym pseudo pogrobowcem. Oczywiście rzeczywistość rysowała się w zupełnie innych barwach, ale Julita zdawała się nie zauważać tego wcale, żyjąc w swoim ideologicznym świecie, nie zwracając uwagi na zły stan psychiczny obu kobiet, które połączyła tajemnicą. Wszystko zostaje w  rodzinie, bo świętej pamięci były mąż Matyldy, a mój w cudzysłowiu ojciec był dalekim Oneginem. Kim był biologiczny – tego nie wiem. Skomplikowane? I tak i nie. Później było tylko gorzej, bo Julita swoim chroniącym jej i Dory dupę zagraniem uruchomiła całą lawinę chaosu.

Ruta Weisermann

Czarne, długie, lśniące włosy Ruty częściowo ukryte są pod kolorową czapką, częściowo pod grubym szalikiem, oba nakrycia zrobione na drutach przez właścicielkę. Smukłe, blade dłonie o długich palcach właśnie przygotowywały kolejny szalik, a może sweter, nie miałem pojęcia, to nie było ważne, kiedy jej blade oczy, błękitne jak letnie niebo pozostawały nieruchome, nie widząc niczego, poza ciemnością. Ruta Weisermann siedziała samotnie na jednej z ław, zapewne świadoma, że ktoś ją obserwuje. Ilekroć spotykałem ją gdzieś i byliśmy sami zaczynała nasłuchiwać. Parę razy zapytała kim jestem, czego chcę, czy może mi w czymś pomóc. Ale ja nigdy się do niej nie odezwałem. Pasowało mi, że mogłem obserwować ją w milczeniu, kiedy moi najlepsi kumple stroili sobie z niej żarty. Bo mogli, bo czuliśmy się lepsi nawet od czystokrwistych, ze względu na nasze szlacheckie pochodzenie, bo była ślepą outsiderką, bo pochodziła z semickiej rodziny, chociaż z potężnego rodu. Nikt się nigdy nie zorientował, że moja cicha obserwacja miała zupełnie inne podłoże.
Ciepłe światło latających wszędzie wokół świec padało na prosty nos Ruty, na jej rumiane policzki i w  końcu usta, kiedy zdjęła już dokończony szalik. Miała tendencje do zakładania rzeczy, których proces tworzenia jeszcze się nie skończył. Miała tendencje do wielu innych rzeczy, o których wiedziałem, a o których nie powinienem był. Była awanturniczką, pełną pasji na wielu płaszczyznach, o przeciętnej długości nogach, za to idealnie prostych i kształtnych.
Ostatnia dwójka uczniów poza nami wyszła z saloniku, więc podszedłem. To był drugi raz. Jeden z kilku. Kilku na przestrzeni paru lat. Usiadłem powoli na ławie naprzeciw, nachylając się ku Rucie Weisermann, chłonąc wzrokiem jej twarz. Zawahała się, zanim zapytała mnie po raz kolejny kim jestem, po raz kolejny nie dostając żadnej słownej odpowiedzi. Ale wtedy po raz pierwszy jej dotknąłem, wyciągając dłoń, by musnąć linię jej szczęki, policzek, ucho, pasma włosów tuż przy skórze, bezczelnie naruszając jej strefę prywatną. Odsunęła się natychmiast, przywołując swojego korgorusza, który służył jej za przewodnika. To kolejny z jej talentów, których nie potrafiłem zliczyć. Ruta Weisermann była w stanie przywołać korgorusza już w  bardzo młodym wieku. Wyszła natychmiast zostawiając mnie w saloniku.

Parę tygodni później w sytuacji całkiem podobnej prawie pozwoliłem jej się dotknąć, chociaż wiedziałem, że i tak nie będzie wiedzieć kim jestem, stchórzyłem jak gnojek, goniony jej okrzykami, jak bardzo ją wkurwiam i dlaczego nie powiem jej kim jestem. Powinna była się mnie bać i pewnie tak poniekąd było, ale czysta ciekawość nie pozwoliła jej słuchać ostrożnego rozsądku.

Spędzałem z nią czas, gdy nikt nie widział, nie wiedział, chociaż ona nie spędzała go ze mną. Nie do końca. Chociaż z czasem, z upływami miesięcy przyzwyczajała się do mojej cichej obecności. Na zmianę przyzwyczajała się i irytowała. Posyłała w moim kierunku wiązanki tak soczyste, że nawet moi koledzy po przegranym meczu nie byliby tak kreatywni w dobieraniu wulgaryzmów. Sprawiała tym, że się uśmiechałem. Odrabiałem zadania siedząc obok niej, kiedy robiła kolejne swetry na drutach, powoli zaczynając opowiadać mi co u niej, jak mijał jej dzień, co zamierza zrobić następnie, prosiła bym znalazł jej początek motka, zrobiła mi nawet szal, którego nie miałem odwagi nosić, chociaż w zamian nie dostawała ode mnie niczego. Niczego, bo pomimo tego palącego gorąca, które do niej czułem nie pomagałem jej w  niczym, nie stawałem w jej obronie, nie odzywałem się do niej, wciąż zdarzało mi się obserwować ją z daleka. Pozostawaliśmy nieznajomymi. Byliśmy nieznajomymi, bo wcale nie zdążyliśmy się zżyć. Myślę, że wszystkie te momenty, kiedy pozwalała mi siedzieć obok, były próbą nawiązania ze mną zdrowej relacji, która spełzła na niczym.
- Czy ty masz chociaż, jakieś kurwa pierdolone imię?
- Nie.
Chyba fakt, że w końcu się odezwałem zamurował ją do tego stopnia, że przez parę sekund się nie odezwała, nie spodziewała się przecież, że odpowiem. Nie wiem, czy chciała powiedzieć coś po chwili, bo zostawiłem ją samą na ławce.

W ostatnim miesiącu mojej nauki w  Akademii, a dla wielu po prostu ostatnim miesiącu przed kolejnymi wakacjami wielu uczniów czas spędzało na świeżym powietrzu, wygrzewając się w słońcu i nie robiąc absolutnie niczego konstruktywnego. Rozsiani po całych okolicach Rutę Weisermann znalazłem dopiero parę kilometrów od budynku, przy Zaczarowanych Źródłach. Miała jadowicie zielony kostium kąpielowy zlewający się z kolorem wody, a kilka niesfornych kosmyków, które uciekły z jej koka, przykleiły się do wilgotnego karku. Siedziała na brzegu, z nogami zanurzonymi w wodzie, kiedy przysiadłem za nią, rozkoszując się tym, jak blisko była. Jej bladą, odkrytą skórą i lekko unoszącymi się i  opadającymi ramionami przy spokojnych oddechach.
Odwróciła się. Pocałowałem ją. Ugryzła mnie. Jęknąłem. Wstała. Wstałem. Kopnęła mnie. Przewróciłem się.
Zalała mnie oburzona fala jej pretensji, nim zebrałem się szybko i z obolałym kolanem potruchtałem na ścieżkę, żeby wrócić do Akademii i nigdy już nie zobaczyć Ruty Weisermann.

Lewoskrzydłowy

Od ponad dwóch lat gram jako napastnik w  kadrze hokeja na lodzie Moskiewskich Biesów. I wcale nie jestem tym zmęczony, chociaż moje życie jest monotonne w swoim szybkim tempie. Trening, impreza, bitka, trening, impreza, bitka. Zmęczone oczy, ledwo otwarte powieki, coś tu śmierdzi rozlanym absyntem, mój kumpel leży na sofie z zaliczonym zgonem, jakaś blondyna mi obciąga, do kauczkowej podłogi przykleiły się tony brokatu, na szklanym stole w misie z chipsami leży hokejowy krążek. Kurwa znowu nie wiem co się dzieje. Dziękuję dziewczynie i odpycham ją od siebie, ruszając w głąb cudzego mieszkania, wychodzę przez okno. I spadam, znowu mnie będą musieli składać w parę minut bo jutro jedziemy dalej w trasę. A ja mam jeszcze interesy do załatwienia.
- Erni! Nic ci nie jest?! – Dociera do mnie spanikowany głos. Spoglądam w górę, w stronę okna przez które wypadłem i widzę blondynę. Ach. Kurwa no tak. Przecież to jest moja dziewczyna. Unoszę rękę, bo zbyt jestem obolały, choć po chwili ona zbiega i pomaga mi wstać.
-Dzięki, mała.
Muszę się pozbierać, muszę trochę wytrzeźwieć, zaraz mam walkę, tak mi się wydaje. Że zaraz mam. Odsuwam się od dziewczyny głuchy na to co mówi, pytam tylko która godzina, oczywiście sprawdza i odpowiada, macham ręką i idę dalej, mokrym trawnikiem przed domem, nie zwracając uwagi na to, co zostawiam za plecami.

Podziemie walk ma się wyśmienicie, ale gdyby mnie ktoś zapytał, to słowa nie pisnę, bo nie mam przecież o tym pojęcia. Nielegalne walki? Zakłady? Bzdura. Tylko hokej. Tylko hokej, pozostawiony wraz z kibicami i zdjęciami do gazet na powierzchni. Wchodząc do jednego z budynków przez czerwoną, garażową, blaszaną bramę dzielę się papierosem ze strażnikiem, dobrze mi znanym starym komuchem. Zawsze w kaszkiecie i białej koszuli, jakby pracował w jazzowej knajpie, a nie przy nielegalnej arenie walk. Gwar, smród spoconych ciał, gorzały, tytoniu i moczu. Szeregi mężczyzn z bliznami, przepaskami w miejscu, gdzie kiedyś tkwiło lewe oko, odgłosy uderzeń, jęków, zachęcania tłumu i plaśnięć, gdy jeden z drugim uderzy przypadkową, przechodzącą obok kobietę w odsłonięty pośladek. Tabela wyników, niekończąca się kreda, bar zbity z pozostałości po starych, mahoniowych niemieckich skrzyniach na odzież. Na blacie wciąż wyżłobione są wzory. Jeszcze mam czas. Jeszcze czas, na rozebranie się, dopóki ktoś nie spróbuje zdemolować mi szczęki.
Powrót do góry Go down

PisanieRe: Ernest Onegin   Sob Lis 05 2016, 12:07

Здравствуйте!

Ty to chyba niekoniecznie świetnie odnajdujesz się w tym chaosie, którym jest Twoje życie, chociaż perfekcyjnie udajesz, że nad wszystkim trzymasz pełną kontrolę i sam sobie jesteś panem. I mi prawie udało się nabrać na tworzoną przez Ciebie iluzję. Tylko zbyt wiele wokół siebie kobiet masz, szczególnie we wspomnieniach, którym w mniejszym lub większym stopniu się podporządkowujesz, a szkoda, bo równy chłop jesteś i w pojedynkę, bez niczyjego sterowania, mógłbyś wiele wygrać i na boisku, i na arenie, i w życiu. Weź się w garść, mocno Ci kibicuję.

Bonusy za kartę postaci

Po krótkim namyśle postanawiam przyznać Ci:
+ 4 punkty do magii zakazanej, bo nie tylko mordę, ale i wiedzę na pewno masz zakazaną;
+ 4 punkty do talentu, boś zdolny i szkoda, żebyś się marnował;
+ 2 punkty do siły, żeby nigdy Ci jej nie zabrakło.

Ruta Weisermann chodziła Ci po głowie jeszcze długo po szkole. Możliwe, że to z jej powodu któregoś razu podczas włóczenia się po jednym z miast, w których odbywały się zawody hokeja postanowiłeś nabyć kostkę Rubika. Całą białą, ze znakami tworzącymi na kosteczkach, do ułożenia jeszcze trudniejszą niż ta tradycyjna. Nie myśl jednak, że to zwykła zabawka, kolejne antidotum na nudę, na którą nie masz czasu cierpieć. Już raz udało Ci się ją właściwie ułożyć i ze środka wypadł kawałek pergaminu zapisany dziwnymi znakami. Pozbieraj resztę fragmentów, by dowiedzieć się, co kryje cała treść.
(Żeby dowiedzieć się, czy udało Ci się ułożyć kostkę, musisz trzykrotnie rzucić kością k6, a na każdym oczku powinna wypaść ta sama cyfra, np. 4, 4, 4)

Na zakończenie

Stworzona przez Ciebie karta postaci została zaakceptowana, w związku z czym otrzymujesz na start 800 punktów fabularnych do wykorzystania w punkcie Mistrza Gry. Możesz już bez przeszkód zacząć rozgrywkę na forum, lecz przed rozpoczęciem fabularnych przygód Twojej postaci prosimy o skrupulatne uzupełnienie pól w profilu. Warto również wnikliwie zapoznać się z tematami zamieszczonymi w dziale fabularnym. W razie jakichkolwiek wątpliwości, problemów lub sugestii odnośnie rozwoju naszej magicznej społeczności, zachęcamy do kontaktowania się z administracją forum. Życzymy wielu ciekawych rozgrywek w grze i przyjemnego spędzania z nami czasu!
Powrót do góry Go down
 
Ernest Onegin
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1


Skocz do: